Skip to content

Globalizacja – ktoś już o tym mówił

april 15, 2009

Publicysta czołowego szwedzkiego dziennika ”Dagens Nyheter” wiosną 2001 roku odbył reporterską podróż po Europie i Ameryce Południowej. Szukał odpowiedzi na pytanie, co różni ludzie w różnych miejscach świata rozumieją przez pojęcie globalizacji. Powstał cykl artykułów, które od maja ukazywały się na łamach ”Dagens Nyheter”. Po polsku w Rzeczypospolitej Nr 145, 163, 192, 216, 240, 252 /2001 oraz nr 1/2002.

1. Globalizacja – ktoś już o tym mówił

Christoph Scherrer mówi, że roześmiał się w głos na wiadomość o nominacji na profesora w Kassel. Pierwszą jego myślą było, by natychmiast zmienić tytuł na jakiś mniej modny. – Szanujący się naukowiec nie może przecież być profesorem globalizacji!
Czemu nie? Wszyscy o niej mówią. – Globalizacja – można było usłyszeć podczas pierwszego seminarium zorganizowanego przez szwedzki oddział formacji Attac – winna jest likwidacji bibliotek objazdowych w Szwecji i rozpadowi rodziny w Malezji. Według innych źródeł obniża ona jakość francuskiej żywności, uszczupla emerytury Niemców i sprawia, że woda w kranach Bretanii nie nadaje się do picia. Te same globalne zjawiska sprawiają, iż pracownicy szwedzkich biur zmuszeni są znosić szkodliwość monitorów oraz spożywać modyfikowaną genetycznie żywność. Globalizacja sprzyja rasizmowi i ciemiężeniu kobiet, czytam w jednej odezwie, a w drugiej – iż szerzy pokój i prawa człowieka. Zdaniem niektórych myślicieli, globalizacja to koncentracja władzy na nieznaną dotychczas skalę, według innych wręcz przeciwnie – jest ona niespotykaną decentralizacją władzy, co zresztą wcale nie jest dobre, bowiem ”rozmywa” odpowiedzialność. Globalizacja poszerza wolność jednostki, twierdzą niektórzy; przeciwnie, ”zmiękcza kręgosłupy”, oburzają się inni.

Dla kogo powyższe opinie nie są wystarczająco sprzeczne i powikłane, może próbować śledzić dyskurs polityczny we Francji, gdzie globalizacji przeciwstawia się ”mondializację”. Ta pierwsza jest zła, bo oznacza globalne rozpowszechnianie amerykańskich wpływów, kultury i metod gospodarczych. Tę drugą należy wspierać, gdyż prowadzi do pożądanej frankonizacji świata. Czyli – słowami samych Francuzów – rozpowszechniania wartości uniwersalnych, demokracji, oświecenia i niepasteryzowanego sera.
Państwo narodowe traci władzę

Globalizację według jednych należy wspierać, według innych zwalczać lub tylko nią sterować i nadzorować. Liczne są również głosy tych, którzy uważają, że globalizacji nie ma. Jest mitem tworzonym przez tchórzliwych polityków w celu zastraszenia obywateli, by pogodzili się oni z ograniczeniem przywilejów. Lub też: to ideologia, której celem jest nadanie światu jednego kierunku, zgodnego z potrzebami amerykańskiego kapitału. Z kolei CIA, która również badała fenomen globalizacji, doszła do wniosku, że zjawisko rzeczywiście istnieje, jak również, że zwiększa ono ryzyko międzynarodowego terroryzmu, co pociąga za sobą konieczność podwyższenia funduszy agencji.

Młoda trockistka Anna Wecker z Monachium walczy z globalizacją. Podobnie jak Philippe van der Sande, członek ultranacjonalistycznego Vlams Blok w Antwerpii, jak szwedzcy neonaziści i Czerwona Partyzantka Miejska w mieście Linköping. Równocześnie z globalizacji cieszą się Vaclav Havel oraz francuski historyk średniowiecza Jacques Le Goff. Podczas seminarium, poprzedzającego powstanie szwedzkiego oddziału Attac, jego uczestnicy twierdzili kolejno: że globalizację należy zwalczać; że nie istnieje takie zjawisko; że problem polega na tym, iż nie ogarnia ona wszystkich; że jest dobra i zła globalizacja.

Czym więc jest i jak na nas wpływa? Czy istnieje definicja, na którą zgodzą się neonaziści, czerwone komando, Agneta Stark (docent ekonomii; to ona uważa, że globalizacja likwiduje biblioteki objazdowe) oraz Vaclav Havel?

Wydaje mi się, że kluczowym słowem może być ”odnarodowienie”. Z tym, że państwo narodowe traci część swojej władzy, zgodzą się czerwoni, brunatni, Vaclav Havel i Agneta Stark. Prawdopodobnie zgodziliby się również z niektórymi faktami: że nastąpiło rozszerzenie rynku światowego oraz że wielkie kapitały miotają się po cyberprzestrzeni w pogoni za najlepszą dywidendą.

W tym miejscu kończy się zgoda. Kiedy zaczniemy pytać, co to wszystko znaczy, gdzie się podziały utracone prerogatywy państwa, jak należy oceniać sytuację i jakie są jej przyczyny, otrzymamy skrajnie różne odpowiedzi.

”Między socjologami a historykami od dawna toczy się walka. Socjologom zdaje się ciągle, że odkryli zupełnie nowe zjawisko; historycy twierdzą, że sytuacja jest dziś mniej więcej taka jak w starożytnej Grecji. To samo przytrafiło się pojęciu globalizacji. Socjologowie mówią o zupełnie nowej, postmodernistycznej epoce, o postindustrialnym społeczeństwie czy o post-czymkolwiek, a tu przychodzą historycy i przypominają, że już w XIX wieku olbrzymi kapitał finansowy poruszał się na płaszczyźnie międzynarodowej i że migracja pomiędzy krajami była dużo bardziej intensywna niż dzisiaj” – pisze amerykański socjolog Peter Berger.

– Globalizacja – mówi Christoph Scherrer, profesor globalizacji mimo woli – to przede wszystkim doznanie nowej jakości.
Sama w sobie jakość ta nie jest jednak nowa.

– Moi dziadkowie łatwiej orientowaliby się w dzisiejszym świecie niż my – dodaje profesor.

Christoph Scherrer jest potomkiem rodzin, które w połowie XIX wieku opuściły teren obecnych Niemiec, by szukać szczęścia gdzie indziej. Przodkowie matki udali się do Teksasu i Meksyku, ojca do Bordeaux. To była epoka otwartych granic, masowej emigracji. Równocześnie, przypomina Scherrer, był to czas gorączkowego handlu i masowych przepływów pieniędzy.

Niewyobrażalne sumy – 1600 miliardów dolarów, które obecnie każdego dnia zmieniają właścicieli – proporcjonalnie były w obiegu już w drugiej dekadzie XX wieku.

W samej tylko Bremie, gdzie prababka Christopha Scherrera weszła na pokład transatlantyku, w kilka lat zaokrętowano osiem milionów ludzi uciekających przed barierami klasowymi, ubóstwem, prześladowaniem politycznym i religijnym. Gdyby proces ten trwał nadal, nie byłoby dzisiaj Christopha. Swoje narodziny zawdzięcza I wojnie światowej i rewolucji Zapaty. Ta pierwsza zmusiła dziadka do powrotu do Niemiec, druga była powodem ucieczki babci z Meksyku. Kiedy ich dzieci spotkały się w Niemczech, świat był już inny: pilnie strzeżone granice, nacjonalistyczne rządy i prawie cały jeden kontynent – sowiecki – wyłączony z wymiany myśli, podróży i handlu. II wojna światowa wzniosła kolejne bariery: Chiny zniknęły za własną kurtyną, podobnie Europa Wschodnia i afrykańskie satelity Związku Radzieckiego. Z czasem również Indie, pozostające pod wpływem ideologii sowieckiej, wycofały się z większości globalnych procesów.

Świat znów się skurczył

Czy profesor Scherrer uważa, że globalizacja rodzi się z bólów fantomowych po sowieckim imperium? Tak, przynajmniej w tym znaczeniu, że to upadek berlińskiego muru stał się definitywnym zamknięciem pewnej epoki. – Obecnie świat jest w zasadzie równie otwarty, jak był do 1914 roku. Nawet imigracja do USA powróciła do ówczesnego poziomu.

Niepamięć jest potęgą. Ze znakomitego eseju Emmy Rothschild ”Globalizacja a demokracja w perspektywie historycznej” dowiaduję się, że większość tematów obecnej dyskusji została sformułowana między końcem XVIII wieku a wojnami napoleońskimi przez myślicieli, takich jak Smith, Condorcet czy Herder. Wszyscy oni byli głęboko zaniepokojeni faktem, że kurczenie się świata, w którym ludzie po obu stronach planety stali się nawzajem od siebie zależni, sprawia, iż tradycyjna polityka nie przystaje do rzeczywistości. Jak jednak skonstruować wspólne formy rządów dla ludzi, którzy nigdy się nie widzieli, nie mówią tym samym językiem, a dzielą ich niezmierne różnice wiedzy i dobrobytu? Demokracja, mówiono, nie może funkcjonować w warunkach skrajnych nierówności. Był to również okres, gdy międzynarodowe przedsiębiorstwa (np. Kompania Wschodnioindyjska) miały więcej do powiedzenia niż niejedno imperium. Już w roku 1809 niemiecki ekonomista Adam Müller twierdził, że kapitał finansowy stanowi problem ekologiczny: ”Społeczeństwo rozszerza się i umacnia. Za pośrednictwem listu, weksla czy złotej sztabki kupiec z Londynu wyciąga rękę poprzez oceany do swego odpowiednika w Madrasie, pomaga mu prowadzić wielką wojnę przeciw Ziemi”.

Czyż to nie znajomy ton? Adam Smith zaprzątnięty był problemem, jak opodatkować wymykający się kapitał międzynarodowy; również Jean Condorcet ostrzegał przed jego ruchliwością. Jedynie ci, którzy są przywiązani do ziemi, twierdził, zainteresowani są, ”by w społeczeństwie panował dobrobyt”, właściciele pieniędzy mniej się przejmują, gdyż ”dzięki zwykłej transakcji bankowej w mgnieniu oka stać się mogą Anglikami, Holendrami czy Rosjanami”. Warto odnotować, że radykał Condorcet orędował za wolnym handlem jako lekarstwem na rosnące nierówności między ludźmi i narodami, podczas gdy konserwatysta Herder wyśmiewał tę ideę. No cóż, powie ktoś, ale co z tego? Globalizacja może sobie być starym problemem, ale ja jestem nowy, więc i problem też. Temu nie można zaprzeczyć. Jedynie dorzucić, że historia ”poprzedniej” globalizacji może okazać się równie ważna, co fantastyczne wizje przyszłości.

Zdrowi na prawo, chorzy na lewo?

”Mein Feld ist die Welt” (Świat jest moim polem) głosił w 1905 roku napis na ścianie kantoru Linii Amerykańskich w Hamburgu. Spaceruję po niekończących się nabrzeżach, przez zabytkowe magazyny z czerwonej cegły, katedry kupiectwa, z zapachem kawy i pieprzu oraz resztkami kauczuku w szparach podłogi. Te pomniki poprzedniej globalizacji nie stoją puste. Wprowadziła się nowa globalizacja, perscy hurtownicy wietrzą swoje towary w bramach wyładowczych, ponad szeregiem błyszczących mercedesów. Hamburski port wolnocłowy jest obecnie największym na świecie składem orientalnych dywanów.

Nieopodal portu mieści się archiwum globalizacji: starannie kaligrafowane listy pasażerów, pięciu milionów ludzi, którzy przewinęli się przez Hamburg po drodze w świat. Jest tu także wystawa pokazująca tamtą nędzę, poniżenie i mroczne przepowiednie. Oto gorliwy urzędnik towarzystwa żeglugowego dokonuje selekcji: zdrowi na prawo, chorzy na lewo. Im dłużej jednak przyglądam się starym fotografiom, tym mniej spójny staje się obraz całości.

Poniżani galicyjscy chłopi, którzy mają zaokrętować się na ”Mauretanię”, poddają swe ciała i bagaże kontroli pogardliwych pruskich lekarzy. Wnuki tych biedaków wróciły do Europy. Ze zdrowymi zębami i pewnymi minami wylądowali na plaży w Normandii, by uwolnić Hamburg od brunatnego potomstwa Prusaków.

Emigracja okazała się świetnym interesem dla Hamburga i jego armatorów. To nie za sprawą wykrochmalonych koszul na pokładzie słonecznym, lecz dzięki pasażerom trzeciej klasy HAPAG (Hamburg-Amerikanische Packetfahrt AG) stała się największą linią żeglugową na świecie.

Christoph Scherrer ujmuje prosto problemy globalizacji: jednostki ruchliwe (przedsiębiorstwa i osoby) czerpią nadzwyczajne korzyści kosztem nieruchomych (przede wszystkim państw). Sytuacja w XIX wieku nie była tak bardzo odmienna. Hamburg zaczął tracić dochody z ruchów emigracyjnych, gdyż konkurująca z nim Brema już w 1832 roku zaoferowała emigrantom ochronę prawną i gwarantowany minimalny standard podróży. Cztery lata później w Hamburgu uczyniono podobnie, inaczej Brema całkowicie przejęłaby zyski z migracji. Można powiedzieć, że nieruchome miasta konkurowały o grosze ruchliwych emigrantów.

Pod koniec stulecia do Hamburga dotarła cholera, według pogłosek przywleczona przez żydowskich emigrantów z Rosji. Wolne miasto zareagowało początkowo podobnie jak ostatnio Norwegia na choroby bydła i trzody: ogłoszono stan klęski i zamknięto granice przed emigrantami ze wschodu. Pozbawiony zysków dyrektor linii żeglugowej zagroził przeniesieniem jej do Bremy.

Rezultat tego szantażu można oglądać w Hamburgu do dziś. W dzielnicy Veddel wybudowano całe miasteczko do celów kwarantanny; na gruntach miejskich, lecz za pieniądze przewoźnika. Jak na tamte czasy było ono dla uchodźców szczytem komfortu i higieny (wyróżniono je nagrodą na wystawie światowej w Paryżu). Postawiono nawet kościół i synagogę. A ów niegodziwy armator, Albert Ballin, doczekał się w Hamburgu ulicy swojego imienia.

Hamburger symbolem pokoju

Stoję na nabrzeżu i usiłuję wyobrazić sobie przodków Kirka Douglasa i Woody Allena, jak wchodzą na pokład ”Oceanii”. Może to właśnie oni wzięli ze sobą wspomnienie płaskiego klopsika, który z czasem, za sprawą pewnego Irlandczyka (zapewne odpłynął z Liverpool), stał się symbolem globalnych roszczeń Ameryki? Globalizacja nie doczekała się może dobrej definicji, ale nadrabia ów brak symboliką. Entuzjastyczny orędownik rynków globalnych, Thomas G. Friedman, lansował tezę, iż kraje, w których przyrządza się big maca, nie prowadzą ze sobą wojen. Osiągnęły bowiem poziom rozwoju cywilizacyjnego, na którym wojna staje się nieopłacalna, a demokracja – koniecznością. Jednak poważni francuscy publicyści walczą z tymże kotletem jako symbolem amerykanizacji, której siła i zasięg zagraża kulturze, demokracji, tradycjom rodzinnym oraz humanizmowi. A w Szwecji na jednym skrzydle weganie demonstrują przeciwko ”eksploatacyjnemu i imperialistycznemu multinacjonalizmowi” McDonald’sa, podczas gdy – na drugim – tamtejsi naziści prześladują przedsiębiorstwo w ramach walki z ”wrogami narodu”.

Oczywiście nie wszyscy i nie wszędzie tak nie cierpią McDonald’sa. Podczas wspólnego spaceru w Gdańsku mój przyjaciel historyk wskazuje na żółty neon ze stylizowaną literą M. Odwiedza restaurację co miesiąc od otwarcia. – Nie po to, żeby jeść, broń Boże! Po to, by dokonać inspekcji klozetu. – To była pierwsza w Gdańsku czysta toaleta. Pierwsza od wojny. Chcę zobaczyć, jak długo uda im się to utrzymać.

Co staje się symbolem globalizacji i czy budzi obawy, zależy najwyraźniej od tego, gdzie się mieszka i jakie ma się za sobą doświadczenia. W krajach wschodniej Europy jedynie narodowa prawica próbuje robić politykę z ”kurczenia się świata”. W Skandynawii czyni to lewica. W Italii nie wydaje się tym zainteresowana żadna partia, w odróżnieniu od Francji, gdzie globalizacja budzi gwałtowny opór ze strony zarówno prawicy jak i lewicy. Francja, jako jedyny kraj, na zlot antyglobalistów w Porto Algere minionej wiosny oprócz aktywistów wysłała ministra. To również francuskiej grupie Attac udało się wprowadzić ten temat na pierwsze strony gazet.

Podobno organizacja ta niczym gwałtowny pożar rozprzestrzenia się obecnie po świecie. Dlaczego jednak nie ma jej w Wielkiej Brytanii? Sekretarz generalny francuskiego Attac, Pierre Tartakovsky, ścisza głos: – Nie chcę być złośliwy, ale zauważył pan chyba szczególny stosunek Anglików do pieniędzy? Nie przypadkiem światowy rynek finansowy mieści się w Londynie.

Brytyjski odpowiednik Attacu, organizacja społeczna o równie wojowniczej nazwie War on Want (w wolnym tłumaczeniu: Wojna przeciw zachłanności), lecz mniejszym powodzeniu w mediach, istnieje po drugiej stronie kanału już od pięćdziesięciu lat. Podobnie jak Attac krytykuje globalizację, opowiada się za opodatkowaniem transakcji finansowych i umorzeniem długów krajom Trzeciego Świata. Większa część działalności to jednak bardzo konkretne projekty pomocy: bezrolnym chłopom w Brazylii, zbieraczom śmieci w Bangladeszu czy pozbawionym ochrony prawnej robotnikom w Indiach. Nie uchyla się również od pożytecznego uświadamiania konsumentów: ”Za koszulkę z Pocahontas, którą kupiliście u Disneya za 40 złotych – głosi jej strona internetowa – robotnikom na Haiti zapłacono 15 groszy”.

W Paryżu dowiaduję się, że Attac współpracuje z War on Want. W Londynie nie są tego równie pewni. Brytyjczycy nie podpisali również ideologicznych apeli przeciwko globalizacji, ani nie mobilizowali do demonstracji.

Retoryka francuskiego Attacu z upodobaniem odwołuje się do autowizerunku Francuzów jako strażników kultury, sprawiedliwości i jakości życia. Od co najmniej kilku stuleci cnoty te we Francji przeciwstawiane są ubolewania godnym brakom w tej dziedzinie u Niemców, Anglików i Amerykanów.

Czy ironia Tartakovskiego wobec Brytyjczyków to jedynie kwestia sprytnego użycia narodowych stereotypów? W takim razie propaganda Attacu powinna wśród przeciwników umieścić również NiemcyÉ A tak nie jest. W opozycji wobec globalizacji Niemcy są przyjacielem i sprzymierzeńcem, niekiedy wręcz przykładem.

Kapitalizm żeglarzy i górali

W powstających po tej stronie Atlantyku książkach o światowych problemach prędzej czy później napotyka się pojęcia ”kapitalizm nadreński” oraz ”kapitalizm atlantycki”. W ten sposób określa się dwa różne podejścia do pieniędzy, ludzi i towarów. Autorem owej dychotomii jest francuski dyrektor firmy ubezpieczeniowej, niegdyś szef francuskiego instytutu planowania, obecnie doradca banku centralnego w sprawach walutowych, Michel Albert. W swojej książce ”Kapitalizm kontra kapitalizm” (Seuil 1991, wyd. polskie Znak 1994) rozwija tezę, że kapitalizmów jest wiele.

Pewnego dnia w 1993 r. w jednej z nowojorskich gazet można było przeczytać, że na 125 Ulicy autobus miejski zderzył się ze śmieciarką. W ciągu następnych kilku tygodni 18 osób zgłosiło się do przedsiębiorstwa autobusowego z żądaniem odszkodowania za obrażenia, które odniosły w wypadku. Każda z nich była gotowa podać firmę do sądu. Pieniądze nie przyszły, za to zjawiła się policja. Oto skutki dziennikarskiego niedbalstwa. W gazetowej notce zabrakło informacji, że autobus był wyłączony z ruchu i w chwili wypadku był pusty.

Nie wydaje mi się, by coś podobnego mogło zdarzyć się w Szwecji. Nawet gdyby ludziom przyszło do głowy, że można wygrać z miastem, nie użyliby gazetowej informacji równie bezczelnie. Kto lub co skorumpowało nowojorczyków? Rynek, odpowiada Michel Albert. W odróżnieniu od Francuzów czy Niemców, Amerykanie bezustannie czytają ogłoszenia, w których kancelarie adwokackie zalecają, żeby obywatel kogoś zaskarżył. Jak się nie uda, nie będzie to kosztować, ale jeśli wygramy, podzielimy się łupem. Czemu francuscy i niemieccy adwokaci nie postępują podobnie? Przecież również działają w warunkach rynkowych? W rzeczy samej, odpowiada Albert, lecz nie do końca. Podobnie jak lekarze, księża, dziennikarze i inni przedstawiciele wolnych zawodów, stoją prawą nogą w rynku, lewą zaś na obszarze chronionym, gdzie obowiązują inne wartości, względy lojalności, jak również inne prawa niż prawo zysku. Możliwe jest bardzo dokładne określenie, kiedy amerykańscy adwokaci z wolnego zawodu stali się usługodawcami: w roku 1972, gdy Sąd Najwyższy zezwolił im na reklamowanie się w telewizji. Tym samym pomoc prawna zrównana została z innymi towarami.

Według Alberta werdykt sądu nie był przypadkowy. Przeciwnie, wynikał z logiki obowiązującej w tradycji, którą Albert na przemian nazywa to ”atlantycką”, to ”neoamerykańską”, to znowu ”angloamerykańską”, a która nagradza podejmowanie indywidualnego ryzyka, szybkie zyski i konkurencję kosztem innych wartości. Taki krok byłby jednak nie do pomyślenia w dolinie Renu, siedlisku tego drugiego kapitalizmu. Tu ryzyko podejmuje się wspólnie, wzrok skierowany jest dalej, oddech spokojniejszy, a rynek okolony trudnymi do przezwyciężenia tabu i przyzwyczajeniami kulturowymi.

W opisie obu kultur rynkowych najbardziej pobudza wyobraźnię ich geneza. Model atlantycki nie powstał w Ameryce, twierdzi Albert, lecz w Wenecji, podczas gdy kapitalizm nadreński miał swój początek w górach. U zarania XVI wieku, gdy alpejscy górale i weneccy kupcy niezależnie od siebie wymyślili ruch ubezpieczeniowy, stworzyli, w rzeczy samej, dwa zupełnie odmienne systemy dystrybucji ryzyka. Szwajcarscy górale wiedzieli oczywiście, że lawiny czy wilki niektórym wyrządzały większe szkody niż innym. Płacili jednak solidarnie, po równo, do wspólnej kasy kryzysowej.

Inaczej w portach. Tam każdy ładunek ubezpieczany był oddzielnie, w zależności od prognozy pogody i niebezpieczeństwa podróży. System góralski dał podwaliny kasom samopomocy, firmom ubezpieczeniowym, jak również tej mentalności, która do dziś dominuje między Alpami a ujściem Renu, twierdzi Albert. Model kupiecki ze statkami dotarł do Londynu, gdzie w kawiarni Lloyda utworzył szkołę nie tylko ubezpieczeń żeglugowych, ale całego atlantyckiego kapitalizmu.

Kapitalizm żeglarzy i górali. Czy istnieją naprawdę? Jeszcze dziesięć lat temu szwajcarski czy niemiecki pirat drogowy, posiadający prawo jazdy zaledwie od roku i mieszkający w podejrzanej dzielnicy, płacił taką sama składkę ubezpieczeniową, co stateczni ojcowie w najspokojniejszych dzielnicach willowych. Albert wyjaśnia, dlaczego amerykańskim bankom nie udało się wejść na rynek w kraju Alp: wprowadzają one rotację personelu pomiędzy poszczególnymi placówkami, a każdy wie, że Szwajcar nie powierzy pieniędzy komuś, kogo nie zna. Te i inne cechy – niechęć przedsiębiorstw wobec giełdy i analogiczna zażyłość z ”bankiem domowym”, relacje oparte na konsensie ze związkami zawodowymi i państwem, ich zobowiązania socjalne i lojalność, Albert dokumentuje statystyką, diagramami i tabelami. Przesłanie jest jasne. Kapitalizm nadreński góruje nad atlantyckim zarówno pod względem społecznym, jak i ekonomicznym. Między nimi, przepowiadał Albert w roku 1991, dojdzie do wojny.

”Będzie to wojna podziemna, gwałtowna, zacięta, lecz wyciszona, a nawet pełna hipokryzji, jak pełne hipokryzji są wszelkie walki koterii w łonie jednego Kościoła (É), dwóch antagonistycznych rodzajów logiki w obrębie tego samego liberalizmu.” O co toczyć się będzie bój? ”O miejsce człowieka w przedsiębiorstwie, miejsce rynku w społeczeństwie, miejsce i rolę porządku prawnego w międzynarodowej gospodarce.”

Nie najgorsza przepowiednia

Przecież dokładnie o to chodzi w głównym nurcie dyskusji o globalizacji. Albert nie widzi kapitalizmu jako abstrakcyjnego modelu dążącego ku całkowitemu spełnieniu (co zdają się proponować zarówno neoliberałowie, jak i komuniści), a jako ludzką praktykę, w wysokim stopniu uwarunkowaną kulturowo. Dlatego nie może być nigdy mowy o jakimś jednolitym kapitalizmie, który można sławić lub zwalczać. Czym ten system jest i jak funkcjonuje, zależy w ogromnej mierze od otaczającej kultury.

Wojna, której nadejście przepowiadał Michel Albert, nie była aż tak dyskretna. Zaledwie trzy lata później, w 1994 r., poczuł się zmuszony do zmiany metafory. – To rewolucja – ostrzegał. – I, jak każda rewolucja, wyszła od mas. Miliony anonimowych akcjonariuszy, niezadowolonych z kursu akcji, w ciągu kilku tygodni pozbawiły stanowisk sześciu czy siedmiu z najważniejszych amerykańskich dyrektorów (m.in. IBM, Apple, Genral Motors, Kodaka i American Express). Znaczyło to, że amerykański kapitalizm zmieniał podstawowe wartości, twierdził Albert. ”Corporate government”, jak nazwano przejęcie władzy przez akcjonariuszy, przekształciło bowiem, w skrajnych wypadkach, przedsiębiorstwo z producenta towarów czy usług w zwykłego dostarczyciela dywidendy, jedynej rzeczy, która interesowała zbiorowe fundusze powiernicze. Taki kapitalizm, twierdzi Albert, będzie się bardzo różnił od tego, do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić.

MACIEJ ZAREMBA
2. Dalej do walki z drobnym kapitałem! –
RZECZPOSPOLITA, 14.07.01 Nr 163
Nie chcę, by to brzmiało, jakbym tęsknił za grubym kapitalistą w cylindrze i z cygarem, ale przynajmniej miał on twarz – powiedział Göran Johnsson, przewodniczący szwedzkiego związku zawodowego metalowców. Kiedy o tym opowiadam, profesor Jürgen Hoffmann kiwa głową i komentuje: – Tak, na tym właśnie polega paradoks. Obecnie związki zawodowe bronią tego samego kapitalizmu, który przez sto lat zwalczały. I mają ku temu powody.

Hoffmann przyjmuje w Bunkrze – szkaradnym, modernistycznym bloku w Hamburgu. O ile globalizacja oznacza amerykanizację, nie ogarnęła ona jeszcze Hochschule fûr Wirtschaft und Politik (Akademia Nauk Politycznych). Wielkie tablice o zakazie palenia żółte są od nikotyny. Wchodzących wita cytat z Marksa: ”Filozofowie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to, aby go zmienić”.

Jûrgen Hoffmann próbował. W roku 1968 był już studentem w Berlinie, później wydawał ”Probleme des Klassenkampfes” (Problemy walki klasowej). Teraz jest profesorem politologii; dużo czasu spędza pomagając związkom zawodowym w zrozumieniu transformacji kapitalizmu, która odbywa się bez pomocy filozofów. Czyżby globalizacja? Nie, Hoffmann ma sceptyczny stosunek do tego pojęcia. – Nadużywa się go tak, jak swego czasu my szafowaliśmy hasłem ”imperializm”. To samo z neoliberalizmem. Chwilami mam wrażenie, że słowo to utraciło wszelką treść. Kiedy usiłujemy trochę usprawnić pracę uczelni, studenci oskarżają nas o neoliberalizm. Jestem człowiekiem lewicy, ale czy z tego powodu mam być przeciwny efektywności?

Jürgen Hoffmann jest m.in. autorem eseju, w którym twierdzi, iż niewiele spośród tzw. globalnych zjawisk zasługuje na to miano. Większość obrotów handlu wciąż przypada na Europę Zachodnią, Amerykę Północną i Azję Południowo-Wschodnią, podobnie z inwestycjami. Nie jest zatem prawdziwe twierdzenie, że kapitał płynie do krajów o niskich płacach. Przeciwnie, wykazuje on osobliwe upodobanie do rejonów o wysokich pensjach, silnych związkach zawodowych i z dobrze rozwiniętym systemem zabezpieczeń socjalnych, przekonuje Hoffmann, dodając, że 80 procent niemieckich inwestycji bezpośrednich trafia do takich obszarów. Dlaczego?

Dlatego, że również kapitał ceni sobie poczucie bezpieczeństwa, a bardziej jeszcze wysoką wydajność, pod tym zaś względem najlepiej zarabiający są nadal bezkonkurencyjni. Kiedy niemiecka firma inwestuje za granicą, w ośmiu wypadkach na dziesięć robi to, by podbić nowy rynek, a nie, by obniżyć koszty płacowe.

Zdaniem Hoffmanna, w zasadzie jedno tylko zjawisko uzasadnia mówienie o globalizacji – to samo, które kazało Göranowi Johnssonowi wzdychać za dawnym fabrykantem. Ten nowy wróg ma wiele określeń: hiperkapitalizm, kapitalizm kwartalny, kapitalizm bez kapitalistów, kapitalizm akcjonariuszy, ekonomia kasyna…Wszystkie nawiązują do tego samego: że nagle oto pieniądze i produkcja zostały od siebie oddzielone.

Przez wieki przedsiębiorstwa zależały od dobrze znanych właścicieli i dyrektorów, aż tu niespodziewanie znalazły się w rękach masy anonimowych rentierów. Nowych właścicieli nie obchodzi zbytnio, co się produkuje, po co, ani dla kogo. Zależy im jedynie na zysku. Gdy go im mało, przenoszą swoje pieniądze, często wszyscy naraz i tak szybko, że w ciągu jednego popołudnia przysporzyć mogą koncernom – a nawet państwom – poważnych kłopotów.

Francuski bankier, Michel Albert, ujmuje to tak, że kiedyś firmy konkurowały o klientów, surowce i rynki. Teraz muszą dodatkowo rywalizować o właścicieli.

Nie tylko marksiści twierdzą, iż dopiero teraz zdaje się ziszczać karykaturalny wizerunek kapitalisty, który myśli jedynie o zysku. Czemu tak późno? I dlaczego w tak dziwacznej postaci? Przez sto lat oskarżano gospodarkę rynkową, że koncentruje zbyt wiele władzy w rękach nielicznych. Z nowymi właścicielami jest całkiem inaczej. Wydają się absolutnie rozproszeni w swej władzy, wyjąwszy chwile, gdy niczym spłoszone stado bawołów rzucają się pędem w tym samym kierunku. Angielskojęzyczni ekonomiści mówią ładnie, że kapitał finansowy jest zbyt ”płochy” (volatile – niestały w uczuciach), by umożliwić długofalową przedsiębiorczość.

To przedziwna ironia losu, że ów ”brak odpowiedzialności” kapitału bierze się stąd, iż stał się on zbyt ludowy. Wśród co bardziej ortodoksyjnych krytyków globalizacji, nie wyłączając ruchu Attac, winą jak zwykle obarcza się ”wielki kapitał”. Ale to właśnie reakcje ”drobnego kapitału” każą związkom zawodowym z żalem wspominać fabrykanta. Zapytany, co doprowadziło do powstania kapitalizmu w tej czystej postaci, były socjaldemokratyczny minister finansów Szwecji, Kjell-Olof Feldt, odpowiada: ”Masa chciwych ciułaczy, odkładających do emerytury, którzy chcą jak największych odsetek”. To ich pieniądze, ulokowane w konkurujących ze sobą funduszach inwestycyjnych, destabilizują gospodarkę.

”A będzie coraz gorzej, bo ludność krajów bogatych coraz szybciej się starzeje, zaś ich emerytury w coraz większym stopniu lokowane są w funduszach inwestycyjnych. Wyliczono, że za 15 lat miliard emerytów dysponować będzie kwotą 300 bilionów dolarów. Nastąpi niesłychana pogoń za dywidendą, która stanie się zdecydowanie większym utrapieniem niż cała ta reszta, którą nazywa się globalizacją”. Zdaniem Feldta to nie ilość pieniędzy, a liczba ich właścicieli jest problemem. W Szwecji i w Niemczech, o USA nie wspominając, liczba akcjonariuszy znacznie przewyższa już liczbę członków związków zawodowych. ”Zarządzający funduszami nie są w zasadzie kapitalistami, nie pielęgnują ani nie przetwarzają swojego kapitału, chcą tylko widzieć, jak przyrasta z kwartału na kwartał. Co oznacza, że uzależniony od funduszy akcyjnych szef firmy będzie kiepskim kapitalistą. Nie odważy się przecież podjąć żadnego ryzyka, dużych inwestycji, które zagrozić mogą kursowi akcji.”

Nie, Marcus Wallenberg nie sprzedał akcji Ericssona, gdy firma była w tarapatach. Emeryci naturalnie sprzedają, co jest równie zrozumiałe jak to, że szef metalowców nie życzy sobie tak niestałych właścicieli przedsiębiorstw. Miarą przemian niech będzie fakt, iż Göran Johnsson uważa, że prywatne spółki jak Investor czy Industrivärden (spółki inwestycyjne posiadające kontrolne pakiety akcji w dużych szwedzkich firmach, np. ABB, Ericsson, Volvo) wykazują się większą odpowiedzialnością za przyszłość gospodarki niż zdominowany przez lewicę szwedzki parlament.

Johnsson wie, o czym mówi, sam został ”zglobalizowany” przez tenże parlament, który mianował go członkiem zarządu jednego z funduszy emerytalnych. Zgodnie z dyrektywą ma tam dopilnować, aby 130 emerytalnych miliardów osiągnęło możliwie największy przyrost. Ma się więc zachowywać jak chciwi emeryci, a nie jak Wallenberg. Johnsson mówi, że zobowiązany jest podporządkować się demokratycznie podjętej decyzji, będzie jednak walczył o zachowanie ”ducha funduszu”.
Pozostaje pytanie, czy znajdzie poparcie dla swojej opozycji. Gdy w roku 1999 szwedzka centrala związkowa LO zapytała zrzeszone związki, czy chcą, by ich środki emerytalne zainwestować tak, by przyczyniały się do wzrostu zatrudnienia, poprawy warunków pracy lub promocji innych wyższych wartości, odpowiedzią było głośne ”nie”, przypomina Kjell-Olof Feldt. Związki chciały możliwie najwyższego zysku. Innymi słowy: fundusze etyczne – proszę bardzo, ale nie za nasze pieniądze.

Johnsson i Feldt nie są osamotnieni. Były dyrektor sztokholmskiej giełdy Bengt Ryden publicznie ubolewał, że w ekonomii, w której inwestorzy jedynie ”gonią indeks”, nikt nie czuje się odpowiedzialny za przyszłość. Były przewodniczący włoskich metalowców, obecnie postkomunistyczny członek Parlamentu Europejskiego, Bruno Trentin, mówi, że lewica musi pomóc dyrektorom w odzyskaniu władzy w przedsiębiorstwach. Więcej władzy dla dyrektora – hasłem robotniczym? ”Tak! Ale również większa kontrola związków nad przedsiębiorstwem. Chacun faisant son metier (Niech każdy robi swoje).”

Gdy szefowie giełd oraz eurokomuniści czują się zmuszeni bronić ducha kapitalizmu przed parlamentem i własnymi emerytami, trzeba uznać, że nastąpił pewien przełom. Skąd jednak ta destrukcyjna władza seniorów, o którą przecież nie prosili?

Jest wiele odpowiedzi na to pytanie. Jedna, dość idealistyczna, bierze za punkt wyjścia fakt, iż na początku było słowo.

Neoliberalna ideologia, która głosiła, że im więcej wolności dla kapitału, tym lepiej dla wszystkich, w latach 80. opanowała nie tylko Anglię i Amerykę, lecz również poczciwe państwa dobrobytu. Porzucając swoje ambicje socjalne, zabrały się one do usuwania przeszkód na drodze pieniądza. Skąd to wiarołomstwo?

Niektórzy twierdzą, że to za sprawą muru. W swej książce ”Kapitalizm kontra kapitalizm” Michel Albert przypomina smutny los francuskiej prawicy. Ponieważ część jej kolaborowała z nazistami, po wojnie większość spuścizny ideowej konserwatyzmu nabrała nieco podejrzanej reputacji. Wykorzystując ten fakt, francuska lewica przez blisko trzydzieści lat mogła dominować w społecznej debacie, w kulturze i na uniwersytetach, a niektóre pojęcia wyprzeć z obiegu: moralność, rodzinę, naród, Gemeinschaft (wspólnotę)… Oczywiście nie było to tak do końca fair wobec konserwatyzmu. Tak jak niesprawiedliwe jest, że upadek komunizmu przynosi podobne konsekwencje lewicy. ”Uspołecznienie”, ”plan” czy nawet ”równość” budzą nieodpowiednie skojarzenia i utrudniają mobilizację przeciwko liberalizmowi gospodarczemu.

Mocy słowa nie należy lekceważyć. Sam jednak skłaniam się ku interpretacji materialistycznej. Oszczędności emerytów rozpoczęły inwazję na świat dziesięć lat przedtem, zanim Reagan proklamował swoją rynkową rewolucję. Jak w każdym prawie momencie historii jednoznaczne na pozór przemiany mają wiele niezależnych od siebie przyczyn.

Jeszcze 14 sierpnia 1971 r. posiadacz 35 dolarów mógł je wymienić na uncję czystego złota. Dzień później już nie. Wojna w Wietnamie i realizowany przez Lyndona Johnsona program budowy dobrobytu nadwerężyły dolara do tego stopnia, że konieczna była separacja banknotu od kruszcu. Tym samym niepewna stała się wartość marki, podobnie jak franka czy korony.

Mniej więcej w tym samym czasie na rynki wypłynęły miliardy petrodolarów, szukające dogodnych lokat. Była zatem podaż. Żeby jednak powstał rynek, potrzebny jest jeszcze popyt. Ten pojawił się w większości europejskich krajów dobrobytu. Karmieni pięknymi obietnicami obywatele oczekiwali dalszych reform. Lecz z powodu żółwiego tempa wzrostu gospodarczego i galopujących cen ropy, w kasach tych państw prześwitywało dno. Żeby być nieco prowokacyjnym, można powiedzieć, że globalny rynek finansowy powstał m.in. dla zaspokojenia potrzeby dobrobytu na kredyt.

Udział w tym rynku ma swoją cenę. Państwo, które likwiduje ograniczenia w przepływie kapitału przez swoje granice, wystawia się na ocenę maklerów. Jeśli nie chce odpływu inwestycji lub pragnie utrzymać niskie oprocentowanie kredytów, zmuszone jest, jak każdy klient banku, dbać o swoją wiarygodność. Nie pożyczać ponad stan, nie dopuszczać do inflacji itd. Oznacza to, że kraje, które zgodnie z receptą Keynesa stymulują rozwój gospodarki lub finansują reformy ze środków kredytowych, podejmują większe ryzyko. Na domiar złego, ku zgrozie wielu polityków, państwa na rynku światowym zachowują się jak szwedzkie gminy: próbują przyciągnąć inwestycje poprzez ulgi podatkowe i inne prezenty.

To właśnie mają na myśli krytycy mówiąc, że ”rynek zawładnął polityką”.

MACIEJ ZAREMBA
3.Nigdy w niedzielę!

RZECZPOSPOLITA, 18.08.01 Nr 192

Kilka lat temu francuskie związki zawodowe manifestowały przed magazynem IKEA w Paryżu. Przyczyną niezadowolenia był fakt, że firma zaczęła zapraszać klientów również w niedzielę. – Typowy przejaw amerykanizacji! – słychać było wzburzone głosy. – Zamach kapitału na niedzielny spokój paryżan i personelu. Wystarczy, że rynek zalał już całą przestrzeń, nie pozwolimy, by rozpanoszył się w całym czasie!

Niemal w tym samym czasie włoscy związkowcy demonstrowali w Rzymie, aczkolwiek pod całkowicie odmiennymi hasłami. Domagali się, mianowicie, zniesienia odwiecznego zakazu handlu w niedzielę.

Streszczając jednym zdaniem to, co wydaje się być sednem krytyki globalizacji: racjonalność gospodarcza wypiera inne wartości. Zysk staje się ważniejszy niż tradycja, kultura czy społeczne zobowiązania. – Cash is fact, everything else is opinion (Gotówka jest faktem, wszystko inne to opinie) – podsumował sprawę pewien brytyjski ekonomista.

Czy naprawdę rynek wszędzie daje takie rezultaty? I czy za każdym zwycięstwem księgowych rzeczywiście kryje się kapitał?
W Gauting pod Monachium, w połowie drogi między Paryżem a Rzymem, mieszka Jan Berg – filozof, pisarz, wydawca i komentator dzieł wszystkich matematyka Bernharda Bolzano. Nie będzie, niestety, dyskutował ze mną o globalizacji, gdyż jako filozof twierdzi, że potrafi rozpatrywać tylko jako tako zdefiniowane pojęcia. – Cóż więc pan redaktor ma na myśli? – pyta mnie.
Kanapki ważniejsze od mego trawnika

Próbuję streścić debatę, a gdy dochodzę do tezy, że ponoć amerykanizują się nam obyczaje, Berg przerywa. Usłyszał już dosyć. Owszem, proszę bardzo, życzyłby sobie, by Gauting poddano gruntownej globalizacji – im szybciej, tym lepiej. Mógłby wtedy kosić swój trawnik po południu, kiedy pasuje to jemu, ale nie gminie, która zabrania wszelkich hałasów między dwunastą a piętnastą. – W dni powszednie! Zamierają nawet place budowy! Wtedy bowiem gospodynie domowe odbywają poobiednią drzemkę. Zakłada się, że wstały wcześnie, by przyszykować kanapki dla męża i dzieci.

Gauting nie leży w ustronnej alpejskiej dolinie. To willowa osada, położona piętnaście minut od Monachium, w samym środku Bawarii, najnowocześniejszego bodaj regionu przemysłowego Europy. Lecz także w Monachium ludzie wychodzą po zakupy z własną siatką i gardzą Skandynawami, którzy przy stole rozmawiają o pieniądzach.

Nie, w Monachium globalizacja nie jest tematem do rozmowy. Pisarz Hans Magnus Enzensberger podejrzewa, że jest ona głównie tworem medialnym: – To, o czym krzyczą nagłówki gazet, niekoniecznie obchodzi ludzi. Nie jest pewien, czy w ogóle chce posługiwać się tym pojęciem. – Jest coś podejrzanego w zjawisku, o którym każdy zdaje się móc napisać książkę. Nie podoba mi się też idea, która próbuje objąć całokształt zjawisk i zredukować wszelkie sprzeczności. To totalitarne podejście.

Enzensberger woli mówić o sprzecznościach. Już trzydzieści lat temu twierdzono, że na skutek kurczenia się świata ujednolicą się kultury i zanikną wszystkie dialekty. – Nic takiego nie nastąpiło. Teraz Zygmunt Bauman pisze książkę o tym, że w globalnym świecie ”ruchliwi” zostawiają w tyle ”lokalnych”, zasiedziałych. Czyżby? Mam chatę w Dolnej Bawarii – jaki będzie u was odpowiednik? Zapadła Smålandia? (region w Szwecji, symbol ciemnogrodu – przyp. tłum.) To kraina głęboko katolickich chłopów, mówiących niezrozumiałym dla nikogo dialektem. Jeden hoduje białe pawie na eksport do Arabii Saudyjskiej, inny sprzedaje złocone ramy do USA. Niedawno zaś w sąsiedniej wsi ktoś założył ”inicjatywę lesbijską”. Czy świadczy to o naszych przesądach?

– O kapitalizmie powinno się mówić w liczbie mnogiej – twierdzi Enzensberger. – Ten amerykański, gdzie sukces jest obowiązkiem, to jedno. W Europie jednak pieniądze to nie wszystko.

Kapitalizm w liczbie mnogiej. Ktoś, kto w Uzés (miejscowość w południowej Francji, 7800 mieszkańców) chce kupić świeży chleb, pomidory, ”Fausta” Goethego, tytoń, wtyczkę z uziemieniem, coś na ból gardła i angielską gazetę, będzie musiał odwiedzić siedem różnych sklepów. Kto te same rzeczy będzie chciał nabyć w szwedzkim miasteczku, cztery z powyższych artykułów dostanie w najbliższym samie. Pozostałych nie kupi wcale.

Próbując zrozumieć, dlaczego we Francji na tysiąc mieszkańców przypada sześć razy więcej księgarń niż w Szwecji, lub też czemu w najmniejszej nawet dziurze główną ulicę zdobi bar, a nie kiosk z hot dogami, szybko odkryjemy, że nie istnieje coś takiego jak ”wolny rynek”.

Jak mleko, to tylko w aptece

Gdy chcesz sprzedawać jedną gazetę, musisz zobowiązać się do sprzedawania również wszystkich innych na takich samych warunkach – nakazuje francuska polityka kulturalna. Substytuty mleka z piersi są lekami i jako takie mogą być sprzedawane wyłącznie w aptece – głosi inne rozporządzenie (ku zrozumiałej irytacji właścicieli samów). Apteka jest prywatnym sklepem, ale nie będziesz posiadał dwu, mówi prawo niemieckie. Tytoń w swoim barze możesz sprzedawać pod warunkiem, że odziedziczyłeś ten przywilej po którymś z weteranów Bonapartego. Książkowa nowość nie jest zwykłym towarem, a międzyobywatelskim przekazem, dlatego powinno się ją sprzedawać po takiej samej cenie, jak w innych księgarniach. Możesz handlować odzieżą lub artykułami spożywczymi. Lecz nie jednym i drugim w tym samym sklepie.

Żadnego z tych przepisów nie da się raczej pogodzić z zasadą wolnej konkurencji, która rzekomo przyświeca Unii. Niektóre z nich kłócą się nawet z poczuciem sprawiedliwości. Dlaczego pewne przywileje gospodarcze miałyby być dziedziczone? Nie ulega jednak wątpliwości, że regulacje te w większości przyczyniają się do zachowania krajobrazu kulturalnego. We Włoszech, gdzie panuje największa handlowa różnorodność (jeden sklep na 100 mieszkańców, wobec jednego na 220 osób we Francji i w Niemczech), obowiązują najbardziej chyba zagmatwane przepisy i ograniczenia (co oczywiście sprzyja korupcji).

Supermarkety od dziesięcioleci apelują do Unii, by ukróciła te praktyki. Niedawno austriacki koncern wydawniczy Libro zwrócił się do Trybunału Unii o zlikwidowanie niemieckiego systemu stałych cen na książki. (Wydawca ustala cenę, która obowiązuje wszystkich księgarzy). Trybunał stwierdził jednak, że wartości kulturalne mogą uzasadniać ograniczenie konkurencji. Następnie Parlament Europejski dosypał soli do ran rezolucją, według której ”książka, stanowiąc wartość kulturalną a zarazem towar handlowy, ma wymiar podwójny”.

Budynki Unii Europejskiej w Luksemburgu sprawiają wrażenie rozsypanych ręką dziecka klocków lego. W jednym z nich urzęduje Piero Colla. Gdy nie tłumaczy unijnych dyrektyw (za co mu płacą), zabawia się badaniem antropologii komercjalizmu europejskiego. Fascynujący temat, zapewnia, choć nic w nim dla mnie, ja chcę bowiem zilustrować pojęcie tak zwanej globalizacji. Piero Colla: – Zdaje się ona polegać na tym, że prawica chce więcej wolności dla rynku, ale lewica staje okoniem, czyż nie? Rzeczywistość jest bardziej interesująca.

Jeśli chcę, by opadły mi łuski z oczu, powinienem zbadać na przykład koleje wojny czekoladowej.

Procent czekolady w czekoladzie

Wiosną 1998 r. do suchych notek gazetowych zaczął się wkradać agresywny język. Można było przeczytać o czekoladowych purytanach, kakaowych fundamentalistach.. Szczególnie utkwiło mi w pamięci sformułowanie ”społeczeństwa czekolado-purytańskie”. Co cechuje czekoladowego purytanina? Można by sądzić, że odmawia on sobie pralinek. W szwedzkich mediach słowo to pojawiło się w znaczeniu przeciwnym. Purytanin pragnął maksimum używki w łakociach.

Istotą sporu było, ile czekolady (czyli kakao) musi zawierać czekolada, aby jako taka mogła być sprzedawana w obrębie Unii. Nie było niespodzianką, że wielcy producenci, od Nestlé po Marabou (fabryka w Szwecji należąca do Kraft Food, drugiego po Nestlé koncernu spożywczego na świecie, która w wielu krajach nie mogła dotychczas sprzedawać swoich wyrobów jako czekolady), utworzyli lobby definicji niskokakaowej. Nie ulegało wątpliwości, o co toczyła się gra: o otwarcie nowych rynków dla namiastki, którą można by sprzedawać pod nazwą zarezerwowaną dla towaru wysokiej jakości.

Jak więc w Parlamencie Europejskim głosowali przeciwnicy globalizacji? Zieloni i czerwoni z Włoch byli przeciw deregulacji. Szwedzka lewica stanęła za wielkim przemysłem. Choć sami woleliby to ująć inaczej. Inger Schörling z partii Zielonych tłumaczy, że nie chciała, by szwedzki produkt uchodził za gorszy od francuskiego (najwyraźniej zdaje się jej, że Marabou jest firmą szwedzką). Marianne Eriksson z postkomunistycznej Partii Lewicy wyraziła się prościej: ”Głosowaliśmy zgodnie z interesem narodowym”.

Pożal się Boże. Przy tak patriotycznie oszołomionych antykapitalistach wielkie korporacje nie będą wkrótce potrzebowały lobbystów. Jak jednak świadczy to o istocie krytyki globalizacji, która każdą deregulację przedstawia jako niecne zagrania kapitału?

Już nie wie lewica, co czyni prawica

– Ideologia i retoryka – mówi Colla – są bardzo niepewną miarką. Lega Nord (partia włoskiej prawicy), podobnie jak Berlusconi, prześcigają się w peanach na rzecz liberalizacji rynków. Zaś gdy przychodzi co do czego, głosują najczęściej przeciw deregulacji, gdyż ich wyborcy rekrutują się spośród drobnomieszczaństwa. I odwrotnie: włoska lewica przeklina tradycyjnie kapitalizm, działając równocześnie na rzecz konkurencji, zwłaszcza gdy ta zdaje się dawać we znaki drobnym przedsiębiorcom.

– A jak było u was w Szwecji? – pyta Colla. – Czy to rzeczywiście kapitał zrównał niedzielę z wtorkiem, a książkę z pastą do butów?
W trakcie przechadzki po centrum Sztokholmu nie sposób poznać czy jest wtorek, czy niedziela. W Monachium lub Kopenhadze spacerowicz nie ma takiego problemu. W całej niemal Europie handel robi w niedzielę dzień przerwy.

Tore Jönsson, związkowy mąż zaufania, krzywi się, gdy przywołuję ten obrazek. Rozumiem go, to w końcu ilustracja jego porażki. Związek pracowników handlu opierał się do końca.

– Mieliśmy dobre, egzystencjalne argumenty – mówi Jönsson. – Osoba zmuszona pracować w niedzielę, pozbawiona jest normalnego życia rodzinnego.

W roku 1973, zanim jeszcze wymyślono neoliberalizm, Szwecja zniosła prawie wszystkie regulacje godzin pracy handlu. Nieco wcześniej państwo unieważniło umowę zakazującą księgarniom zaniżania cen książek. Były to bardzo radykalne reformy, które dziś, po trzydziestu latach, znalazły w Europie jedynie nielicznych naśladowców.

Najdziwniejsze w owym rozszerzaniu rynku było to, że sam rynek wcale tego nie pragnął. Co więcej – stawiał opór. Zarówno wydawnictwa, jak i handel chciały pozostać przy systemie stałych cen. Z wyjątkiem m.in. spółdzielczej sieci Konsum i ekskluzywnego domu towarowego NK zarówno detaliści, jak i związki zawodowe negatywnie odniosły się do propozycji handlu w niedzielę.

Również konsumenci, do których palącej potrzeby zakupów Konsum i NK się odwoływały, okazali się nieskorzy do zmiany niedzielnych przyzwyczajeń. Wielu chciałoby wprawdzie móc w niedzielę kupić kwiaty, lecz tylko co szósta osoba była zainteresowana zakupami spożywczymi. Jedyny wyjątek stwierdzono w Norlandii, na dalekiej północy. Tam ludzie uważali, że owszem, salony meblowe mogłyby być czynne w niedzielę. Przynajmniej zimą, aby można było przy świetle dziennym obejrzeć kanapy.

Skoro reforma miały tylu przeciwników, czemu ją wprowadzono? Ani konsumenci, ani kupcy nie rozumieli, co dla nich dobre, czytamy w projekcie ustawy. Ich niechęć wynikała z zakorzenionych nawyków. Było jednak nieracjonalne, by w niedzielę i wieczorem powierzchnie handlowe i kapitał ”leżały odłogiem” (niedostateczne wykorzystanie kapitału). Ponadto gospodarka potrzebowała siły roboczej, czyli robiących zakupy kobiet.

Deregulacja przyniosła dokładnie takie konsekwencje, przed jakimi ostrzegali jej przeciwnicy. Duzi wyparli małych. Od roku 1970 liczba sklepów spożywczych zmalała w Szwecji o połowę, zamknięto wiele sklepów specjalistycznych. Przybyło za to supermarketów. Dla Torego Jönssona oznaczało to proletaryzację większości jego podopiecznych. Nie potrzeba przecież wykwalifikowanych sprzedawców, gdy klient sam zgarnia towar bezpośrednio z palety.

Wiadomo, co się stało z książkami. Szwedzkie księgarnie są dziś najdroższe w Europie, należąc przy tym do najgorzej zaopatrzonych, co od czasu do czasu bywa w Unii przytaczane jako odstraszający przykład chybionej deregulacji.

Nie zatrzymywałbym się przy tym zubożeniu handlowego krajobrazu, gdyby nie to, że wykorzystuje się je w debacie jako jeden z symboli ”neoliberalnej globalizacji”. To pewnie prawda, że w swoich niedzielno-zakupowych zwyczajach Szwedzi bliżsi są dzisiaj Amerykanom niż Duńczykom. Jak również to, że sztokholmska giełda, jako pierwsza w Europie (a może nawet na świecie), wprowadziła wieczorny handel akcjami, co, według reklamy, wymaga, by obywatele przestawili się na późniejsze jadanie kolacji.

Ośmielę się wystąpić tu z pewnym podejrzeniem. Być może istnieje więcej obszarów, gdzie mniej przyjemnymi skutkami modernizacji na siłę, przeprowadzonej w swoim czasie przez w pełni suwerenne państwa opiekuńczo-narodowe, obciąża się dziś konto globalizacji?

W kontynentalnej Europie jedynie Portugalia dopuszcza niedzielny handel na dużą skalę, opowiada Heike Jacobsen, socjolog z Dortmundu. Pozostałych libertynów odnaleźć można po północnej stronie kanału: Wielka Brytania (od czasów Margaret Thatcher), Irlandia, Szwecja i Finlandia. Oraz w pokomunistycznej Europie Wschodniej. W byłej NRD już dzisiaj, dwanaście lat po upadku muru, więcej jest hiper- i supermarketów, mniej zaś sklepów branżowych niż na zachodzie Niemiec. W którymś z miasteczek lokalne władze wprowadziły supermarket nawet do ratusza. Jacobsen podejrzewa, że ten fenomen bierze się z komunizmu. – Zdezintegrowane społeczeństwa są łatwym łupem dla agresywnej komercjalizacji.

A co uważa pani Jacobsen? Jako naukowiec nie może mieć zdania, odpowiada. A jako obywatel?

– Pracę wieczorem i w niedzielę – mówi – nazywa się po niemiecku ”unsoziale Zeiten”. Godziny aspołeczne. To trafne wyrażenie. Nie jest obojętne, jak społeczność organizuje swój czas. W Ameryce większość uważa, że to obojętne. Kiedy ta opinia zdobywa grunt w Europie, można mówić o globalizacji. Musimy zadać sobie pytanie: ”Do we need a common free time or don’t we?”. Czy potrzebny nam jest wspólny czas wolny, czy nie?

4. Jaja czy roquefort – chłopi układają menu

RZECZPOSPOLITA, 15.09.01 Nr 216

Gdy zapytać Francuzki, na czym polega globalizacja, może zwięźle i pogardliwie odpowiedzieć – malbouffe. Mniej więcej: ”żarło”.
Słowo to – wymyślone w sierpniu 1999 – ma już ugruntowaną pozycję w języku. Malbouffe to przede wszystkim McDonald’s, ironicznie skracany do McDo. Nie da się tego wytłumaczyć zmasowaną inwazją hamburgerów na Francję. Szwecja – rekordzistka Europy pod względem ”szybkiego jedzenia” – w stosunku do liczby mieszkańców ma dwa razy więcej tego typu stołówek, zaś pięć razy więcej niż Włochy.

Większość francuskich wrogów McDonald’sa nawet nie spróbowała ”ptysia z mięsem”. Walczą z samą ideą: posiłek jedzony w kwadrans, byle jak, byle gdzie, rękami, ten sam dla milionów, które powinny mieć identyczny gust. Zmysł smaku, czyli zdolność dystynkcji (rozróżniania) mieści się w mózgu, a nie w podniebieniu, twierdzi pisarz Paul Arias (autor ”Petit manuel anti-McDo” – ”Małego poradnika anty-macdonaldsowego”). I podpierając się filozofami Oświecenia konkluduje, że kto źle jada, jest kiepskim obywatelem. Istnieje ryzyko, że kto żre jak prosię, głosuje również jak świnia. Czyli z motłochem.

Można uważać, że to nazbyt pochopny wniosek. Kiedy jednak zostaje sformułowany w najbardziej gastronomicznej spośród wszystkich kultur, gdzie stół jadalny jest w równej mierze urządzeniem socjalnym, co kulinarnym, nie brzmi aż tak niedorzecznie.

Arias nie widzi zasadniczo różnicy pomiędzy ekonomiczną racjonalnością, która sprowadza jedzenie do wchłaniania pokarmu, a sowieckim totalitaryzmem, redukującym człowieka do roli trybu w maszynie państwa. Jedno i drugie niszczy jednostkę. Toteż walka z macdonaldyzacją, głosi pisarz, jest równoważna obronie kultury i demokracji przed antyhumanizmem o cechach globalizmu.

Mniam, mniam, czyli akt oporu

Co roku w marcu setki tysięcy Francuzów udają się do Porte de Versaille, by dokonać inspekcji osiągnięć rodzimych rolników, posmakować serów, porównać gatunki szampana. Paradują tam krowy w maneżach; dzieci mogą obejrzeć, skąd się bierze pasztet. Nie da się ukryć, że spacerując wśród tego przepychu, obalającego wszelkie teorie o racjonalnym wykorzystaniu przerwy śniadaniowej, mam wrażenie uczestniczenia w akcie oporu.

Jedynie hodowca krów rasy Belgian Blue burzy nastrój. Za obrzękłymi bydlętami (z wygolonymi płatami skóry, by uwypuklić kotlety) ustawił planszę, na której prześledzić można modyfikacje zwierzęcia w stosunku do wcześniej hodowanych egzemplarzy. 10 lat temu krowa tej rasy była o pół metra krótsza. Ta informacja wywołuje lekki popłoch wśród publiczności; szybko oddalamy się w stronę kozich serów.

Na obrzeżach targów odnajduję Bernarda Mosera, sekretarza generalnego Confédération Paysanne – organizacji zrzeszającej niemal co piątego francuskiego rolnika. Jeśli antyglobalizm ma jakąś globalną twarz, to należy ona do Joségo Bové, przewodniczącego tegoż związku. Dwa lata temu, uwięziony za sabotaż budowy restauracji McDonald’sa, Bové elokwentnie bronił swojej akcji (m.in. tymi samymi argumentami co Paul Arias). Od tamtej pory stał się bardziej znany w USA niż Jacques Chirac.

Obecnie owego niewysokiego wąsacza z fajeczką (Anglikom przypomina Wałęsę) widuje się na wszystkich antyglobalistycznych demonstracjach, od Seattle po Québec. Jest synem naukowca biogenetyka, był na uniwersytecie w Berkeley, później w środowisku lewicy 1968 roku. To właśnie on, obecnie hodowca owiec i producent sera roquefort, uczynił malbouffe symbolem wszelkich problemów, z którymi walczy Confédéation: wielkoskalowością (le productivisme), wypieraniem gospodarstw rodzinnych, chorobą szalonych krów, zmodyfikowanymi genetycznie roślinami, gorączkującymi owcami, zanieczyszczeniem środowiska, znęcaniem się nad zwierzętami i niedostatkiem na świecie.

– Globalizacja – mówi Bernard Moser – to przejęcie przez ekonomię władzy nad człowiekiem. Gdy człowiek zapomina, co jest w życiu istotne.

Na zboczach Alp w Dôme on i żona chowają 320 owiec. Mimo dotacji nie mają szans konkurować z masową produkcją jagniąt w Nowej Zelandii. ConfŽdŽration Paysanne uważa zatem, że Unia powinna być rolniczo samowystarczalna i zaniechać importu baraniny z antypodów oraz soi z Brazylii. W imię jakości i różnorodności. – Jestem nie tylko rolnikiem, pielęgnuję również krajobraz kulturalny – mówi Moser.

Na przeciwległym krańcu terenów targowych ma stoisko ”produktywista” Willy Nussbaumer z Alzacji. Jego FNSA, z której w 1987 r. wystąpił Bové i jego przyjaciele, zrzesza większość francuskich rolników. – Sto milionów jaj – przedstawia się wręczając wizytówkę.

Tyle uzyskują każdego roku on i jego 40 pracowników. Chciałby przy tym szczególnie podkreślić – bez dotacji. A kury? – Owszem, ćwierć miliona.

Na dźwięk nazwiska Bové, Nussbaumer pochmurnieje. – Ten kryminalista śmie nazywać siebie przywódcą chłopskim? Gdyby każdy prowadził gospodarstwo jak on, pomarlibyśmy z głodu! A różnorodność, jakość i krajobraz kulturalny? Nussbaumer wzrusza ramionami. – Łatwo mu mówić, ale ludzie nie żyją roquefortem. Proszę mi uwierzyć, moi klienci nigdy nie pytają o jakość. Obchodzi ich wyłącznie cena. Ludzie chcą mieć pieniądze na urlop i samochód.

Wyjątkowo przyzwoita propozycja Unii

Jak pogodzić oba stanowiska? Chcemy tanich jaj i wybornego roqueforta. Ostatecznie to ludzie pokroju Naussbaumera – giganci efektywności – są tajemnicą dobrobytu w zachodnim świecie. (Dowiaduję się, że nominalna cena masła nie uległa w Niemczech zmianie od ponad 40 lat!) Nietrudno jednak zrozumieć racje Mosera. Bój, do którego nawołuje, jest tym samym, który małorolni chłopi w Szwecji przegrali 30 lat temu. I tak jak wtedy nie brak ważkich argumentów: ekologia, różnorodność, jakość, krajobraz… Kto oglądał szwedzki serial ”Hem till byn” (”Do rodzinnej wsi”), wie, o jakie wartości toczy się gra. Choć w latach 70. nie mówiło się o globalizacji, tylko o restrukturyzacji.

Ale Francja to nie Szwecja. Osamotnieni szwedzcy małorolni marzli cierpliwie na placu Sergels torg w centrum Sztokholmu. Francuscy palą samochody, blokują drogi wjazdowe do Paryża, a mimo to mogą liczyć na sympatię rodaków.

Willy Nussbaumer i Bernhard Moser nie zgadzają się prawie w żadnym punkcie. Nussbaumer deklaruje, że hołduje konkurencji; Moser uważa, że Komisja Europejska powinna pilnować, by nie malała liczba gospodarstw. Gdy się o to spieramy, Komisja Europejska (żywo dopingowana przez Szwecję) rozważa umożliwienie 48 najbiedniejszym krajom świata bezcłowej sprzedaży na rynku Unii swoich produktów: bananów, cukru, ryżu, tekstyliów. To wyjątkowo przyzwoita propozycja, Unia nie żąda bowiem w zamian, by Nepal czy Burkina Faso otworzyły swoje rynki dla produktów europejskich. Także ONZ popiera projekt, twierdząc, iż w ten sposób kraje te mogą zarobić ponad 100 milionów dolarów, czyli ponad dwa razy więcej niż wynosi pomoc, którą obecnie otrzymują.

– Nigdy w życiu – mówi Nussbaumer – konkurencja, owszem, ale fair. Założę się, że w Nepalu nie płacą składek na ubezpieczenia społeczne.

Moser oświadcza, że stara się być solidarny z biednymi i dlatego sceptycznie odnosi się do tej propozycji. – To trąci ultraliberalizmem. Uzależnienie się od eksportu nie wyjdzie Trzeciemu Światu na zdrowie.

Czy to nie zadziwiające, że z tak diametralnie różnych punktów można dojść do dokładnie takiego samego wniosku? Lobby cukrowe w Brukseli ogłasza mobilizację przeciwko propozycji. Europejscy plantatorzy buraków cukrowych otrzymują dotowane 2 zł 60 gr za kilogram swojego cukru, którego nadwyżki sprzedają później na rynku światowym po 1 zł, konkurując z Bangladeszem i Zimbabwe. Czy to nie najlepsza okazja dla Confédération Paysanne i Attacu, by wychodząc na ulice poruszyć opinię przeciwko finansowaniu z naszych podatków wojny handlowej z biedakami?

Bogatą Europę stać na przegraną

Sekretarz generalny Attacu, Pierre Tartakovsky mówi, że o powyższej propozycji nie słyszał. Dierek Hirschel, młody aktywista z Hamburga, nie wie, co ma sądzić, nie chce zaś powiedzieć czegoś, co mogłoby zostać odebrane jako poparcie dla wolnego handlu.

Thierry Delforge z brukselskiego oddziału Attacu, jest zdania, że każdy kraj powinien sam produkować swoją żywność. Maud Johansson z Forum Syd w Sztokholmie uważa, że propozycja wolnego handlu jest dobra, ale że są ważniejsze sprawy. Jedynie Felix Kolb, rzecznik niemieckiego Attacu, mówi otwarcie: – Globalny handel zawsze tworzy przegranych. W tym wypadku przegrywają bogaci, co jest jak najbardziej słuszne. Europę stać na to. To jednak jego prywatna opinia. Attac nie wypowiada się w tej kwestii.

Rezultat: Dwa tygodnie później lobby cukrowe odnosi zwycięstwo. Rwanda, Burundi, Somalia i cała reszta będą musiały grzecznie poczekać prawie 10 lat, by móc konkurować z Włochami i Francuzami na takich samych warunkach.

– To typowe – mówi Bruno Trentin, który swego czasu jako jeden z pierwszych europejskich związkowców poparł ”Solidarność”. – Zaczyna się od moralnej krytyki globalizacji w imię solidarności, a kończy wykluczaniem ubogich krajów, szukających dla siebie miejsca na światowym rynku. Attac jest doprawdy bardzo wspaniałomyślnym ruchem. Znajdzie się miejsce również dla protekcjonistów.

Mało nie spóźniłem się na nasze spotkanie. Budynek Parlamentu Europejskiego, gdzie Trentin reprezentuje włoskich socjalistów, otoczyły traktory i armatki wodne. To belgijscy, francuscy i holenderscy rolnicy domagali się rekompensaty za niesprzedane krowy. Ta demonstracja w niczym nie przypominała radosnych festynów antyglobalistów w Pradze czy Seattle. Tutaj były zawzięte twarze, nieprzyjazne spojrzenia i ciężkie przedmioty w kabinach traktorów. Po drugiej zaś stronie niezwykle ostrożne, by nie powiedzieć wręcz uprzejme oddziały policji.

Nie twierdzę, że jako pierwszemu udało mi się rozgryźć politykę rolną Unii. Rozumiem wszakże, iż powstała z obawy przed rewoltą chłopów. Przekwalifikowanie się ze spawacza na kierowcę tira to zmiana zawodu. Porzucenie gospodarstwa jest rezygnacją z formy życia. Dlatego architekci Unii zdecydowali się jak najbardziej opóźnić społeczne efekty wolnego rynku na tym polu, nawet za cenę połowy unijnego budżetu. Emigrowały stocznie, polikwidowano kopalnie, zautomatyzowano przemysł tak dalece, aż samo pojęcie klasy robotniczej stało się problematyczne i nieatrakcyjne jako mobilizujący slogan. Europejska klasa chłopska została zaś żywcem przeniesiona w postmodernizm. Czy to nie interesujący paradoks? I oto dziś stoją tu, na ulicach Brukseli, nie potrzebując doprawdy żadnej ideologii, by zrozumieć potrzebę walki z rynkiem globalnym.

Za solidarność trzeba płacić?
W krytyce globalizacji dwuznaczne jest to, uważa Bruno Trentin, że wielu z tych, co powołują się na solidarność i wyższe wartości, często tak naprawdę broni własnego interesu. Życzyłby sobie, by antyglobaliści – jak również jego koledzy w parlamencie – mieli odwagę powiedzieć, że wolny handel w wielu wypadkach może być dla najbiedniejszych krajów korzystny, przyznając równocześnie, że koszt (przynajmniej na krótką metę) poniosą bogaci. Że, gdy przyjdzie co do czego, za solidarność trzeba być może będzie zapłacić.

– Nie przydaje to wiarygodności, gdy, jak w Seattle, demonstruje się na rzecz Afryki ramię w ramię z amerykańskimi związkami zawodowymi, które robią wszystko, by powstrzymać import z krajów Trzeciego Świata. Nie można być za rozszerzeniem Unii nie wspominając, że będzie ono oznaczało nowy podział pracy w Europie oraz zupełnie nowe warunki dla rolników we Francji, Hiszpanii i Włoszech.

Nie jest również uczciwe ciągłe narzekanie na USA, gdy to Europa wzniosła najwyższe bariery handlowe dla Trzeciego Świata.
Trentin jest gorącym zwolennikiem rozszerzenia Unii, obawia się jednak, że może ono doprowadzić do zrywów chłopskich oraz dać nową szansę europejskim ksenofobom. Co może więc powiedzieć Bernardowi Moserowi i jego przyjaciołom?

– Że zamiast rzucać kłody pod nogi wydajnym producentom czy walczyć o zapory celne, powinni zaakceptować międzynarodowy podział pracy i postawić na to, w czym są najlepsi. Jakość, ekskluzywność, rzemiosło. Światu potrzebna jest tania żywność, lecz są miliony takich jak ja, którzy chętnie zapłacą podwójną cenę za prawdziwego roqueforta. Czy wie pan, że w Weronie każdego dnia ląduje samolot z rumuńskimi butami? Czy mamy temu przeciwdziałać? Czy powiedzieć, ależ naturalnie, teraz kolej Rumunów produkować tanie obuwie. My możemy robić to drogie, z którym oni sobie nie radzą. Na razie…

5.Wszystkie epoki spotykają się w Brazylii

RZECZPOSPOLITA, 13.10.01 Nr 240

Już po drodze z lotniska widzę grupkę nędznych budek pod mostem oraz ciężarówkę z napisem: ”Uwaga! Ładunek nadzorowany satelitarnie”. Zaraz potem dostrzegam biuro Ericssona, niemal identyczne z bunkrem firmy w Midsommarkransen pod Sztokholmem. Globalna jednolitość oraz kapitalizm, który z kosmosu strzeże swej własności przed obdartusami. Jakiej jeszcze globalnej symboliki może pragnąć reporter?

A potem São Paulo – gmatwanina ruder i drapaczy chmur, niepostrzeżenie przechodząca w chaos autostrad, szop, terenów przemysłowych oraz ziemi niczyjej. Osiedla klasy średniej z własnymi sklepami i strażnikami za wysokim, żelaznym ogrodzeniem oraz byłe parki pełne namiotów z worków plastykowych. Na wietrzejących ścianach logo wszystkich światowych koncernów, na chodnikach pogrążone we śnie dzieci. Siedemnaście, może dwadzieścia milionów mieszkańców – dokładnie nie wiadomo. W większych przedsiębiorstwach częstym dodatkiem do pensji bywa samochód opancerzony.

Znajdziesz tu każde zło

Nie ma takiego frazesu na temat globalizacji, który nie znalazłby ilustracji w dzisiejszej Brazylii. Przykładem gospodarki rabunkowej są wycinane lasy tropikalne Amazonii, bezprawia – szwadrony śmierci. Jest bezprecedensowy dług zagraniczny, 12 milionów porzuconych dzieci, 20 procent analfabetów, raczej symboliczna publiczna służba zdrowia oraz socjaldemokratyczny rząd prywatyzujący przedsiębiorstwa. Jest prywatne w praktyce sądownictwo – jeśli ktoś ma pieniądze lub znajomości, ma również rację.

I ci ludzie! Najbardziej ”zglobalizowani” ze wszystkich: żółci, biali, czarni, Indianie, Mulaci, Metysi i wyjątkowej urody niedocieczone mieszanki. Podobno na giełdzie fałszywych paszportów brazylijski ma najwyższe notowania, posiadacz takowego może bowiem wyglądać jak Pelé, Mao Zedong czy Marlena Dietrich lub jak potomek wszystkich trojga.

Zanim karierę zrobiło słowo globalizacja, biali nacjonaliści posługiwali się ”brazylizacją” jako dowodem, że tylko narody o wspólnych korzeniach mogą tworzyć przyzwoite społeczeństwo. Brazylia nie jest przyzwoita. Nie była również 40 lat temu, kiedy nikt jeszcze nie mówił o globalizacji, choć można było odnieść wrażenie, że toczy się pełną parą.

W latach 1880 -1889 w samym São Paulo osiedliło się 183 tys. Europejczyków. W roku 1920 na terenie stanu mieszkało 800 tys. obcokrajowców. Na chybił trafił otwieram rejestr w muzeum imigracji: nazwiska francuskie, rosyjskie, japońskie. Odnajduję prawie każde, również swoje.

Jak potoczyły się losy rodaka? Czy pozostał w Amazonii jako seringueiro lub seringalista? Pierwsi na niewolniczych warunkach, pod groźbą pistoletu ściągali żywicę z drzew kauczukowych, drudzy sprzedając kauczuk klientom takim jak Dunlop i Goodyear, gromadzili majątek. Gumowi baronowie nie mieli naturalnie satelitów do nadzorowania swych bogactw; ich globalna ekstrawagancja sięgała jednak dalej – brudy do prania wysyłali do Londynu. W roku 1896 nad Rio Negro wybudowali Teatro Amazonas. Stoi do dziś – neoklasyczny piętrowy tort w tropikalnej dżungli. Równie dobry symbol kurczącego się świata, jak McDonald’s przy Champs-Elysées.

Gagarin na innej planecie

Kiedy Jurij Gagarin wylądował w Brasilii, mieście-koszmarze, wydawało mu się, że znalazł się na innej planecie. Niesłusznie, rzecz jasna. To, co ujrzał, było globalizacją w wydaniu francuskim. Owa kpina z ludzkiego systemu nerwowego i ducha miejsca, za której przyczyną slumsy zdają się przytulne (mieszkańcy stołecznych favelas nazywają swoje siedziby ”antibrasilias”), nie jest owocem rynku, raczej szczytem osiągnięć planowania społecznego. (Któryż okres w historii doprowadził do większej urawniłowki kulturalnej niż lata 60. Le Corbusiera i Niemeyera? Kiedy pewnego dnia odkopią nas archeolodzy, nie znajdą szczególnie wielu hamburgerów. Ale na podstawie milionów identycznych klocków pobudowanych w Waszyngtonie, Sztokholmie, na Ursynowie czy w Dżakarcie, dojdą do wniosku, że żyliśmy pod rządami światowego reżimu, który takimi mieszkaniami karał opozycję.)

Jak rozpoznać nową globalizację wśród nadmiaru starej? Tutaj zlewają się epoki i kontynenty, na ruinach futuryzmu kwitnie średniowiecze.

– Jeśli zimą będą przerwy w dostawie prądu, to przez globalizację – mówi Ernesto.
Posłużył się tym wyrazem już wcześniej, gdy zapytałem, czy mógłby nie przejeżdżać na czerwonym świetle.

– Ja tylko słucham zaleceń policji – odpowiedział. – Nie radzą zatrzymywać się po zapadnięciu zmroku. To pora rabunków.
Wracaliśmy po obiedzie w skromnej restauracji. Było nie drożej niż w Sztokholmie – 300 koron (120 zł), połowa minimalnej pensji.

Dla Ernesta Soto, dziennikarza, niegdyś uchodźcy politycznego najpierw w Chile, potem w Szwecji, globalizacja to to samo, co neoliberalizm. To ona zmusza rząd do sprzedaży elektrowni Francuzom, co prowadzi do zwolnień, większego bezrobocia, wzrostu liczby napadów. – To nie globalizacja doprowadziła w Brazylii do nędzy – mówi Ernesto – ale przez nią trudniej cokolwiek z tym zrobić.

Przecież to nie konspiracja!

Jest 1 maja. Oglądamy wiadomości przekazywane przez korporację Time Warner. W Belo Horizonte zamaskowani demonstranci protestują przeciw globalizacji. Palą izraelską flagę, pytam, czemu właśnie ją. Ernesto nie wie. Nie, doprawdy nie rozumie.

Sebastiao Cruz też nie rozumie. Ale nie jest zdziwiony. – Istnieje tendencja, by opisywać globalizację jako siłę zewnętrzną, jako projekt – mówi. – Za projektem musi się kryć pewien zamysł, czyjaś wola. Gdzieś ktoś ma jakiś plan. Na przykład: neoliberalne rządy ramię w ramię z międzynarodowym kapitałem. Ale globalizacja nie jest konspiracją. To niepodlegająca niczyjej kontroli historyczna transformacja sił produkcyjnych plus cała masa ścierających się ambicji politycznych.

Cruz jest politologiem w Cedec (Centro de estudos de cultura de contemporanea – centrum badań kultury współczesnej) w São Paulo i wyraźnie irytuje go debata globalizacyjna: – Wychodzi się od stwierdzenia, że świat się kurczy, co jest prawdą, a potem robi logiczną woltę i od razu przedstawia stan świata jako konsekwencję tego procesu, co jest zupełnym absurdem.
Bardzo trafna obserwacja. Sam zauważyłem, że ów wyraz na ”g” miewa taki sam efekt, co pytanie ”jak leci”. Po dwóch minutach każdy opowiada, co mu leży na wątrobie.

Cruz: – Faktem jest, że prywatyzacja i oszczędności budżetowe pogłębiają nędzę w Brazylii. Owszem, można nazwać to polityką neoliberalną. Ale globalizacją?

Sebastiao Cruz jest zdania, że ci, którzy utożsamiają globalizację z neoliberalizmem, ulegają halucynacji. To, że różne zjawiska podobnie się objawiają, nie oznacza, że mają takie samo źródło.

Cruz: – To prawda, że ideologia państwa opiekuńczego przeżywa kryzys. Można mówić wręcz o kryzysie globalnym. Kiedy jednak przyjrzymy się każdemu krajowi z osobna, odkryjemy, że państwa redukują swe zobowiązania i prywatyzują przedsiębiorstwa z zupełnie odmiennych powodów. Jedne dla uporania się z korupcją, niektóre – by poprawić efektywność, jeszcze inne – jak Brazylia – w wyniku braku środków, spowodowanego zadłużeniem i chroniczną niezdolnością do ściągania podatków.

Zwroty ku liberalizmowi w Chile w roku 1976, w Argentynie w 1983 oraz we Francji Mitterranda w latach 1983 – 1984 mało mają ze sobą wspólnego poza tym, że wypadły mniej więcej w tym samym czasie.

– Ideologia neoliberalna – twierdzi Cruz – jest raczej następstwem niż przyczyną niedostatków państw dobrobytu. Dlaczego miliony biednych głosują na Cardoso, wyprzedającego firmy państwowe, gdy istnieje wiele opcji socjaldemokratycznych?
– Dlatego – odpowiada sam sobie – że nawet biedacy przestali wierzyć, iż państwo brazylijskie poradzi sobie z zarządzaniem majątkiem społecznym. Mają w pamięci lata 80., gdy inflacja sięgała 50 proc. miesięcznie.

Reformatorski fantom

Uważa się, że gdy państwo traci zaufanie i władzę, to na korzyść rynku. W Brazylii zdaje się to tylko częścią prawdy. Według sondaży trzy instytucje cieszą się większym poparciem niż rząd i parlament – wojsko, Kościół katolicki i MST. Dwie pierwsze nietrudno odnaleźć. Trzeciej nie ma. Movimento dos Trabalhadores Rurais Sem Terra, ruch bezrolnych chłopów, nie ma oficjalnego przewodniczącego, rzecznika, zarządu czy chociażby adresu. Wygląda jednak na to, że ów fantom wdraża coś, co nie udało się żadnemu brazylijskiemu rządowi – reformę rolną.

MST nie ma adresu, gdyż jego akcje są sprzeczne z prawem. Od roku 1985, kiedy ruch ten z pomocą Kościoła narodził się w Rio Grande, wydarzyło się ok. 300 tys. okupacji gruntów. Ćwierć miliona rodzin ma już obecnie prawa do zdobytej ziemi. Każdego dnia zajętych zostaje średnio 70 działek, często w starciach z policją lub uzbrojoną strażą. To gorzka i krwawa historia – w walce o ziemię straciło życie więcej osób niż w przez 20 lat dyktatury wojskowej (1964 – 1985).

Gdyby wskazać pojedynczą przyczynę nędzy w Brazylii, byłby to feudalizm. W rezultacie kolonializmu i nadań lennych junty jeden procent właścicieli ziemskich kontroluje niemal połowę areału ziemi uprawnej, z czego prawie milion hektarów leży odłogiem. Jednocześnie 65 milionów ludzi nie dojada, a 5 milionów chłopów pozostaje bez ziemi!

Prawo do własności jest dobrą zasadą. Trudno jednak skompromitować je skuteczniej niż pozwalając, by ludzie głodowali pod ogrodzeniem leżącego odłogiem pola. Z pewnością również i ten skandal da się przypisać jakiejś starszej formie globalizacji. Wydaje się jednak, że nową globalizację trudniej jest pogodzić z feudalizmem.

Miejscem pierwszych okupacji było Sumare oddalone o 200 km od São Paulo. Pewnego dnia 16 lat temu 200 bezdomnych zwartą gromadą wtargnęło tam na opuszczoną państwową plantację trzciny cukrowej. Rozbili namioty, wystawili straże i zaczęli dłubać w ziemi. Ciężko było, nikt nie miał doświadczenia w pracy na roli. Pochodzili wszyscy z favelas, dzielnic nędzy, gdzie w najlepszym wypadku można nauczyć się samby lub jak opróżniać kieszenie klasie średniej. Przez 15 lat wioska radziła sobie bez prądu, dzisiaj jest nawet telefon, szkoła, koło kobiet, dwa sklepy i dom kultury. Każda z 50 rodzin uprawia ośmiohektarową działkę, głównie maniok, owoce i warzywa. Niedawno państwo się poddało. ”Buntownikom” nie wolno sprzedać tej ziemi, ale nikt nie może jej im odebrać.

Marcelo nie jest zadowolony. Chce, by we wsi powstała kooperatywa. Narzeka jednak, że ludzie stają się indywidualistami.

Niektórzy zdradzają wręcz ideę samowystarczalności i uprawiają tylko to, co najbardziej opłacalne – cytryny i guajawy, resztę zaś kupują od sąsiada, a nawet w supermarkecie w Campinas.

Na końcu wsi stoi budynek większy od pozostałych. Ma garaż, podłogi z kamienia, kanapy w kwiaty, w każdym pokoju telewizor. Do tego kilka odtwarzaczy CD, niepodłączonych, ale przykrytych folią dla zabezpieczenia przed czerwonym pyłem.
Joao Savedra jest przedstawicielem CUT, najpotężniejszego w kraju związku zawodowego. Za pensję z São Paulo werbuje osadników do związku.

MST jest politycznie niezależny. Ponieważ jednak to najpotężniejszy ruch społeczny na kontynencie, oblegają go chętni do pomocy, a jeszcze bardziej – do skorzystania z jego dobrej marki i dużej siły. Chłopi bez ziemi nie mają adresu ani osobowości prawnej, ale za to – protektorów na całej planecie. Każdego dnia można śledzić ich akcje w Internecie, również po japońsku.

W styczniu bieżącego roku MST, którego członkowie to w dużej części analfabeci, za pośrednictwem Internetu wezwał do udziału w Światowym Forum Socjalnym w Porto Alegre. Wezwania usłuchało 500 organizacji z całego świata. Francja wysłała nawet ministra. Bezrolni czerwonymi flagami wygrażali globalizacji. I nie przypuszczam, by przyszło im do głowy, że mają z niej większy pożytek niż atakowani przez nich latyfundyści.

6. Dryfujący kontynent marzy o Europie

RZECZPOSPOLITA, 27.10.01 Nr 252

Liczące 17 milionów mieszkańców São Paulo jest największym miastem południowej półkuli. Północ, dworzec autobusowy pełen pokrzykiwań, zapachów ze smażalni, oparów spalin i spoconych podróżnych. Autobus do liczącego siedem milionów Rio de Janeiro odchodzi co pięć minut. Miasta dzieli niespełna 400 km drogi, która najpierw pięknie wije się przez górskie przełęcze, później przechodzi w zwykłą, ale nieprzyzwoicie drogą autostradę – minimalna pensja wystarcza na cztery opłaty! Mimo to pomiędzy metropoliami w obie strony płynie niekończący się strumień pojazdów. Kiedyś była tu linia kolejowa. Została jednak zlikwidowana. Dlaczego?

W São Paulo odpowiedzią na takie pytanie bywa najczęściej pobłażliwe spojrzenie. Kto jak kto, ale Szwed powinien wiedzieć, że Volvo, Scania i Mercedes opanowały 90 proc. rynku samochodów ciężarowych. Czyli? Oczywiście, nie da się niczego udowodnić, ale za każdym razem, gdy jakiś polityk, parlamentarzysta chce poruszyć temat kolei, zaraz powstaje większość, która uznaje to za poroniony pomysł.

Nowoczesny, czyli zdominowany

W San Bernardo są: Scania, Mercedes, Volkswagen. Obecna w Brazylii od 44 lat Scania nie jest najstarsza, za to najbardziej ”historyczna”. To tutaj rozpoczęła się wielka fala strajków, która zmusiła juntę do uznania wolnych związków zawodowych.

Dzisiaj San Bernardo do Campo jest najpotężniejszym w Ameryce Łacińskiej ośrodkiem nowoczesnego, czyli zdominowanego przez obcy kapitał przemysłu. Jest również związkowym bastionem kontynentu, z największą liczbą zrzeszonych i najwyższymi w kraju pensjami.

Nie będę taił, iż w fabryce Scanii nieufność reportera walczy z jego dumą z ojczyzny. Tak czysto, taka świetna organizacja, taka inteligentna i przyjazna człowiekowi – naprawdę! – technika. Do każdej ciężkiej czynności jest maszyna, robota przy kolejnych stacjach montażowych długa (13 minut), tempo spokojne. Ponadto codziennie grupy wymieniają się zadaniami, aby każdy pracownik umiał (po roku) samodzielnie poskładać całą ciężarówkę. A jest to dość skomplikowane, bo porzucone zostało podstawowe założenie tayloryzmu – zupełna jednolitość taśmowej produkcji. Prawie wszystkie pojazdy montuje się na indywidualne zamówienia, czas przy stanowiskach umilają psychologiczne zgadywanki: ”Hm, kabina z klimą, 420 koni, najlepsza skrzynia biegów. I jeszcze czerwony lakier.. Jasna sprawa – spedytor prywatny, z kompleksem króla szos.”

Suzana Martin jest pierwszą w Brazylii kobietą, szefem produkcji silników. – Ponieważ zdarza się, że silnik zaczęty w Södertälje pod Sztokholmem trzeba dokończyć w São Paulo lub na odwrót, te same wymogi, maszyny i szkolenia obowiązują tu i tam. Oto globalizacja z mojej perspektywy – mówi Suzana.

Jedynie liczba roślin doniczkowych jest wyraźnie wyższa niż w Södertälje. Niektóre podobno skuteczne przeciw wypadkom, inne chronią przed złym okiem. Wystawienie pewnego kwiatu zdradza szefom, że personel ma za złe.

Alves de Lira ze związków informuje z dumą, że rotacja personelu jest zerowa. Nie ma w tym nic dziwnego. Robotnicze pensje w koncernach samochodowych są dziesięciokrotnie wyższe od ustawowej płacy minimalnej. Oprócz tego firmy dobrowolnie opłacają ubezpieczenia zdrowotne i zapewniają transport do miejsca pracy. (Scania nie jest wcale wyjątkiem. Według OECD światowe koncerny płacą w ubogich krajach średnio o 100 proc. więcej niż firmy krajowe.)

W okolicy San Bernardo panuje osobliwa sytuacja. Parę kilometrów od slumsów z milionem bezrobotnych Volkswagen, Scania i inne firmy konkurują o wykwalifikowanych monterów. Spotkałem się z tym już wcześniej w zagłębiu Ruhry. Kontrast nie był aż tak uderzający, ale schemat ten sam: tysiące niezatrudnialnych byłych górników –  i profesorskie pensje dla umiejących obsłużyć frezarkę.

Dlaczego w Słupsku jest gorzej

Gdyby szczytem marzeń kapitału przemysłowego była tania siła robocza, fabryka Scanii nie powinna leżeć w São Paulo, a 300 km od Ystad – w Słupsku. Tam też montowane są ciężarówki Scanii, znacznie jednak mniej, wolniej, przez mniej wykwalifikowany personel. No i za trzecią część brazylijskiej płacy! Szef ”Solidarności”, Zbigniew Białas, niepokoi się ciągle, że firma przeniesie się w sympatyczniejsze okolice. Bezrobocie w Słupsku sięga 30 proc., poziom wykształcenia jest niski. Gdzie więc leży Trzeci Świat?

Rzec by można, że wszędzie po trochu. Na pewno nie w samym San Bernardo, za to tuż za miastem, może w Słupsku, lecz pewnie nie potrwa to długo; z pewnością w Afryce. Czy mówi to coś o globalizacji?

Z opracowań naukowych wynika, że linie głębokiego podziału przebiegają raczej wewnątrz krajów niż pomiędzy nimi. Dotyczy to przede wszystkim państw takich jak Brazylia, gdzie stan São Paulo (który z setką szwedzkich pracodawców już w latach 70. był trzecim ośrodkiem przemysłowym Szwecji!) generuje połowę produkcji przemysłowej kraju. Liczę, porównuję i wychodzi mi, że brazylijski pracownik Scanii ma pracę łatwiejszą niż szwedzka pielęgniarka (nie musi podnosić więcej niż 12 kg, tyle co wyrośnięty dwulatek) i więcej od niej zarabia.

W globalizacyjnej debacie często pada stwierdzenie, że pogłębia się przepaść pomiędzy krajami ubogimi i bogatymi. Teza ta, przedstawiona przez UNDP (program rozwoju ONZ) w 1999 r., zestawia jednak dochody nie biorąc pod uwagę lokalnego poziomu cen. Mówiąc dosadnie: porównuje się, co Somalijczyk i Szwed mogą kupić na Manhattanie! Zrozumiałe, że taka statystyka jest ułomna. Robotnicy w brazylijskich zakładach Scanii zarabiają połowę tego co w Södertälje, ale dopóki nie kupują towarów importowanych, mogą sobie pozwolić na równie obfity koszyk spożywczy, co ich szwedzcy koledzy. Podstawowe ceny w São Paulo są o połowę niższe niż w Szwecji.

Według wspomnianego wyżej opracowania, w którym tak właśnie liczono, nie ma podstaw, by mówić o pogłębiających się różnicach. Przeciwnie, od lat 80. Trzeci Świat – z wyjątkiem Afryki – zbliżył się do pierwszego. A jeśli mierzyć stan rzeczy poziomem wykształcenia i średnią długością życia (świadczącą przecież o dostępności żywności i leków), poprawa jest znacząca: od 55 lat w roku 1962, do 67 w 1997. O 50 proc. zmniejszył się również odsetek niedożywionych, znowu z tragicznym wyjątkiem Afryki.

Czy to globalizacja zmniejszyła różnice? Norwescy badacze (definiujący globalizację jako szybkie zmiany w międzynarodowym podziale pracy) nie odważają się wyciągnąć takiego wniosku. Trudno powiedzieć, co jest efektem uwolnienia handlu, a co postępu technicznego czy polityki. Widać natomiast, że im silniejsza integracja regionalna (jak w Europie czy Azji Południowo-Wschodniej), tym większe korzyści z handlu światowego, lepsze finanse państwa i większe równouprawnienie. (Najmniejszą rozpiętość pensji spotyka się w najbogatszych, najbardziej otwartych i demokratycznych społeczeństwach.)

Niech mury runą?

Zburzcie mury celne, zawrzyjcie wieczny pokój z sąsiadami, nawet jeśli wasi rolnicy czy stoczniowcy nie wytrzymają z nimi konkurencji, a wszyscy staniecie wzmocnieni do światowego współzawodnictwa, głosi z rzadka wypowiadane zalecenie. Skoro tak dochodzi się do bogactwa, czemu w takim razie nawet dyrektorzy Scanii nie przejawiają szczególnego entuzjazmu do rozszerzenia wolnego handlu?

Arne Carlsson (były hokeista, który w roku 1970 w meczu ze Związkiem Radzieckim strzelił rozstrzygającego gola) jest szefem Scanii na Amerykę Łacińską, gdzie koncern ma ponad 6 miliardów koron (2,4 mld zł) obrotu. Podczas naszej rozmowy, głowy 34 państw siedzą w Quebec i dyskutują FTAA – plan prezydenta Busha, by do roku 2005 z obu Ameryk uczynić jeden rynek. Carlsson mówi, że świetnie rozumie, czemu wielu Brazylijczyków burzy się na tę propozycję. – Wolny rynek zakłada, że wszystkich obowiązują te same reguły gry.

Podległy mu szef produkcji, Peter Björk, jest bardziej bezpośredni: – Stany Zjednoczone chciałyby otworzyć Amerykę Łacińską na eksport zaawansowanych technologii, zachowując przy tym cła i subwencje na żywność, którą ma do zaoferowania Brazylia. Oto – krzywi się Björk – amerykańska wizja wolnego handlu.

Jeśli dyrektorzy w swojej krytyce przypominają komuś Attac, to nie przypadkiem. W szeregach Attacu występują w istocie różne frakcje. Jedni walczą z kapitalizmem, inni tylko z wolnym handlem, jeszcze inni przeciwnie – utrzymują, że światowy rynek nie byłby taki zły, gdyby tylko urzeczywistniał ideał liberalizmu.

Kardynał sprzedaje swój pałac

– Ta umowa jest absolutnie nie do przyjęcia! Brazylia nie będzie północnoamerykańską kolonią! – mówi Dom Paulo, kardynał Paulo Eviristo Arns, w latach dyktatury legendarny biskup São Paulo, założyciel licznych organizacji obrony praw człowieka, orędownik okupacji gruntów przez bezrolnych. Przyjmuje w lekko podupadłym klasztorze franciszkańskim. Pałac biskupi, jako zbyt ostentacyjny, kazał sprzedać.

Dom Paulo długo był w niełasce Rzymu, gdzie podejrzewano jego ideologię wyzwolenia o odchylenia marksistowskie. W rozmowie ze mną kardynał opowiada się za globalizacją, która jego zdaniem zbliży ludzi, jak również religie. Był niedawno w Japonii, po odbiór nagrody, i ku zdziwieniu wielu pokłonił się Buddzie.

– Uczyniłem to z radością i przekonaniem. Za dwieście lat nikt nie będzie mógł zrozumieć, jak religijni kuzyni mogli prowadzić ze sobą wojny. Papież prosi Żydów o przebaczenie, to coś nowego, pewnie, ale to normalne! Dopiero teraz staliśmy się normalni.

– Z globalizacją jest jak z rynkiem – twierdzi Dom Paulo. – Dobrze w teorii, gorzej w praktyce. Najbardziej nieprzyzwoitym aspektem projektu FTAA, jest fakt, iż jednostronnie wiąże on Amerykę Łacińską z USA i nowymi murami odgradza od reszty świata, szczególnie Europy i Azji. Tym samym uniemożliwia się prawdziwą i bardziej sprawiedliwą globalizację – dodaje.
Potem obrazowo, ze szczegółami opowiada, o ile lepiej działo się w Brazylii, póki dominowały w niej wpływy europejskie. I mam wrażenie, że Dom Paulo najchętniej oderwałby Amerykę Południową od jej północnej siostry i pozwolił kontynentowi dryfować, na wschód czy na zachód, wszystko jedno, ku którejś z nieco bardziej uduchowionych cywilizacji.

Nie miałbym tej wizji, gdybym już wcześniej nie słyszał podobnych uwag. Wydawca Cesar Benjamin w Rio de Janerio uważa, że rynek panamerykański oznaczałby dla Brazylii katastrofę narodową. Kraj na sto lat zostałby wpisany w północnoamerykańską formułę i styl bycia, z czym on nie mógłby żyć, bo ledwo znosi wizyty w São Paulo. – Widział pan przecież, oni tam są wszyscy zglobalizowani – mówi pokazując ręką przy szyi, jak łatwo się udusić zawiązując krawat.

Nie jest to tylko pusty żart. Kiedy Benjamin nie wydaje Nielsa Bohra czy Martina Heideggera, kształci nauczycieli dla okupujących ziemię bezrolnych. Za czasów junty był więziony i torturowany, później wylądował na emigracji. – Na tym kontynencie nie da się żyć bez marzeń. Zapata, Vargas, Peron, Allende, rewolucjoniści i wielkiej miary populiści, wszyscy oni byli wyrazem rozpaczliwej tęsknoty Ameryki Łacińskiej do sprawiedliwszego porządku.

Dlatego zamknięcie w sferze USA oznacza dla Benjamina pożegnanie z nadzieją. – Ale nie jesteśmy antyglobalistami, przeciwnie. Brazylijczycy są jednym z najbardziej otwartych społeczeństw. Jedynie, gdy poruszy się temat USA, ludzie grzmią jak nacjonaliści. Gdyby jednak zaprosić ich do Unii Europejskiej, poszliby bez zmrużenia oka.

MACIEJ ZAREMBA

7. Odnaleźć się ponad oceanami

RZECZPOSPOLITA, 05.01.02 Nr 1

Pomieszczenie jest puste, jedynie krótszą ścianę wypełnia niewielka gablota. W środku leżą zmumifikowana dłoń i złocony kogut. Przewodnik zapewnia, że przedmioty te niczego nie symbolizują. Po prostu znaleziono je wśród ruin. Ale dłoń jest bardzo stara i na pewno została odrąbana.

Odrąbana ręka wydaje mi się tutaj na miejscu. Pokój westfalski, zawarty w tej sali 14 października 1648 r. gwarantował m.in., że państwo, dopóki nie zagraża sąsiadom, może odrąbywać ręce bez obawy, że ktoś będzie się do tego mieszał. Traktat zapewniał każdemu władcy suwerenność na własnym terytorium.

Przybyłem do Münster w poszukiwaniu symboli globalizacji. W kurczącym się świecie niewątpliwie trudniej jest prowadzić politykę gospodarczą odbiegającą od głównego nurtu. Ale czy również odrąbywanie rąk nie stało się bardziej ryzykowne? Kto w latach 80. marzył, że brytyjska policja przyskrzyni byłego chilijskiego dyktatora, że NATO wyśle żołnierzy w obronie albańskich uchodźców lub że Miloszević zostanie wydany międzynarodowemu trybunałowi w Hadze?

Kapitał ceni sobie pokój?

Najzagorzalsi orędownicy globalizacji twierdzą, że demokracja i prawa człowieka podążają za pieniądzem jak wierny pies za panem. Thomas L. Friedman, felietonista ”New York Timesa”, wylansował kilka lat temu tezę, iż państwa, w których przyrządza się Big Maca, nie prowadzą ze sobą wojen. Wyglądało, że teza jest prawdziwa, dopóki ktoś nie odkrył neonów z żółtym M w zbombardowanym Belgradzie.

Friedman obstawał przy swojej teorii, tłumacząc, że NATO nie jest państwem i że krytycy nie zrozumieli sedna sprawy. Chciał powiedzieć, że kiedy społeczeństwo osiągnie pewien poziom rozwoju (wyznaczany obecnością McDonald’sa), pragnienie przynależności do cywilizowanego Zachodu (wynikające z globalizacji) staje się na tyle silne, że mając do wyboru wchłonięcie Kosowa albo Big Maca – skoro nie można mieć obu – ludzie wybierają tego drugiego. Czyli to nie bomby, a groźba izolacji obaliła Miloszevicia.

Friedman, a za nim wielu optymistycznych liberałów, posuwa się dalej. Kapitał, twierdzą, ceni sobie pokój i stabilność. Zatem państwo, które uzależniło się od rynków finansowych, zmuszone jest przyjąć cywilizowane obyczaje. Gdy wiosną 1998 r. Indie dokonały próby nuklearnej, kilka dni później rynek finansowy obniżył ocenę zdolności kredytowej kraju ze ”stabilnej” na ”obarczoną ryzykiem”. Znacznie obciążyło to kasę państwa i w krótkim czasie wymusiło bardziej umiarkowaną politykę.

Można polemizować, że do pokoju i stabilizacji da się również dojść za pomocą strzałów w tył głowy i obozów koncentracyjnych. Terroryzm państwowy w Chile i Indonezji nie odstraszyły inwestorów. Domyślam się, jak Friedman odparłby ten zarzut: Pinochet i Suharto byli elementami zimnej wojny. Po rozpadzie Związku Radzieckiego Stany Zjednoczone nie mają powodu wspierać antykomunistycznych kryminalistów. Dopiero teraz, gdy rynek stał się globalny, despoci muszą posmakować mieczaÉ
Tak różowy obraz słusznie budzi wiele zastrzeżeń. Mało kto natomiast neguje, że gdyby mur berliński stał nadal, nie byłoby debaty globalizacyjnej, bez względu na to, ile akcji i listów elektronicznych miotałoby się po drutach. Tym samym to gdańscy stoczniowcy przyczynili się do obecnego nawrotu globalizacji. Dziwi więc, iż tyle miejsca w dyskusji zajmują pieniądze.

Mondializacja jest dobra

24 lutego 2001 r. na pierwszej stronie ”Le Monde” znalazły się następujące wiadomości: w Turcji uwolniono kurs lira, który jeszcze tego samego dnia stracił 30 proc. do dolara; w Hadze trzech Serbów skazano na kary długoletniego więzienia (po raz pierwszy masowe gwałty potraktowane zostały jako zbrodnie przeciwko ludzkości); koncern sportowy Nike opublikował przeprowadzoną w Indonezji wśród 4000 pracowników firmy ankietę, z której wynikało, że robotnicy narażeni byli na molestowanie seksualne i przemoc ze strony brygadzistów. Globalizacja? Czy tylko nowy porządek? Tak czy owak coś podobnego byłoby nie do pomyślenia w roku 1970.

Pierre Tartakovsky, sekretarz generalny francuskiego Attacu, nie chce jednak ani Trybunału Haskiego, ani interwencji w Kosowie zapisać na plus globalizacji. Mówi, że to przejawy mondializacji. Na czym polega różnica? To proste. Pozytywne skutki kurczenia się świata nazywamy mondializacją, negatywne przyniosła globalizacja, czyli ”mondializacja liberalna”. Po godzinie rozmowy rozumiem, że gdy koncern Nike wykorzystuje w Dżakarcie biedaków, mamy do czynienia z globalizacją. Kiedy organizacja Dziennikarze bez Granic demaskuje wyzysk, jest to mondializacja.

Dopiero w windzie przychodzi mi do głowy pytanie, które powinienem był zadać: jakiego wyrazu użyłby Tartakovsky teraz, kiedy ze strachu przed opinią światową Nike w Dżakarcie zaczyna zachowywać się nieco przyzwoiciej? Nic nie poradzę, taka podwójna księgowość jest dla mnie demagogią. Nie pozwala dostrzec różnych stron tego samego zjawiska, za to bardzo ułatwia wytykanie palcem winnych.

Wypowiedzi Tartakovsky’ego mają podłoże historyczne. Podsumowując ”Le petit manual anti McDo” Paul Aries pisze, że należy uważać, w jakim towarzystwie walczy się z globalizmem. Nie wszyscy zażarci przeciwnicy McDo są grzeczni. ”Dzisiaj walczą z amerykanizacją Francji, jutro będą prześladować Żydów.”

Prawica też nie lubi

Ostrzeżenie jest na miejscu. Pierwszą w Europie partią, która globalizacyjną paranoję wprowadziła do polityki, był skrajnie prawicowy francuski Front National. Już wtedy gra toczyła się o ”niekontrolowane ruchy kapitału, amerykański imperializm, coca-colę, Bank Światowy, Maastricht, zamach unijnej biurokracji na francuskie sery, Hollywood, McDonald’sa, prawa człowieka (będące przeszkodą na drodze do ludowładztwa), neoliberalizm, markę niemiecką, Dallas oraz otwarte granice, przepuszczające Arabów, Turków, szalone krowy i AIDS”. W ten sposób podsumowałem ideologię Frontu Narodowego kilka miesięcy przed powstaniem Attacu (już w 1998 r.). Takim obrazem wroga oraz aluzjami na temat światowej konspiracji Żydów w 1997 r. Le Pen zdobył w wyborach cztery miliony głosów.

Pierre Tartakovsky zdaje się mile połechtany moją uwagą, że jego Attac przejął ulubiony temat lepenistów. ”Ależ tak, załatwiliśmy Front National!”. I musiałbym być poważnie na bakier z historią, by ubolewać, iż w miarę demokratyczna lewica sprzątnęła ekstremalnej prawicy sprzed nosa wybuchowy pakiet ideowy. Z drugiej strony nie powinno dziwić, że przy okazji przejęto część retoryki, a nawet klienteli. Zarówno w prawicowych, jak i lewicowych opiniach zła ”globalizacja” jest czymś niefrancuskim – mroczną, obcą siłą.

Dlatego też w szeregach Attacu nie brak osób, które w ”renacjonalizacji” widzą możliwe rozwiązanie problemu. Daniel Mermet, znany francuski dziennikarz radiowy i jeden z jedenastu współzałożycieli Attacu, mówi jednak, iż owi ”suwereniści” (polskie słowo ”niepodległościowcy” nie oddaje właściwego znaczenia ”suwerenistów” – Rozumiesz: tradycje narodowe, saboty, antymodernizm, niczego nie zmieniać… – jak tłumaczył Mermet), więc są oni mniejszością w szeregach francuskiej organizacji, która popiera międzynarodowe rozwiązania globalnych problemów, a Unię przyjmuje za rzecz oczywistą.

Odwrotnie niż w Szwecji, gdzie Attac – od chwili narodzin opanowany przez partie wrogie Unii – jest zdecydowanie suwerenistyczny. (Gdy w trakcie zebrania inauguracyjnego w styczniu 2001 roku Johanowi Ehrenbergowi wyrwało się, że ”od 1914 r. nacjonalizm jest największa bolączką ruchu robotniczego”, w pomieszczeniu powiało chłodem dezaprobaty.) Jeśli pewnego dnia francuski Attac zdecyduje się zdemokratyzować Unię, na ile wiarygodny w takim przedsięwzięciu będzie oddział szwedzki, w którym większość neguje ideę Unii jako takiej? Bror Perjus, znany związkowiec, gorący zwolennik UE, a równocześnie członek kierownictwa szwedzkiego Attacu, nie przejmuje się jednak. Jego zdaniem bardziej prawdopodobne jest zeuropeizowanie szwedzkiej lewicy przez Francuzów, niż to, iż Szwedom uda się przekonać Paryż o konieczności opuszczenia Europy.

Kompresja czasu i przestrzeni

Pierwsza strona ”Le Monde” okazuje się świetnym papierkiem lakmusowym. Gdy tylko ją wyciągam, zaczyna się polemika, jak należy rozumieć globalizację. Profesor Elmar Altvater z Berlina jest w Bundestagu członkiem komisji do spraw globalizacji, której zadaniem jest zastanawiać się, jak postępować z owym zjawiskiem. Tymczasem członkowie komisji nie mogą dojść do porozumienia, co właściwie mają badać. – Co kto rozumie przez pojęcie globalizacji, zależy od jego podbudowy teoretycznej i perspektywy politycznej – twierdzi Altvater. A sam mówi o ”kompresji czasu i przestrzeni”.

Czy ta kompresja oznacza koniec pokoju westfalskiego? – Tak – mówi Altvater. – To zamknięta epoka. Państwo narodowe jest w mniejszym stopniu suwerenne, przybyli mu konkurenci w postaci międzynarodowych organizacji pozarządowych oraz firm prywatnych.

Kiedy chcę się dowiedzieć, czy zmiana ta była korzystna dla praw człowieka, Altvater patrzy na mnie ponuro i mówi, że muszę być zdrowo naiwny, jeśli wydaje mi się, że to w imię jakichś zasad NATO wkroczyło na Bałkany: – Interwencja miała na celu jedno – ochronę amerykańskich interesów w regionie. Wszelka mowa o swobodach obywatelskich to tylko mydlenie oczu.

Jakie interesy? Ropa, oczywiście. Ropa na Bałkanach? Profesor Altvater obdarza mnie współczującym spojrzeniem. Kosowo jest jedynie przyczółkiem, z którego NATO przez Kaukaz chce zagarnąć Azję Centralną. Czy nie znam doktryny Kissingera? Czy nie zwróciłem uwagi, że w Pakcie była luka między Węgrami a Grecją? I proszę, została zlikwidowana.

Państwa odnarodowione

Elmar Altvater jest obok Oskara Lafontaine’a najbardziej znaną postacią w niemieckim Attacu. Legendarny, gdyż jako pierwszy marksista otrzymał profesurę w Berlinie, zaś w latach 70. był intelektualnym przywódcą niemieckiej lewicy. Jest reprezentatywny w swej ambiwalencji. Zdaje się cieszyć z upadku Sowietów i kresu pokoju westfalskiego, a z drugiej strony nie chce przyznać, że proces, który znienawidzone Stany Zjednoczone czyni jedynym supermocarstwem, mógłby być korzystny dla swobód obywatelskich. O takich jak Altvater mówi się w Berlinie, że mają kompleks muru.

Zdaniem profesora Michaela Zürna z Bremy nagłówki ”Le Monde” trafiają w sedno. Jego domeną jest państwo postnarodowe i ”odnarodowienie” – pojęcie, którego chętnie używa, opisując świat po roku 1989. Dokonując bilansu zestawia z jednej strony niezaprzeczalne osiągnięcia w dziedzinie pokoju i praworządności (pięknym przykładem jest tu Kosowo), a po stronie minusów oczywiste kłopoty narodowych programów dobrobytu i tradycyjnych form demokracji.

Według Zürna, aby polityka dogoniła odnarodowioną ekonomię, konieczne jest myślenie w zupełnie nowych kategoriach. Nie wierzy w rząd światowy ani globalny system norm. Wierzy natomiast w sieć dwu- i wielostronnych porozumień międzynarodowych regulujących sprawy takie jak zobowiązania socjalne, opodatkowanie przedsiębiorstw i przepływ kapitału. Ale trzeba być elastycznym. ”Nie można domagać się tego samego poziomu dobrobytu w Portugalii co w Niemczech, zarżnęłoby to portugalską gospodarkę”. A amerykanizacja mediów? ”Nie stanowi zagrożenia dla niemieckiej kultury. Może dla francuskiejÉ”.
Cóż, być suwerenistą w Niemczech nie jest łatwo, co być może tłumaczy ograniczone sukcesy Attacu w największym kraju Unii. Założona w styczniu 2000 roku formacja po półtora roku istnienia liczyła 500 członków. – Od czasu wojny Niemcy nie były suwerenne i nauczyliśmy się z tym żyć – mówi Zürn. – Odzyskanie niektórych prerogatyw nastąpiło w ramach Unii. Jestem obywatelem pierwszego państwa postnarodowego. I napawa mnie to dumą.

Myślałem, że zilustruję ten tekst zdjęciem Bramy Brandenburskiej, wzniesionej w roku 1791 ku chwale państwa narodowego. Obok stał mur, którego zburzenie przyczyniło się do powstania niniejszego cyklu. Ale berliński Łuk Triumfalny jest niewidoczny, szczelnie otulony białym całunem z dobitnym przesłaniem: ”Die Welt wird kleiner – T-Online” (Świat będzie mniejszy – T-Online).

8. Nie budujemy piątej międzynarodówki

RZECZPOSPOLITA, 02.02.02 Nr 5

– Jestem ”suwerenistą” – deklaruje Chico Whitaker. – Musimy bronić państwa narodowego. Whitaker niewątpliwie zasługuje na szacunek jako lider ”Justica e Paz”, organizacji, która prawdopodobnie bardziej niż ktokolwiek przyczyniła się do szerzenia kultury demokratycznej wśród brazylijskich bezrolnych. – Jeśli cię to interesuje – mówi Whitaker – ja też oklaskiwałem Kubę. Nie byłem nigdy w tym kraju, ale podróżowałem po Związku Radzieckim, więc wiem, czym jest państwo policyjne. Ale my nie oceniamy Kuby racjonalnie. Jest dla nas symbolem nadziei, jedynym krajem Ameryki Łacińskiej, który nie ugiął się przed USA.

To Whitaker wespół z producentem zabawek Odedem Grajewem (założycielem CIVES – ruchu ”Brazylijscy przedsiębiorcy na rzecz obywatelstwa”) wpadł na pomysł skontrowania Światowego Forum Ekonomicznego w Davos zwołując antyglobalistów z całego świata na Światowe Forum Społeczne w Brazylii. Impreza odniosła olbrzymi sukces – w styczniu ubiegłego roku do Porto Alegre zjechało 20 tys. uczestników reprezentujących 900 organizacji ze 120 krajów. Wprawiła też w osłupienie Daniela Mermeta z francuskiego Attacu. Nie mógł on zrozumieć, czemu delegaci, stojący ponoć na straży demokracji, wygwizdali byłego ministra spraw zagranicznych Francji, Jeana-Pierre’a Chevenementa, by zaraz potem dziesięciominutową owacją na stojąco przywitać oficjalnego delegata Kuby.

Trzeba wielu rozmów, by zrozumieć, czemu ”suwerenista”, ”państwo narodowe”, ”Kuba”, a przede wszystkim ”globalizacja” mają tak różne znaczenia w São Paulo i w Hamburgu. Dla Whitakera ”państwo narodowe” nie powinno przede wszystkim konkurować z innymi o chwałę, przestrzeń życiową i potęgę. ”Naród” to dla niego tyle co ”społeczeństwo” – czyli moralność, która głosi, że osoby żyjące na tej samej ziemi, pod tą samą flagą, ponoszą za siebie nawzajem odpowiedzialność. I że nie jest normalne, by milionerzy nie płacili podatków, gdy dziesiątki milionów ludzi nie dojadają.

Nie mieszać się do nie swoich spraw!

– Brazylia – mówi Whitaker – nie stała się jeszcze społeczeństwem. Tutaj nawet klasa średnia żyje we własnym świecie. Kuba jest społeczeństwem, tam mają państwową służbę zdrowia.

Czy to rozumiem? Tak. Bo gdyby Whitaker był Francuzem lub Szwedem, pewnie zwalczałby ideologię państwa narodowego. Czemu jednak jego World Social Forum (Światowe Forum Społeczne) ogłasza płomienne marksistowskie apele, że ”globalizacja” ma wszędzie to samo znaczenie; apele piętnujące międzynarodowe interwencje humanitarne jako bezprawne ”mieszanie się do polityki wewnętrznej”? Jakby w odpowiedzi dostaję od Whitakera komunikat prasowy – lider chciałby, abym rozpowszechnił tę wypowiedź w Europie. Wynika z niej, że opublikowany na stronach internetowych Attacu ”Apel z Porto Alegre” – wedle którego globalizacja przyczynia się do zanieczyszczenia powietrza, wody i kultury, sprzyja rasizmowi i przemocy wobec kobiet – bynajmniej nie został przyjęty przez uczestników Światowego Forum Społecznego. ”Apel z Porto Alegre” najprawdopodobniej został sfabrykowany przez francuski Attac! Nawiasem mówiąc, nie był on w gronie organizatorów Forum. – Nie budujemy piątej międzynarodówki – twierdzi Whitaker. – Próbujemy stworzyć społeczeństwo obywatelskie.

Kapitaliści ze związków zawodowych

Nie tylko pojęcie ”narodu” zmienia znaczenie wraz z długością geograficzną. Również pojęcia: ”związek zawodowy” czy ”przywileje socjalne” – nie kojarzą się tak samo w różnych krajach. Zdaniem wielu aktywistów antyglobalizmu (i nie tylko) bogate kraje, chcąc eksploatować ubogie, odmawiają wpisywania do umów handlowych uprawnień socjalnych dla pracowników. Często bywa jednak inaczej. Według szwedzkiego ministra handlu Leifa Pagrotsky’ego w Seattle to Amerykanie chcieli rozmawiać o prawach pracowniczych, ale rządy ubogich krajów były temu niechętne. Nie odpowiadały im obłudne klauzule, włączone do umów handlowych na żądanie amerykańskich związków zawodowych i przedsiębiorstw w celu zahamowania importu tanich towarów do USA.

Chyba trzeba zrozumieć sceptycyzm Trzeciego Świata wobec retoryki bogatych związków zawodowych Zachodu. W Seattle amerykańscy związkowcy z AFL-CIO odpowiedzialnością za niesprawiedliwości na świecie obarczali kapitał finansowy. Ale własny fundusz emerytalny związku (1400 miliardów dolarów, czyli więcej niż PKB całej Afryki i Bliskiego Wschodu!) ma inwestować tak, by nie przyczyniać się do redukcji miejsc pracy w USA. Kto by pomyślał, że szwedzka centrala związkowa LO będzie się bardziej troszczyć o wolny czas afrykańskich nastolatków niż organizacja pomocy dzieciom Rädda Barnen (Ratujmy Dzieci)? Gdy RŠdda Barnen proponuje, by za dzieci uznawać pracowników młodszych niż 16 lat, LO mówi o 18. Z czystej miłości do dzieci oczywiście, któż śmiałby twierdzić coś innegoÉOkazuje się, że również wśród antyglobalistów szerzy się nieufność wobec zwykłego egoizmu ukrytego za socjalną retoryką. Marcus Krajewski z niemieckiego Attacu nie może zrozumieć, jak demonstrantom w Seattle mogło się wydawać, że w jednym szeregu z transportowcami (Teamsters) i Patem Buchananem bronią praw Afrykanów.

Dla Jurgena Hoffmanna, politologa z Hamburga, nie jest to aż tak niepojęte. – Można oczywiście kpić – twierdzi – że w otwartym świecie najtrudniej odnaleźć się tym, którzy przez sto lat śpiewali ”Międzynarodówkę”. Związki zawodowe są w istocie bardzo narodową instytucją. To jedna z wielu komplikacji coraz mniejszego świata. (”Proletariusze wszystkich krajów zostańcie u siebie” – słychać czasami głosy związkowców.) Grupy konsumenckie i organizacje ochrony środowiska szybko odnajdują się ponad oceanami, tymczasem metalowcy ze Scanii potrzebowali dziewięciu lat, by nawiązać pierwszy kontakt z kolegami ze Słupska.

Gdy 700 milionów może wybrać rządy

Nie ma co prawić morałów. Możemy natomiast zadać sobie pytanie, czy ”globalizacyjne lęki” wynikają z rzeczywistego zagrożenia dobrobytu i demokracji, czy z tego, że ruchy, które te wartości budowały, nie mogą odnaleźć się w świecie bez Związku Radzieckiego?

Po upadku muru berlińskiego 700 milionów ludzi od Berlina po Valparaiso i Dżakartę – wielu po raz pierwszy – mogło wybrać parlament, założyć związek zawodowy, czy po prostu szczerze powiedzieć, co myślą. To największa w historii ludzkości ofensywa demokracji, prawdziwie globalna, bo upadek komunizmu oznaczał także upadek tych dyktatur, które legitymowały się wyłącznie antykomunizmem.

Można sądzić, że hołdująca demokracji lewica Zachodu powinna z tego powodu wiwatować. Ale można też zrozumieć, czemu tego nie robi. O tym się na ogół nie pamięta, ale demokracja jest w Europie niemal równolatką Związku Radzieckiego. Nie da się powiedzieć, jak wyglądałby świat, gdyby Leninowi nie udał się przewrót, ale wiele wskazuje na to, że zasiłki socjalne byłyby bardziej niepewne, a europejski kapitalizm – dzikszy. Prawie wszystkie instytucje, partie, ruchy społeczne, które przyczyniły się do ukształtowania demokracji europejskiej, a przede wszystkim każdy kompromis między pracownikami a kapitalistami – narodziły się ze zrozumienia, że niesprawiedliwość to nie tylko problem społeczny, ale także potencjalne zagrożenie militarne.
Dziś groźba minęła, przybyło nam wolności, a tym samym – obywatelskiej odpowiedzialności.

MACIEJ ZAREMBA

The Polish Plumber

april 15, 2009

The Polish Plumber.
Published in Dagens Nyheter, Stockholm, in november 2005.
© Maciej Zaremba

School construction project became key European drama
In December 2004, seven Swedish trade unions imposed a blockade on a school construction project in Vaxholm, Sweden. Swedish fairness standing up to foreign deviousness. So they said. Maciej Zaremba has discovered another reality. Behind a cloak of lies, the union breached the most basic game rules on the labour market.

A year or two ago, we were warned by the government of “social tourism”. Hungarians and Latvians would be arriving here and just 10 days later they would become indisposed and lap up sickness benefits, social allowances and other benefits. And we trembled with fear and expectation, for we all hoped in a way that it would happen – to confirm how sly they were and how good things were in Sweden.

BUT THEY NEVER CAME. Instead, people came who wanted to pay their way. For a salary which (from their point of view) made it worthwhile. That was when panic set in. Union representative Torgny Johansson arrived in Vaxholm in his Volvo S 80 to shout ”Go home!” at men who back home in Riga earned a one-tenth of his salary, but who here had the chance of one-third. And he succeeded. They went home.

Torgny Johansson naturally does not agree with that rendering. He came to Vaxholm to help the Latvians. And to stand up for ”law and order” in Sweden.

Anyway, December 2004 was an eventful month in the history of the workers’ movement. From Christmas and the 100 days that followed, almost half the workers of Sweden walked arm in arm. Seven trade unions at 40,000 workplaces in word and deed stood up to safeguard decent conditions for the 32 Russians and Latvians working on a school construction project in Vaxholm. And they promised each other and not to give up until they had won.

Seldom has a group of foreigners on Swedish soil been met by such a wave of sympathy. But why did they seem so sad?

LEVS NOGINS LIVES in Kurzemes Prospekts, which is a suburb of Riga. He was a cement worker on a building site in Vaxholm. He remembers people in Day-glo jackets crowding around the fence. When they were not shouting ”Go home!”, they were shouting ”Why are you here?” It was news to Levs Nogins that 1.2 million Swedes had been trying to help him. Nobody had told him that before.

Pretensii nyet. ” Write that I don’t hold a grudge against anyone. Life’s just like that.” He was born during the war in the far north, by the White Sea, and has spent almost his whole life in the Soviet Union, he says knowingly. ”To people, man is a wolf. Everyone protects his own.” Then he shows me into a closet filled with souvenirs. A seashell from Aswan, some postcards from Germany, the antlers of a deer that the Red Army felled. ” And I brought this from Vaxholm”, he lifts the dark grey piece of stone debris, ”This you must take to Sweden.” All the way to Vaxholm? No, not necessarily. I can keep it if I want. When I decline the gift because of its weight, he takes down a red pennant from the wall. Pobeditel sotsialistityeskovo sorevnovaniya, it says, under the profile of Lenin. To the victor in socialist competition. I must definitely take it to Sweden, says Levs Nogins and his lips curl in one of his enigmatic grins.

A society of wolves, in the opinion of Levs Nogins. How could the Swedish Building Workers´ Union and the Swedish trade unions’ central organisation LO be so misunderstood? Wasn’t the idea to help Levs Nogins? That was at least what most of the Swedes who took part in the blockade must have believed they were doing.

WHERE DO WE START? Perhaps it’s best to get straight to the point. Some insist that the task of the workers’ movement is to defend the worker. Even if the worker is a foreigner, or perhaps especially then. (”Proletarians of all countries…”) – then we have the likes of Lars-Göran Bromander.

His telephone is often ringing. Someone saw a mop of dark hair in a building hoist or heard some incomprehensible words. That is when Bromander turns out with his men. They find the damned foreigner, walk up and demand to see the passport.

Bromander does not have the right to ask people to identify themselves. However, he is tall, heavy, and authoritarian and wears a helmet. It is understandable if a Bosnian or Colombian, out of pure fear, produces the document. And if it is not in order, Bromander takes measures, and says: ”We take a couple of cars, load them up and drive to the police station. If we then get to hear a little later in the day that, right, they’re now on a plane to South America, then they’ve been deported.”

Lars-Göran Bromander is not a rightwing extremist with too little to do in his spare time. He is a representative for the Swedish Building Workers´ Union. He considers that he is sweeping up. It is not always easy. Nowadays there are Swedes with dark hair who can become fairly bad-tempered when asked for the third time to show a residence permit. But it is their problem if they look like that. If they want to avoid the inconvenience, they should wear visible badges stating who they are, says Bromander.

ALL THIS is what Lars-Göran Bromander told Stina Blomgren in the TV programme ”Faktum”. Bromander’s conviction that Swedish takes precedence over foreign must be deeply felt. Last week he made it known that if lucrative petty crimes are to be committed, they should be committed primarily by Swedish building workers. Yes, this was his gist. It is scandalous that foreigners compete with Swedes for undeclared work, he stated in the radio news programme Dagens Eko on 3 November.

How typical is Lars-Göran Bromander of the Swedish Building Workers´ Union? In summer 2004, the union’s press agent, Monica Swärd declared in the magazine Arbetaren (6/04) then her union feels no solidarity with people ”who have strange names and go home at weekends”. ”We have no we’ and ’us’ ” with suchlike. Swärd was pleased with her statement as long as a small magazine carried it. But when it was published in the national daily Dagens Nyheter she claimed to have been misunderstood. What are we to think?

Perhaps our story will tell us. The story has it that the representative in Vaxholm who was to defend the rights of the Latvians was named Lars-Göran Bromander. However, he did not speak with any workers. He went straight to the company. What did he say? Welcome to Sweden, we are here to defend the rights of the workers, so please sign the collective agreement, then we shall negotiate reasonable salaries the good old Swedish way?

THAT IS WHAT Section One of the Swedish Building Workers´ Union had public opinion believe he said. And that the Latvian company Laval & Partneri Baltic Bygg replied no. It was on that understanding that first the Swedish Building Workers´ Union (on 2 November 2004) then seven other unions blockaded the construction project until the firm went bankrupt. It appeared as though the Latvians had flatly rejected the Swedish regulations. They did not wish to sign an agreement at all, but referred to the fact that EU regulations gave them the right to pay their workers the same as in Latvia. And of course Sweden could not tolerate anything like that.

It is just that Lars-Göran Bromander said something completely different to L&P Baltic Bygg. What he said could be summed up in six words: ”We do not want you here.” He fact, he issued an ultimatum which he knew the Latvian company could not meet without going bankrupt. They were first of all required to undertake to pay their workers ten kronor an hour (just over one euro) more than most building workers earn in Sweden. Only then would they be allowed to sign an agreement with the Building Workers´ Union.  If they refused to agree to 145 kronor an hour, there would be a blockade. The story would be that they refused an agreement and were a threat to the Swedish Model.

HALF A YEAR after the Latvian company hade thus been driven into bankruptcy, I interviewed the chair of the Swedish Building Workers’ Union, Torgny Johansson, who led the action in Vaxholm. Is it true, I ask, that Section One of the union issued a wage ultimatum as a condition for an agreement? At this, Torgny Johansson leaned back, puffed out his chest and said: ”We’ve never been up that road. We have never set an amount as a condition for signing a collective agreement.”

I suspected I misheard him and so I asked again: ”So that’s not what happened?
”No.”

From the negotiation minutes between Section One of the Swedish Building Workers’ Union and Laval un Partneri on 15 September 2004, signed by Lars-Göran Bromander, then submitted to the Labour Court as an Annex to Case A268/04:

”In order to sign a collective agreement the union calls on the company to pay 145 kronor an hour to the qualified workers carrying out work in areas covered by Section One of the Swedish Building Workers’ Union. If no such collective agreement is signed, the union is prepared to take immediate industrial action.”

Torgny Johansson is chair of Sweden’s biggest section of the Swedish Building Workers’ Union. He commands trust as a parliamentary candidate for the Social Democrats. He sees that the tape recorder is on ”Record”, and he surely understands that the journalist can find these minutes – so he is caught with his trousers down. And yet – he chooses a downright lie. Why does he take such a senseless risk?

PERHAPS BECAUSE he no longer has a choice. If he admits that Section One of the Swedish Building Workers’ Union subjected the Latvians to downright blackmail, it will overturn the symbolism of Vaxholm.

The stakes are now very high. Swedish fairness standing up against foreign deviousness, justice against salary dumping and order against lawlessness. The blockade in Vaxholm has will form a precedent in the European Court of Justice. According to the Swedish trade unions’ central organisation, LO, if Sweden loses, we should consider leaving the EU. The Vaxholm case has led to open discord between the government and the EU Commission.

It is said that the Swedish Model is in jeopardy: a model whose keystone is that our trade unions are so upright and law-abiding that without intervention from authorities they can administer justice and law in working life. If necessary, with a little force. (The ultimate issue in the European Court of Justice is whether The Swedish Building Workers’ Union had the right to blockade the Latvian company.)

When, in September 2004, Lars-Göran Bromander gave his ultimatum to Laval un Partneri, he knew, naturally, that he was breaking the Swedish game rules (first agreement, then wage negotiations). Perhaps it was not the first time. Perhaps he counted on the foreigners leaving the country without anyone noticing anything. (I phoned to different buildings contractors. Nobody knew of a Swedish company that had been faced with such demands under threat of a blockade. It would contravene Swedish negotiation rules, I was told.)

SECTION ONE of the Swedish Building Workers’ Union naturally could not have foreseen that Vaxholm would grow into such a crucial drama, where Lars-Göran Bromander would come to represent Swedish probity in a struggle against foreign iniquity. If they had suspected it, his ultimatum would never have appeared in print. Now it is too late to erase the minutes. The next-worst alternative remains: to deny the self-evident. One may find it foolhardy beyond measure, but the alternative is worse: that would be to confess that Section One of the Swedish Building Workers’ Union lured LO and the government into believing that they were defending ”Swedish game rules” when in fact they were breaking them for the purpose of shutting out the foreigners. (”The Swedish Building Workers’ Union is perfectly entitled under Swedish collective agreements to take industrial action ”, declared Prime Minister Göran Persson.)

I wrote ”lured”, but I cannot know how many were in fact colluding. The man who formally initiated the blockade, the negotiations secretary of the Swedish Building Workers’ Union, Gunnar Ericson, indicated that he too was hoodwinked. ”If that’s the way it was, then something went wrong. Collective agreements are not supposed to be applied like that ”, he said when confronted (by Fredrik Karlsson of the construction industry magazine Byggindustrin) with Bromander’s ultimatum. Gunnar Ericson hoped there would be other minutes that showed something else. ”Because I did not decide on the blockade on those grounds.” But there are no other minutes.

Here, the reader wonders why the Latvian company did not try to reveal that it had been the victim of blackmail. It did. But when the LO representative Ingemar Göransson, in a press conference on 3 December, categorically denied that the Swedish Building Workers’ Union had made any wage demands as a condition for an agreement, everyone believed the LO.

I WANT TO MAKE one thing very clear. It is not a question of whether Laval un Partneri was a respectable employer. The company certainly tried to get the most out of its workers, and probably said untruths and induced its people to keep quiet. But that is not the point.

The point is that this foreign small enterprise was not given a chance to accept Swedish game rules. It was cast as a villain in a play in which it had no say. The most unpleasant part of the performance was where it so skilfully played on the prejudices of the public. It was not difficult to believe that the smooth foreigners scorned collective agreements. And who will believe a Latvian when the LO denies the facts?

On TV images from Vaxholm, it is a certain Jan-Olof Gustavsson, in a Day-glo builder’s jacket, who represents the anger of the Swedish worker. ”Blackfoot!” He snorts, referring to the Latvians, and looks nasty. It turns out he is a union representative for Section One of the Painters’ Union. (There were only one or two workers in the demonstration that shouted ”Go home!” at the Latvians. The majority were full-time officials and office workers from the Swedish Building Workers’ Union, the Electricians’ Union and Section One of the Painters’ Union.)

WHEN I VISIT Gustavsson nine months later at his office in Midsommarkransen, Stockholm, he is ill at ease and somewhat repentant. It was wrong to shout ”Go home!” to people who had no choice, he says. ”It was in fact the Latvian workers who were the underdogs ”. ”But when there are so many of you, it turns out… different, a strange atmosphere”.

Jan-Olof Gustavsson says he did not know that Section One of the Swedish Building Workers’ Union had demanded 145 kronor an hour as a condition for an agreement. There were rumours to that effect, but when Section One denied them, he believed them. ”The condition was that they would sign the agreement and discuss wages later. That is what they told me.”

”If you had known that 145 kronor was written as a condition for an agreement, would you have picketed during the blockade in Vaxholm?”

”No, I would not.”

Gustavsson then explains that if anything under 145 kronor is called salary dumping then his own trade union takes part in salary dumping, since every fifth Swedish painter earns less than that. He does not consider that the union has the right to blockade companies that agree to the minimum demand, which in his area is around 112 kronor an hour. It is then up to the union, under industrial peace, to raise the salary as far as possible.

WHO REPRESENTS the Swedish Model? Bromander or Gustavsson? This is in fact a crucial question for the union movement. As long as it remains unanswered, nobody can know what is meant by the slogans ”Demand a Swedish collective agreement ” or ”Equal pay for equal work ”. If Vaxholm is the example to follow, it actually means ”Scram!”

According to LO, the trade unions’ central organisation, 60 million workers are behind the action in Vaxholm. This is because in August, the European Trade Union Federation, ETUC, declared its solidarity with the Swedish Building Workers’ Union. ”That then is the size of the ’mob’, as Dagens Nyheter in its leader recently described the Swedish Building Workers’ Union”, the LO writes.

How big is it? Union representative Jan-Olof Gustavsson has evidently already opted out of it. And when I called the ETUC in Brussels, Jozef Niemiec, who took part in the decision-making for the 60 million, replied that the statement expressed ”general support for collective agreements ”. The ETUC was not informed that the Swedish Building Workers’ Union had delivered a wage ultimatum for signing an agreement. ” If they set such terms without support for it in the agreement – then it was in effect an infringement.”

Throughout Europe, trade unions are grappling with the same dilemma: how are they to defend workers’ standards in Stockholm and Dublin without rejecting the poorer workers from Riga?

ANDRZEJ ADAMCZYK in Gdansk is the international secretary of Polish Solidarity. ”On the one hand it is not good that newcomers undermine collective agreements. On the other hand, one cannot assert exploitation in the case of someone who in Sweden earns three times more than at home in Latvia. It is necessary to find a compromise… So what does he say about the solution to the solidarity issue of Section One of the Swedish Building Workers’ Unions? I translate the minutes of the meeting in Vaxholm and he gasps: ”But that’s indecent!”

”We are all in favour”, says Adamczyk, ”of trying to raise the salary of migratory workers to the level of the host country. But we’re completely against manoeuvring that aims to shut them out. The only way forward is through cooperation between trade unions.”

So I asked the chair of Section One of the Swedish Building Workers’ Unions what were the wishes of the Latvian workers in Vaxholm. They were the people for whom he was negotiating. ”I don’t know, we haven’t spoken to them”, replied Torgny Johansson. Not one of them, in six months? No, Section One of the Swedish Building Workers’ Union wasn’t allowed into the workplace. Surely the Latvians weren’t behind barbed wire? No, but there was a language barrier, and difficulties in finding a Latvian interpreter. Their union then? The chair of the Latvian building workers’ union actually came to Stockholm because of the conflict. ”I haven’t met her, whatever her name was…” Does he remember the name of the union? ” I can’t recall it right now.”

THEN I ASK HIM about his objections to the agreement which Laval un Partneri eventually signed with the Latvian building workers’ union LCA (whose chair is named Mara Tomsone). ”It’s hard to know because we don’t understand what it says… It’s in Latvian.” But Section One of the Swedish Building Workers’ Union must be able to afford a translator? ”Yes, but we’re in Sweden now.”

Seven months after the blockade by Section One of the Swedish Building Workers’ Union, 24 Polish workers arrived in Jönköping, southern Sweden, to build something more conspicuous than a school. The 120-metre chimney beside the E4, like the construction in Vaxholm, was a municipal project. Polish workers from Szczepanow built it in concrete for a salary with which they were fairly pleased, but which was 15 kronor below the demands that led to the nationwide blockade of Vaxholm. I was there, but saw no pickets or protests, not even a flyer.

This can be because in Jönköping it was a major Swedish company that was contracted, and not a Latvian small enterprise. Or perhaps because there is something special about the little country to the east. Something vulnerable and different, which invites an assault?
Maciej Zaremba, maciej.zaremba@dn.se

The European Trade Union Federation, ETUC in Swedish is abbreviated as EFS, and in French as CES. The Latvian building workers’ union is called ¬Latvijas Celtnieku Arodbiedriba.
The demand from Section One of the Swedish Building Workers’ Union of 145 kronor an hour for signing an agreement was made on 15 September 2004 and was still in force when the blockade began on 2 November. The average pay of Swedish Building Workers’ Union¬ workers that year was 133 kronor an hour.
The minutes of the negotiations in ¬Vaxholm are a public document available from the Labour Court, Case A 268/04.
Lars-Göran Bromander was interviewed by Stina Blomgren in ”Faktum”, TV 2, 3/3 -05.
L & P Baltic Bygg AB was a wholly-owned subsidiary of Laval un Partneri, which has its headquarters in Riga.

In Nenozimigs land, it doesn’t matter so much
You can run them down without being punished. You can buy their bodies, call it art and receive praise. You can put them on sale at a special price – or shout “Go home!” Why aren’t the Latvians grateful for the trouble the Swedes have gone to? Read part three of Maciej Zaremba’s series of articles.

What does a reporter do, who has promised himself to avoid clichés, when the first thing he encounters on a job is a walking cliché?

He just has to tell it.

”GET A MOVE ON AT THE FRONT!” The tall man with the big voice is having trouble with his balance. He seems to be about 60, the worse for wear, smells of long-term intoxication and has no luggage. Now he switches to English so that everyone can understand what he thinks of the natives in this country. And when he gets to the window he breathes all over the young passport officer and shouts to the entire terminal: “I’m back to Riga, you see! I come for more Laaatvian pussy!”

The Swedish sex tourist staggers on. And if I read the reactions right, we are wishing that the police would drag our compatriot into a room where he can resist arrest so that they can use their batons. But they stare ahead of them without expression. And the passport queue too looks the other way and pretends that nothing has happened.

I have come to Riga to understand why the LO blockade in Vaxholm, which was said to be in the interests of underpaid Latvians, has not been appreciated as intended. Instead of gratitude, there were protests: from the Latvian government, from the press – but also from trade unions.

WHILE CROSSING THE BALTIC SEA I noticed the first signs that the job might be problematic. It is as if the M/S “Baltic Kristina” were a Titanic on a voyage in time. In which bar do I belong? Among the excited pensioners on the foredeck about to order the next round? Or the one amidships, where the atmosphere is thick with smoke, the waiters are ignoring the sandwich boxes and pale 30-year-olds are trying to make a cup of tea last until Sandhamn?

She’s a working-class vessel, “Baltic Kristina”. Council leaders do not travel on her; they catch a plane. This ship is for Swedish pensioners travelling east for a touch of luxury or a new set of false teeth, and at the same time for travelling workers on their way home to Rezekne and Balvi.

Anna in the bar amidships tells me that she is the migratory type, but set in her ways. For four years, she and her husband Andrejs have been commuting to the same Norwegian farm, to Fritiof, who lives alone outside Bergen. “He only cared about his foxes and minks, so his wife finally left him.” Now, Anna and her husband look after the fur farm and the strawberries, which they tend in April and harvest in June. Without them, Fritiof would have had to wind up the farm. Because nowadays, Norway is a country where few can stand the smell of fox.

THINGS ARE GOOD at Fritiof’s farm, says Anna. Everything except the mountains. They smother her. Now she is longing for the big sky in Balvi. She is a trained secretary, but a 50-year-old woman doesn’t get a job like that in Latvia. We speak Russian, the lingua franca of the colonised peoples. She is actually from Lithuania, she says. So I ask what her name is. It’s difficult to spell, says Anna: “Zed, a, r, e, m, b, a… shall I repeat that?”

I gulp. Then I hold out my business card. Before she has time to take it, I start to feel ashamed. Who in Balvi has a business card? We have the same unusual last name, we are probably from the same clan in Lithuania that history began to disperse 600 years ago. Fate has decided that she should end up in the poor world, and I in the rich. And the first thing I do is display evidence of this difference.

As the crow flies it takes a couple of hours, and by coach and ferry it takes three days, from the EU’s richest to its poorest corners. They are looking tired, and I do not dare ask whether they are sleeping in a cabin or on the floor in the TV room below the car deck. The then it occurs to me that Anna and And¬rejs have arranged things well. No one shouts “Go home!” at them in faraway Bergen. On the contrary, Fritiof’s sister has written a song in their honour. They consider that they are doing Fritiof and Norway a favour. 70 Norwegian kroner after tax with free food and lodging, that is more than a Swedish nurse takes home. Respect… But they’ve been doing this for many years, and know what they’re doing.

INEXPERIENCED WORKERS, who have only just begun the vicissitudes of migrant working, can end up in the hands of companies which in Riga charge 5,000 kronor (500€) for arranging a job in Dublin which perhaps does not exist. And the least experienced ones are the most desperate, without a residence permit. Perhaps the Swede who has asked them to change the roofing has disappeared by payday. Instead, a union representative arrives from Byggnads and has them deported the same day.

Between these extremes, there is the option of a legal cut-price auction. “While stocks last! October only, personnel at only 95 kronor an hour!” exclaims the web site http://www.hyrlett.nu. Order now, because “Latvian workers – they’re no shirkers!”

“I refuse to believe it was a Latvian who made up that slogan. It must have been a Swede”, says a friend in Riga. How can she be so sure? “Because it’s so belittling. To you, we are nenozimigs”, she says, “nenozimigs in Vaxholm, nenozimigs to that scumbag Hollender, nenozimigs to Per Andersson.”

NENOZIMIGS MEANS “lightweight”, or “insignificant”. Sooner or later, the word crops up whenever I ask people in Riga about Vaxholm. Nobody here can believe that any Swedish trade union has tried to help the Latvians. In Riga, Vaxholm is part of a completely different tale, which seems to begin with a certain Per Andersson.

Who is Per Andersson? I searched the archives, but his deeds have not led to a single news item in Sweden. A prosecutor in Stockholm who handled the case is at first unsure whether it took place in Latvia – perhaps it was Poland?

All important stories have a long version and a short one. The long version is full of shades of meaning and unanswered questions. But it is the short version that people remember, that makes the story.

Here are the short versions, in chronological order:

ON 3 JULY 1997 the Swedish businessman was speeding in a 50 km/h zone outside Riga. He hit two women, who died on the spot. The next day he fled to Sweden. He was not extradited from there. Neither was he questioned. According to the Swedish authorities, his crime was to be regarded as “trivial”. Which in Latvian is expressed as “nenozimigs”.

The second short version: three years later, another Swede came to Riga. Pål Hollender was his name. He bought prostitutes at the Swedish taxpayers’ expense, humiliated them in front of the camera and made it known that every second young woman in Riga was a whore. Then he showed the film at festivals and on Swedish television. For this, he was praised by a number of cultural radicals in Sweden has an artistic genius.

And then Vaxholm: in summer 2004, low-paid Latvian workers came to build a school. Seven Swedish trade unions then declared their solidarity with them. They did not find it necessary to talk to any of the workers, since they already knew what was just and fair. Namely, that they should go home. And they did.

THAT IS HOW THINGS SEEM to pan out from the Riga horizon. The blockade in Vaxholm is not part of the debate on the Posting of Workers Directive or collective agreements. It belongs in the story about a Swedish sex tourist who puts on a show of social commitment, and about justice that sees two Latvian lives as something trivial.

One might wonder whether it is just. There are not many who have seen Pål Hollender’s “Buy Bye Beauty”, and hardly anyone in Sweden has heard of the hit-and-run driver. One might suspect that the Latvian feeling of outrage might be due to excesses in the media.

It is not certain that this reporter is the right person to answer that question. He is no longer impartial. This journey has re-awoken an old discomfort, which has remorselessly grown along the way. On the other hand, it is said that post-colonial peoples have a right to a measure of unreasoning anger.

Is it conceivable that a speeding driver who had killed two Swedish police constables (Vita Darzniece and Iveta Bagane were plainclothes policewomen) would have been left alone for 18 months? That is how long it took for the Swedish police to question Andersson for the first time. Prosecutor Barbro Herrmann thinks they had a lot of other things to do.

FURTHERMORE, IS IT credible that a prosecutor, without questioning any witnesses besides the passenger in the car, should find that the place where the women died could have been better illuminated, that it was very dark (on 3 July), that the women might have been careless and in addition had been drinking, which may have affected their judgement, so that although the driver had been speeding and probably caused their deaths, no trial was needed, since there were so many mitigating circumstances that the crime was to be considered trivial and lapsed under the statute of limitations during that time it took Barbro Herrmann to ponder over how trivial it was. Nenozimigs.

When two Latvian lives are not considered worth an investigation in Sweden (not even when the matter has led to diplomatic cooling down) then one must understand the Latvians who do not believe that it was equality between people that was the issue in Vaxholm. It was of course something else, inequality between people.

“Do you think that every second Latvian woman is a whore? Why do you think that?”

WHY SHOULD I ANSWER THAT ? If Pål Hollender has got any balls he can answer himself. But like the hit-and-run driver, he hasn’t set foot in Latvia since the film. He does not feel welcome, he says. Surely that shouldn’t stop a true radical? Go to Doma Laukums and tell the whole of Riga that you humiliated their women for the sake of socialism, if you really believe it yourself. Stand and fight…

Those who want to understand the deeper cultural background to Vaxholm should see “Buy Bye Beauty”, in particular the discussion that followed in “Folkhemmet”, from TV 3. Initially, it is incomprehensible that someone travelling to Riga to copulate in front of the camera, and then tacking on some footage that is a sorry excuse for reporting, might stir up a cultural debate in Sweden. Or that the cultural radicals who defended the film (Carl Johan De Geer, Nina Lekander) swallowed hook, line and sinker the statement that every second girl in Riga is a prostitute, and that “every bar, hotel and restaurant … has a list of at least 15 prostitutes at your disposal”. Which is pure nonsense, one realises after three hours in Riga. But they chose to believe it. Just as they accepted Hollender’s explanation that when he humiliated the Latvian and Russian women in front of the camera, showing their faces, genitals, names and boyfriends, it was to show how dirty capitalism is. “Genius!” exclaimed Carl Johan De Geer.

One is tempted to be crude: would it have been genius in the same why if close-ups of the cultural radicals’ daughters having paid sex had been used to illustrate the seamy side of globalisation?

THE INTERESTING QUESTION is why such a thought was so alien to the humanist De Geer. Neither he nor Lekander managed to see it as from the perspective of the others. As if these women were merely extras in a stage play that was really about themselves.

I do not understand many words of Latvian. But your Hollenders and de Geers made me feel like a Latvian, one of these niggers that Swedish radicalism seems to need – lest its view of the world should come tumbling down. It seems to be for their sake that some would present women in Riga as human debris, Estonia’s workers as victims without will, and conditions in post-Soviet countries as exceedingly contemptible. And all this with a dash of – well, covert malice, Schadenfreude dressed up as indignation. Can it be because these Baltic States rejected real socialism with so little regard to Carl Johan de Geer’s feelings? It was not the workers’ paradise, we have realised, but at least it was an alternative…

The Occupation Museum in Riga is a reminder of the terror that reigned in Latvia for over 50 years. Documentation of deportations, mass executions and starvation. Among the exhibits, artefacts from the prison camps: wooden ladles and shoes made of rags. On a yellowing police photograph, a haggard face which I recognise. Knuts Skujenieks, the poet, one of the first dissidents in Latvia, for which in 1962 he was sentenced to seven years in a labour camp. What might he have to say about the events in Vaxholm?

HE IS OVER 70 NOW, implausibly huge. He has translated Lorca from Spanish, Fröding and Bellman from Swedish, Inger Christensen from Danish, Janis Ritsos from Greek and most recently the aphorisms of Stanislaw Jerzy Lec from Polish. (I still remember some of them: “His conscience was clean. He never used it.”)

“The more people own”, says Skujenieks, “the less they want to share it. It sounds paradoxical, but it is objectively true”. A home truth from the Gulag? “Yes. For solidarity to exist, the living conditions must be more equal. “So he understands that Swedish trade unions guard their own patch. “Just as long as they don’t talk about solidarity: you cannot expect the poor to show solidarity with the rich.”

Knuts Skujenieks is an optimist, he says. He believes that solidarity will return, but first the rich must become slightly worse off, and the Latvians a little better off. It should be in the interests of the Swedes to help the Latvian unions. “But I don’t think there is realisation of that yet.” In his country, communism has devastated the very idea of trade unions: they were the extended arm of the Party. People keep a low profile, because they have learned that there is no point in opposing the powers that be, says Skujenieks. He puts his hope in a European system for labour laws, but that will probably take time, because the richest countries (among them Sweden) are against it.

“The Latvians have become used to injustice”, says Skujenieks, “but have not yet learned that one can demand justice.”

THAT MAKES ME THINK OF Levs Nogins, the man toiling in Vaxholm, and who did not manage to register surprise when people shouted “Go home!” In the evening I take the tram to Kurzemes Prospekts. As soon as one crosses the bridge over the Daugava, the renovated part of Riga gives way to Soviet greyness.

A bottle on the table, sweets, dampened mood. Nogins thinks I want to pump him for information about how little he learned in Vaxholm. But everything was fine there. And neither is there much to tell about life under the Soviet Union. His father was a politruk, perhaps it is a military secret.

Levs and his wife Czesława are both engineers. They used to travel the entire empire working with cement factories. When the Soviet Union was dissolved, their workplaces ended up in 15 different countries. By then, they were already over 50 and had teenage children. The two dollars’ support which free Latvia can afford did not go far. So Czesława packed some bags and got on a bus. Taking vodka, linen, crystal vases and cigarettes the 3,000 kilometres to Norway (“one October in Murmansk, some Russians smashed all the car windows when they saw the Latvian plates, and for a week we travelled in a ‘convertible’”); then with coffee grinders, cycles and clothes hangers to Prague and Warsaw, returning with video recorders.

Clothes hangers? “Yes those hat shelves that you screw on the wall. We could squeeze in five of them. You couldn’t get them in Poland.”

YOU COULD EARN almost 700 kronor on a two-week journey, and that went a long way. The frontiers were worst. Once Czesława had 200 kilos of pears that went bad. The customs officers were in a bad mood and the minibus had to stay at the frontier for a week. So it was better to travel with gold to Turkey, bringing back jeans and chewing gum. When cross-border trading became less profitable, they started selling vegetables at the markets in Riga. But then came the supermarkets and that ended too. That was when Levs, in his 63rd year, travelled to Vaxholm to cast concrete. It was the first time he had been on a building site.

I do not really know why I am telling you all this.
Maciej Zaremba

PS You could say that Pål Hollender did one thing right. Apparently it says in the contract with the women he exploited in Riga that “Buy Bye Beauty” may not be shown in Latvia. All reporters can learn a lesson from that. If you have produced news pictures that cannot be shown where they were shot, then you are probably a pig. And if you have that clause in the contract, then you are a pig with adequate self-perception.

Per Andersson and Fritiof near Bergen are not their real names.

The film “Buy Bye Beauty”, part-funded by the Swedish Film Institute, was broadcast on Swedish TV 3 in February 2001.

How the spectre looks depends on who is looking
Cheap, mute, nameless, without tools. That is how the guest worker is presented in the advertising campaign by Byggnads – the Swedish Building Workers’ Union. There is more than a little wishful thinking in that image. However, the problem facing the union has both a name and set of tools. His name is Stanislaw Smulski and he is building a chimney in Jönköping, Sweden for 36,000 kronor a month. Maciej Zaremba has met him.
Bild 1 (obs – bilderna bör stå brevid varandra)

Advertising poster by the Building Workers’ Union, seen in metro stations.
(…)
Same thing, different pictures. A poster from the Polish National Tourist Office with the message “ I’m staying in Poland. Come in crowds”.

Look at these pictures. They are said to represent the same spectre: the wandering plumber (or carpenter perhaps): the most ominous thing about the new Europe, to judge from the debate. On one picture we see how Byggnads regards him, on the other how he himself wants to be seen. Two pictures dripping with symbolism, which lead us to the very core of the problem.

The poster to the left alludes to the famous adverts from the 1990s, in which Anna Nicole Smith sold women’s underwear with fairly sluttish overtones.

(…)
One gets the point: the foreigner is prostituting himself through his labour – and too cheaply at that. But the picture says more. Whatever one thought of Ms Smith, she was well equipped for her trade. Unfortunately, one cannot say the same of this skinny body. It is putting itself on offer, but seems to lack any prospects of bargaining. The lack of tools on the picture confirms the suspicion.

THE THIRD AND most interesting signal is not perceived until comparing with the other poster. The Byggnads worker-whore appears in a white limbo. He lacks background and personal characteristics. No garments reveal his history or character. He has not even been able to keep his watch… (a more vehement analyst would say it is a question of dehumanisation.)

The other picture, on the other hand, is cultural overkill. That plumber is posing against a background of dead masters’ artefacts: the work of locksmiths and watchmakers, and Renaissance arches. And he has forgotten to fasten the right strap of his overalls even though he is left-handed. Perhaps he is absent-minded.

The hairy body on the Byggnads poster is, as expected, mute. The tradesmen with the pipe wrench can speak French. Je reste en Pologne. Venez nombreux. “I’m staying in Poland. Come in crowds.” The message appeared in June on the website of the Polish National Tourist Office, as a comforting commentary on the French referendum in which le plombier polonais became a symbol of the dangers of the free movement of labour. (It was unexpectedly successful: the website increased its visitors tenfold, the picture is said to have been published in 250 newspapers from Sydney to Bogotá, and French tourism in Poland increased by 20 per cent.)

THE CAMPAIGN BY BYGGNADS damaged Sweden. They still remember it in Riga and at the European Trade Union Confederation in Brussels. Unlike the chair of Byggnads, Hans Tilly, who thought the poster was fun, there they saw it as protectionism, playing on racial and sexist prejudices. (I myself was not surprised that Byggnads associated Eastern Europe with cheap women. It certainly had something to do with the character of trade union leaders’ outings to Tallinn.)

Sexual symbolism is perhaps the most frequent way to typify hierarchy. The feminised body with its legs stretched upwards harbours a promise of subordination (and leaves little doubt as to how Byggnads imagines relations with that workforce). What reaction the Polish plumber wants to arouse can be discussed. But it is not pity.

With few exceptions however, migrant workforce is presented in our media as pitiable, exploited and somewhat dim-witted. Preferably an old man with shifty eyes, hiding behind a shovel. They do exist, just as there are Lithuanian women who push a broom for 40 kronor an hour and Thais who have been lured to Lysekil to weld pipes for next to nothing.

BUT IF SUCH PEOPLE had been the main problem we would not have had a blockade in Vaxholm and poster campaigns in our cities. The problem for the Swedish unions is not primarily casual labourers who for 60 kronor an hour do a job they themselves do not want to do – but professionals who for 120 kronor take on a task that the Swedes would very much like to do – but for 140. But that dilemma does not make a good poster. When Byggnads presents the work migrant as a clumsy wretch, it is more of a pipedream.

Not long after the blockade in Vaxholm, a vast concrete chimney was to be built near Jönköping. As is customary, the building contractor (NCC) negotiated with a Swedish team of builders that was already in place. Difficult negotiations, because it was complicated, they said, (sliding-form casting) and high (height allowance) and three shifts (shift allowance) and unsocial working hours. With construction almost due to begin, NCC wondered if 58,000 (c. 6,100 €) for a month’s work was okay. No, unfortunately, the building workers had just realised that they would not be able to take breaks at set times, and so asked for a special allowance for that. Their asking rate was now 62,000.

NCC THEN SAID NO THANK YOU, declared negotiations abandoned, and brought in 24 workers through its subsidiary in Poland – who completed the 122-metre chimney somewhat earlier than expected, with slightly fewer hands, and for 36,000 per person plus food and lodging. “Wage dumping!” exclaimed letters to the union magazine Byggnadsarbetaren. Perhaps one could say that it was. Was it exploitation too? That is the opinion of the chair of Byggettan, Torgny Johansson. In his opinion, it is always scandalous exploitation when a foreigner gets a job for a few kronor less than Bygg¬ettan would have got for its members.

When I arrive in Jönköping, the chimney is almost complete. I hear that relations with the Swedes who failed to get the job, and who are now working down there, are not cordial, but correct. Although sometimes… “I have got four cranes here”, says a Swedish fitter, “Two are operated by Poles, two by Swedes. But it is the Swedish-driven ones which are breaking down all the time.” What is he trying to say? “Just that it’s strange, purely statistically, don’t you think?” (You drive at full effect and slam on the brakes at the same time. Then the fuses go. Ring for a repairman… I know: I did it once as part of a pay negotiation.)

THE MOULD – where 12 men are trying to get on together in an area as big as a living room – is now at a height of 120 metres. You can see half of Lake Vättern as far as the island of Visingsö. But to do that, I must climb up a forbidden ladder. Everything is wrapped in black sacking to stop wind gusts and to prevent vertigo. The only unpleasant thing is that the entire construction jerks once every half-hour – when it is jacked up as the chimney grows.

“It’s been said you’re not allowed to talk to the press”, I say. “Perhaps. But I have passed puberty and I speak to whoever I want.” As soon as I hear the dialect, I realise how out of place the question was. Górale! Practically the whole entire chimney building team is from two neighbouring villages in the Carpathian Mountains. They are the only ethnic group in Poland whose national dress includes a weapon (a long narrow battleaxe). For centuries they have lived on raising sheep (and attacking travellers in the mountain passes). Neither feudalism nor communism really got anywhere with them, and now capitalism too is running into unexpected problems. When several hundred górale, who had illegally entered the USA found themselves underpaid by Wal-Mart Stores in Chicago, they sued the company – even though they did not even have the right to stay in the country. And it looks like they might win the lawsuit. (See http://www.walmartjanitors.com).

How does Mr Wendelin Duliban like Småland? I wonder while the lift cage trundles down the chimney. “Is it called Småland? Pretty nice, but the food was better in Cannes.” He has come straight from the French Riviera, and before that, was building in Germany and England. He has hardly seen his children in months. “Such times. You have to travel to survive.”

THE SAME LIFT CAGE carries the nightshift up. Not only are they from the same village, they are four brothers. I ask the eldest if the work is difficult. “Neither difficult nor heavy. Mostly routine.” Is it well-paid? “I wouldn’t be standing here if it wasn’t, because nowadays I am sick of reinforcing concrete.” Stanislaw Smulski prefers cabinet-making, but has done more advanced concrete work in Düsseldorf. It is now 20 years since he began roaming between building sites in Europe. The technical terms that I hardly know in two languages he can manage in four. The exchanges between builders on the chimney are in a mixture of English and German, but they have snapped up one Swedish word which they find comical, and it functions as a battle cry. “Ankarskena! (anchor rail)” is the cry when the concrete is coming or something important is happening.

I begin to find the matter in hand unpleasant. But finally, I ask engineer Wojciech Leskow how it feels to earn just over half what the Swedes around him receive for the same work. And as I expected, he does not like the question.

“You’re not going to believe me, but a month ago the thought had not crossed my mind. I’ve enjoyed the equality. Poland is still feudal, you understand; going to see the boss is like entering a temple, with secretaries like priestesses… but here everyone says hi to everyone as if they were equals. You don’t think about money then. But since you ask: my Swedish colleague drives an 18-year-old Saab. He earns more, but we probably live at the same standard. As long as I do not need to spend my salary in Sweden, we are equal. This is a short-term job. But if it had been long-term, I would have demanded the same pay as him.”

I HAVE ANOTHER, more difficult question to ask. But just then a light appears over Huskvarna and everyone stops what they are doing. We alone are bathed in brilliant light, perched above a landscape in darkness, as if we were the lantern of a lighthouse.

I do not intend to spoil anybody else’s day. My question can wait. Instead, I ask Stanislaw if I may visit him when the building project is over. “Come to Szczepanów in August, then you can meet all ten of us.”

Szczepanów, just under 50 kilometres from Krakow, is one of the few villages where one can still see traditional half-timbered houses. Stanislaw Smulski, a mason, and his Irena have brought eleven children into the world. The first was born in 1964, and the youngest in 1985. For a long time, they lived in an old house in the country comprising two rooms and a kitchen, with one hectare of land and with neither a toilet nor running water, since masons who own land are a dubious breed. “It wasn’t as if we were starving or dressed in rags: we made ends meet”, says Stanislaw junior. He now lives in a brick two-storey house, solid furniture, crystal vases and a big garden with mountain pines and apple trees. The children have their own rooms and spend most of their time on the Internet.

STANISLAW IS EXCITED, and cannot remember when the siblings were last all together. They nearly all have their own houses in the village, but are seldom there. Bernadetta has been a cleaner in Norway, Mirek, Stanislaw, Pawel and Leszek have just arrived from Jönköping, Rafal from Stavanger where he is building a hospital, Marta is dead, Agnieszka is harvesting lettuces near Mainz (43 kronor an hour, all expenses paid), Beata is studying to become an accountant in Italy, Edyta got married in Switzerland, and the youngest, Basia, is planning to enrol at the University of Lausanne. They all have vocational training, but no one is working in their vocation. No one has been unemployed, as far as Stani¬slaw remembers.

There is work in Poland of course, says Stanislaw, but I will not work for that pay if I can help it. He is well known among builders and much in demand. He can make 9,000 kronor (four times the minimum salary) on a Polish site, “If I’m going to cruise around abroad I ask at least twice that”. The women are laughing in the kitchen, and the men sit with a weary Sunday expression at the huge dining table. I ask Rafal what he answers the trade unions in Stavanger, Norway when they grumble about him dumping their salaries. He is on hire from the firm Adecco, and earns 126 Norwegian kroner (16€) an hour, 30 kroner under a Norwegian builder’s pay. “The union looks after its own labour market, not mine”, replies Rafal. “Their only care is that I shouldn’t work longer than 7½ hours, though what else can you do in Stavanger but work?”

(Now he’s a little unfair. Unlike Swedish LO, Fellesførbundet saw to it that a minimum wage was set in the building industry, which protects the migrant workers without removing their competitiveness. Even those working illegally can take refuge with the Norwegian unions. In Sweden, they instead need protection from union representatives, who have become indistinguishable from immigration police.)

RAFAL SMULSKI DOESN’T give much for the Norwegian workforce. They need a user’s manual for everything. Not to mention the Germans… “They can’t even walk up to a woman without instructions.” Rafal Smulski may sound prejudiced, but he is enraged. At being looked down upon by people who do a worse job than him for a better salary, and who, even when they are young, carry on like pensioners: “Isn’t it coffee time soon?”

But you can’t get away from the fact, I say, that you are pressing down their salaries. Then Rafal gets up so fast he tips the chair over. “Take it easy”, says his older brother. But Rafal is standing in the middle of the mat, hands in his pockets, lowering his head and pushing out his stomach.” You see what this is? A statue of a Norwegian resistance man. Hands in his pockets, Norwegian resistance to Hitler!”

Now he’s unfair again. But he is furious. He says that if Norway and the others had not given in to Hitler, he wouldn’t need to stand on a building site in Stavanger putting up with grumpy looks. Instead, the Norwegians would be building his veranda in Szczepanow and he could be as nice and condescending as he pleased towards them. “It was Europe that got us where we are now!”

Citizens of Sweden, bite the bullet and try to understand. Papa Smulski was a mason whose hands could mould a beautiful arch, but history decreed that he should pile the stones of the last monument to Josef Stalin. 50,000 men built the steelworks in Katowice, which was completed in 1979 and bankrupt 10 years later. (An Indian businessman is now trying to get it back on its feet.)

RAFAL SMULSKI’S outburst may be just as abusive as the Byggnads campaign, but it is not as unreasonable. Above all, it contains an important piece of information. The rich cannot count on sympathy from the poor. Poles and Latvians are mostly normal people who do not carry on dwelling on old injustices. But if they are accused of a lack of solidarity with people who have historically drawn the longest straw (perhaps by opting out when democracy stood up against dictatorship), then there is a risk that the past will be mentioned.

Perhaps it is extra difficult in Sweden to realise that by joining the EU we retroactively became participants in history. Or that someone may have claims on us. Germany has never had the opportunity to escape from the era, which explains the equanimity with which they have accommodated millions of work migrants. “Not long ago, we were driven here to carry out forced labour, now we’re coming voluntarily”, is something Germans can have thrown in their faces. A blatant thing to say. But what do you reply?

In Sweden, it is Byggnads that most aggressively guards its labour market. It is understandable: there is a good deal to defend. The pompous tone is less comprehensible. Byggnads gives us to understand that in addition to lower pay, the foreigner also brings inferior morals into the country. These people are only thinking of themselves, they scorn the principle of “equal pay for equal work” and at times are uninterested in taxes. All of this is behaviour which is quite alien to Swedish building workers and their organisation, which has always and everywhere defended union principles, gladly paid taxes and has never exploited anyone or anything.

FORGIVE the rhetoric, but that is in fact the tone used by Byggnads and a number of other organisations which are currently asking to be trusted to guarantee “law and order” in working life. In the next article I shall examine their claims.

In Warsaw, they have recently torn down the brownish façade of Hotel Forum, commonly known as “Sweden’s revenge” ever since it was built in 1974. In the 1970s, thousands of Swedish builders were working in East Berlin, Prague, Vilnius and Moscow. They were not guest workers. They were “stationed” there by Swedish companies like Skanska or BPA, just like the Latvians in Vaxholm – but on another footing. They earned 20 times more than the native population, paid no tax, ate at the most expensive restaurants and brought good times to the entertainment industry wherever they went. One or two of them are now union representatives, who perhaps remember that the very precondition for such arrangements was that the workers in these countries could take a bullet to the brain if they started to demonstrate for union rights.

They remember that only too well in Riga and Warsaw, but without bitterness. The Swedes only did what anyone would have done in their place.
Maciej Zaremba

The Polish Plumber 5

The Swedish Model cannot handle temptation
Tax-paying Polish workers are ejected from their workplaces – by the Swedish Building Workers’ Union. The Labour Court has no objections. At the same time, a union chairmen claims that he has never seen a Swede do undeclared work. How is the Swedish Model faring in a new age? This is the last article in Maciej Zaremba’s series.

Mr N tells me that at first he couldn’t help laughing. “Gentlemen,” I said, “you’ve got the wrong end of the stick over the class struggle. The working class, that’s you. I’m the exploiter. So don’t ask me to organise a trade union for you. Then they turned quite sour, and then came the blockade.”

MR N is a Polish building contractor in Västergötland, southern Sweden. People like him are the target of a nationwide advertising campaign by Byggnads (The Swedish Building Workers’ Union): “Demand a collective agreement!” Mr N did not sign it. He is against bribery on principle, he says.

another contactor, in Skåne, is even angrier: “What kind of system is that?” he yells, “I’d never pay to Bush, and I won’t pay (Prime Minister) Persson!”

Bribes? Pay Persson? The small entrepreneurs sound like they’ve been concussed. Perhaps a culture shock can do that to you. They have run into the Swedish Model – from the outside.
Mr N sends the paper to me. Of the 159-page agreement, Byggnads section in Borås had written 5, of which 4 were about what the company was to pay Byggnads. Union dues for non-existent members – in fact, 3.5 per cent of the payroll costs. “My workers are insured, but it says here I have to insure them again. In something called Fora AB. What is Fora?”

“A company owned by the trade unions’ central organisation and the employers”, I say.

Mr N says this cannot be legal. Therefore he refuses with a clean conscience. “One must not give in to blackmail.” He makes it through the blockade by bringing in all the materials from Poland. He believes he has been discriminated against. Surely no Swedish company pays union dues? For members that do not exist?

YES, THEY DO. How shall I explain the Swedish Model to Mr N? Perhaps with an image. Occasionally in France the police drag away strike pickets. But that doesn’t happen in Sweden. To our policemen, the pickets are as colleagues. That is what is special about the model: that the state has made an exception to its monopoly on violence and put a coercive tool in the hands of the trade unions. A political scientist would add that whereas in France they make laws, in Sweden they make agreements. It is not parliament, but “labour market parties” that – sideways, so to speak – determine pay and employment conditions (and even issue driving licences for construction cranes).

The system has long been a matter of pride. It was good for industrial peace and for business, it was considered to be a sign of a mature and disciplined society. And its spirit – the “Saltsjöbaden Spirit” – is put forward as an explanation of the Swedish success story.

In most stories – fairy stories that is – there is a promise which the hero may not break without risking disgrace. It is the same in this story. You could say that the Collective Agreements Act ennobled the trade unions. When in 1928 they were elevated from special-interest organisations to guardians of the public good, it became their destiny not only to safeguard their own interests, but those of all workers (for the simple reason that no court of law would do it otherwise). They were to be as impartial as the authorities, without distinguishing between friend and foe. May one say that the Swedish Model pre-supposes a noble mind? That is exactly what makes it so appealing, and at the same time vulnerable. If a French union is corrupted, it is just an association in decay. If a Swedish union begins to decay, justice itself degenerates.

if you forget this distinction then the “Swedish Model versus EU” debate is just confusing. It is about something far greater than the risk of wage dumping. The unions are requesting renewed trust, under new conditions (free movement) to take care – impartially and without intervention – of the interests of the Polish plumbers too – as if they were their own. “Don’t trust the EU, trust us”, Byggnads shouts to Slovaks and Latvians.

We have seen how this trust was handled in Vaxholm. One reader pointed out that what we saw there was not the Swedish Model, but its misuse. Most certainly. The question is how wide-open to misuse the model has become. Perhaps it demands too much of sinful mortals?

The chair of Byggettan, Torgny Johansson, does not accept workers under foreign agreements, he says. Not even if the workers should happen to get better pay? Not even then. It has to be a Byggnads agreement, and that’s flat.
You have to understand him. The difference between Byggnads agreement and other agreements adds up to millions. Not necessarily to the workers, but certainly to the builder’s unions.

The Polish building contractor who said he was against bribes to Byggnads used a four-letter word, but he had not read it wrong. The union in Borås was demanding that he pay tens of thousands of kronor in union fees for members that did not exist. The same demands were made in Vaxholm too.

sometimes you need to botanise among legal texts to understand what the banners say. The following passages may seem dense. But they are worth the trouble, because the next big collision between the Swedish Model and Europe will probably be about Section 3, Article 5 of the Building Agreement. It is a singular regulation. Not at all typical for the Model, but completely unthinkable without it.

The normal thing is for members to pay their fees to the union. Something special about the Swedish Building Agreement is that in addition they demand a separate “inspection fee” (1.5 per cent of the payroll) to enable the union to check that the worker gets the right pay. “Fee” indicates a requested service. It is just that it is an offer one cannot refuse – since that would lead to a blockade.

If members of Byggnads want to pay, it is their own business. However, the agreement also requires non-members to pay. And if you happen to be building a bridge or garage, (the “Construction Agreement”) the company has to pay instead. The same applies to more than 8,000 companies that are not members of an employers’ association, and therefore have “local collective agreements”. The system has no logic but that of force: in certain areas, but not others, Byggnads has persuaded the companies to finance the union.

most building contractors (and a good number of workers) consider that these fees are fake invoices. It is improbable that Byggnads (even though it serves many workplaces, a lot of them mobile) should spend 300 million kronor more than comparable unions on checking pay slips. Which means that the money must be used in ways other than what the invoice says. Lobbying, for example, or party activities. “It is impossible to find a union representative at election time”, a scaffolder in Karlstad complained. (That was what the choleric Pole in Skåne meant by being forced in effect to pay Persson.)

I asked Rolf Andersson, treasurer of Section One of Byggnads, how this money is used. The letter sent to Dagens Nyheter in reply consisted of three words. “Not public information.” Other representatives inform us that they do not discuss “business secrets” with newspapers.
Business secrets… The most fantastic thing about these “inspection fees” is that they have made Byggnads the only trade union in Sweden (and perhaps the world?) that is financially independent from its members. At a theoretical point in time when the last worker has left Byggnads (without applying for membership in another organisation), the 350 representatives will be entitled to 300 million kronor (just over 30 m€) in annual revenue from workers and companies, quite regardless of whether or not anyone has asked them to inspect anything. It is in the collective agreements.

I do not know whether it is wise of the government to let these particular agreements – in the wake of Byggnads and the Vaxholm case – represent Sweden’s stance before the European Court.

HERE THE READER MUST wonder how the building industry could sign something like that. The answer to the question exposes the democratic deficit of the Swedish Model. The small enterprises and workers most affected by these “fees” were not asked. They are not on the map of the Swedish Model, which only considers two parties: big (mostly Swedish) capital and those in permanent employment and paying dues to a (Swedish) trade union. All the others – stand-ins, unemployed young people, foreigners, small entrepreneurs, pensioners, freelancers of every description, communists, troublesome people and other syndicalists, and non-members – in principle have no say. Part of the charm of the Swedish Model is that the “parties” can enter pacts which affect third parties, even in breach of the constitution.

Through the EU’s free movement, this mixed, marginalised bunch has been joined by hundreds of millions of workers as well as companies in twenty-four states. A new situation, to say the least. Neither have Slovakian welders nor French bankers had a chance to form Swedish collective agreements. But they must comply with them, according to the model. In Sweden, the rules shall be Swedish.

”All work carried out pertaining to the floor-laying industry shall be carried out by members of the Swedish Building Workers’ Union (Byggnads).” Through the years, thousands of builders have been forced to agree to similar clauses under threat of blockade. No Swedish court has been able or willing to object. So you could say it is part of the model. Work by all means, but first a generous fee to the doorman…

It is claimed that these clauses have now been removed. Not because Byggnads has found them unlawful, but solely, as chief negotiator Gunnar Ericson writes to his representatives, “so that the Council of Europe will not be able to direct criticism against Sweden”.
What happens to a trade union that has combined its guardian role function with a business approach? Marxists assert that economy determines morals, and sometimes they are right.

”I don’t see how they can oppose their own members”, said Ingemar Dahlkvist in the building sector magazine Byggnadsarbetaren. He is referring to how Byggnads in Kristianstad excluded members who refused piecework.

(Here a deep bow is called for. The journalists on Byggnadsarbetaren, to whom I am deeply indebted, do not have an easy time of it. They are occasionally told off for interviewing workers rather than union representatives. They did not take part in the witch-hunt against the Latvians in Vaxholm, but on the contrary succeeded in speaking to them. Professional pride has driven the magazine so far in the pursuit of truth that the union has introduced its own pages where the correct version is given space. A stroke of genius, which automatically increases the credibility of the rest of the magazine.)

”I don’t get it “, said Dahlkvist. But Jerry Malmström says he gets it. He lost his job when in December 2004 Section Two of Byggnads blockaded his workplace in Malmö. He and all the others wanted monthly pay, the building contractor wanted to pay monthly, the statistics favoured it (fewer accidents, higher quality), but Byggnads demanded that they have be paid a piece rate. “It was the money they were after”, says Malmström. Because piecework means a further fee payable to the union, “measuring fee” it is called, up to 2 per cent of the payroll. (At least an additional 70 million kronor.)

“It is supposed to be incentive pay”, said Gunnar Ericson, referring to this blockade, “The agreement says so”, while Torgny Johansson of Section One of Byggnads explained to me that there is no connection between piecework and workplace accidents.
The Byggnads agreement gives rise to several kinds of temptation. Here for example, a team of Polish carpenters is building a home. “You cannot help noticing it”, says the owner, “so one of the neighbours had a fit of righteousness and set Byggnads on me.” Byggnads arrived, and negotiations began. An agreement was swiftly reached, along with a special assurance that the “inspection fee” be paid in to Byggnads without delay. A five-figure sum up front… The Polish capitalist put up some resistance on that particular point – after all, he had a Master’s degree in political science.

Why should he pay the union? “Shhh… let me take care of that”, the home owner replied. And that was that, and the workers’ movement disappeared through the spruce forest, never to return.
Which was a pity, because there was not a single safety rail on the site. And the workers were paid 70 kronor an hour, not 110 kronor as in the agreement. Byggnads do not know that, since they did not speak with them. And if they had tried, the workers would have lied, as they saw the representative as a potential chucker-out. They came from Siemiatycze, on the border with Belarus. Apparently, the shadow of Vaxholm stretches that far.

THIS HAPPENED ON THE shore of Lake Vänern in the month of July. Had I by chance stumbled across an unfortunate exception? “I do not think so”, said a source within Byggnads.

Citizens of Sweden, close your eyes and try to visualize our model from an outsider’s perspective. Imagine that the two Stockholm teams AIK and Hammarby deal with terrace violence in their own court, with a majority of their own fans on the bench. Now Degerfors come to Stockholm for a match and their supporters are beaten up. Would it be shameless of them to doubt the existence of fair play in that court? Would we be surprised if the court found that they had sustained their injuries by running into brick walls, unaccustomed as they were to the urban environment?
I have just described the Labour Court to you – as it can appear to a foreign company, a Slovakian welder or to Jerry Malmström. Neither is he among the parties that dominate the court, which are LO and the Confederation of Swedish Enterprise.

On 13 February 2004, a man arrived at a building site in Gothenburg and shouted: “Where are those Polish moonlighters?” Jan Nowak from Gdansk was lying on his back, poking in insulating material under the roof. He has glass wool in his hair and mouth. Some say this is not healthy. Therefore it is hard to get people to do this chore. Now the man walks up to Nowak and says: “You mustn’t be here.” His name is Lars Ek and he is a representative from Section 12, Byggnads.

why may Nowak not be there? He works for a company which has an agreement with Byggnads, he is registered with the tax office as self-employed and reporting VAT, he is insured and not even wage dumping. “I had given a quote for the job, and it worked out at 120 to 170 kronor an hour.”

The representative visits the companies that hire the Polish firm, saying that Byggnads will make things difficult if they continue to employ “foreign labour holding a self-employment tax paper”.

It is no crime to be foreign, and having the self-employment tax paper is proof of approval. The Polish entrepreneur writes to the union and requests negotiations on this. He receives no reply. In the meantime however, his customers give in. They cannot afford a conflict with Byggnads. They terminate their cooperation with him. And in summer 2005 his firm goes bankrupt.

The matter ends up in the Labour Court. Which finds that Byggnads was bound to industrial peace and was not allowed to take industrial action. It was a legal dispute, there should have been negotiations; failure to reply to the invitation was in breach of the agreement. And without doubt, the threatening letters to the companies were “objectively” a case of illicit pressuring by Byggnads. They contained a threat, and were perceived as a threat, since they were obeyed.

So, we think, that decides the matter? No. Now the court writes that the letters certainly seemed like a threat, but perhaps they were intended merely as information? Did you mean to make a threat? The court asks the four representatives. Absolutely not! We only meant to inform…. Well, that’s cleared that up. And on those grounds, the Labour Court (AD Findings no. 88/2005) determines that the Polish entrepreneur’s appeal is to be rejected. He has certainly been frozen out, but it cannot be verified that that was the ultimate intention of the action. He must therefore pay 154,256 kronor to Byggnads for its legal costs.

HOW DID THE COURT get round the fact that Byggnads cited “foreign labour” as a reason for its threats? It was at least a breach of EU law, or even perhaps a touch of incitement? Not at all, according to the court. For if one asks the representative what he meant, he replies that he did not mean anything in particular. An unfortunate choice of words… “In the opinion of the court, Jan-Erik Berg’s explanation of the intention of the formulation of the letter is accepted.”

In my opinion, one cannot expect the Polish entrepreneur to genuflect before the Swedish Model, if it is crowned by the Labour Court. He, like many others, has drawn his conclusions. If the system is corrupt, one must avoid the system. But he does not intend to allow himself to be forced into the black economy.

According to the National Tax Board, 56,000 million kronor a year in tax revenue are lost due to undeclared work. That is more than the entire budget for the care sector. No matter how I calculate, I cannot see migrant labour representing more than a fraction of that sum.

Peter Holm climbed down from the house roof near Karlstad to give his view of the matter. He knows a few people who work off the books, others who collect unemployment benefit while working in Norway, and no-one who does not moonlight at all. “They’re probably really useless, I don’t know any people like that.” He himself does undeclared jobs when he needs to: “A new sofa or television, it’s hard work saving up for that.” Holm is a union representative for Section 29 of Byggnads in Karlstad.

so i ask the head representative there, Jan-Olov Johansson, how the struggle against undeclared work is going. “We have been fairly powerless since May 2004”, he says. “Before, when we saw Polish workers on a roof, we phoned the border police, and they were put on a ferry the same day.” And Swedish black workers?

”Swedish? We… report them.”, says Johansson. However, he cannot remember the last time it happened. Not this year, not last year either… you do not see them so often, perhaps because they – if they exist – work evenings and weekends, when Johansson is free.

To make certain, I ask the chair of Section One of Byggnads, Torgny Johansson, the man who led the blockade in Vaxholm and who promises “law and order” on the labour market, what he does when he happens to see a member of Byggnads doing undeclared work. He worked in the wood industry for twenty-five years and has been a union representative for nineteen. He supposes he takes measures, he says. What measures? He has no answer to that. “But then, I haven’t seen anyone doing that anyway.”

However, there are some unlucky people. Kalle Svärd, for example, who without permission borrowed his employer’s tools and car to build a wooden veranda. In doing so, he cut his arm so badly that he was on sick-leave for several weeks. And fired. The little building firm thought it was too much to require that they take on a stand-in and fork out full sick pay for someone who has been so disloyal to the firm.

But then Jan-Olov Johansson’s Section 29 of Byggnads turned out to help Svärd. The termination was invalid, declared the union, because “the employer has nothing to do with what the employee does in his spare time”.

One might wonder why so much in this article is about Byggnads. It is because they are the ones most affected by the wandering plumber. It is not easy for them. Entire industries could disappear from Sweden (textiles to China, the shipyards to Korea) without solidarity needing to be put to the test at human level. The building workers are almost alone in facing the competition on their home turf. Perhaps it is not so strange that there is panic and moral bewilderment.

I have not met any workers who were proud of Vaxholm after the event. The only ones who seemed content were certain union representatives. And the higher up in the hierarchy you go, the finer the words and the cleaner the consciences.

So if Vaxholm now has a historic destiny as the start of something unpleasant, I want it recorded that it was not a spontaneous demonstration. It was part of a power struggle.
Maciej Zaremba

Names: Jan Nowak, Peter Holm and Kalle Svärd in reality have other names.

“Inspection fees”: Since Byggnads keeps the details secret, the amounts in the article are estimates. The estimate is based on the payroll in the building industry (1.5 per cent of the annual salary of at least 100,000 employees), and partly on generally available figures on Byggnads VAT payments to the state. VAT is imposed on the “fees”.

Byggnads: Has 90,000 working members and approximately 700 employed representatives and administrators.

Maciej Zaremba, maciej.zaremba@dn.se

Report from Unmikistan, Land of the Future

april 15, 2009

1. Report from Unmikistan, Land of the Future

THE TAXI DRIVER curses in German and bangs his fists against the wheel. Around us the angry hooting from cars is growing. A big white Nissan Patrol is blocking the intersection. Inside it a thin man with shoulder straps desperately jerks the gear lever. ”Not again!” my driver cries. Then something snaps in him and he starts to roar with laughter. ”Ha, ha, first the Turks, then the Serbs – and now? We are invaded by Pakistan! God help us! Where are we? This is Katanga!”

This is what he screamed. I don’t know what made him think of Katanga.

But where are we? The policeman who can’t change gears is from Pakistan, it says so on his shirt. But the airport where I landed is Icelandic. And as we travel down the main street named after Bill Clinton (his portrait waves to you from the walls of the houses), the mobile phone beeps wishing me a nice stay in Monaco. At the next stoplight it beeps again. This time I am welcome to Serbia.

If I had not known where I had travelled to, if someone had just dumped me here, would I have been able to figure out where I had landed? Probably not. The fire escape instructions at the Grand Hotel are written in many languages, but not in the one that the cleaner speaks.

That is still a piece of information. Because in this country, natives are not meant to stay in hotels.

BUT IF YOU WERE woken up in the early morning from a terrible screeching noise, and at first you thought it came from a rusty caterpillar tank, then you would probably realize where you were. Behind the hotel window there is a tumbling black cloud. It dives, it turns and suddenly throws itself to the side. The famous jackdaws of Pristina. Once upon a time the province of Kosovo was named after its thrushes. Now the crow birds have taken over. They say it is because of the carcasses.

”Revolution”, says Albin Kurti, emptying his cappuccino in one gulp, ”we are going to make a revolution”. When he has said this for the third time people in the coffee shop start turning our way. They recognize him, they observe with expressionless eyes but prick up their ears.

He does not look like a revolutionary. More like an over-aged student from Berkeley. Somewhat chubby from hours spent at the computer, glasses, pale skin, soft white hands. But appearances can be deceptive. Albin Kurti is the idol of the young and that says a lot in a country where every second person has yet to turn 25. Ten years ago he had a Rastafarian hairdo and led the student protests against Milosevic. When peaceful actions turned out to be pointless he became a translator and an ideologue with UCK, the armed guerilla.

HE ALREADY HAS enough followers to poster the whole country with the word ”Vetëvendosje”, (”self-determination”, which is also the name of his movement). Few people doubt that he could get the masses on to the streets.

Albin Kurti assures me that this revolution will be peaceful. One hundred thousand people will surround the headquarters, the police station and the court. They will stay as long as it takes. For a week, or maybe a month. That is how the colonial power will be chased out, this power that partitions his land, plunders its people and destroys its women. If I want to see where the Kosovo money went, says Kurti, I should look for newly built exuberant villas in London. Or in Amsterdam. If I want to learn about the morals of the colonial power I should count the number of brothels. ”They were not here before you came.”

Outside jeeps pass by. The diesel-fuelled electric generators growl while Kurti quotes UN declarations, Malcolm X and African nationalist leaders. ”Self-determination is the right of all peoples!” It could have been Congo in the sixties. But as I said we are in Kosovo, within a stone’s throw from Rome. And the colonial power, which will be thrown out – dear reader – is you and I. That is to say Sweden, one of the most dedicated members of the UN, who for seven years has governed Kosovo or in local slang ”Unmikistan”, after UNMIK: United Nations Interim Administration Mission in Kosovo.

WHEN THE UN LANDED almost eight years ago we were welcomed as liberators. Since then Swedes have been wounded and killed in this mission. More then eight billion crowns of taxpayers money (the biggest assistance per capita ever recorded) has been spent on security, rule of law, refugee help, education and economic development. But nowadays it actually happens that people spit in our faces or destroy our cars. In October there was a water closet placed outside the UNMIK headquarters inviting us to relieve ourselves there instead of in the country. ”The only way to keep Kosovo clean is to kick you out of here” was Albin Kurtis message.

What does Albin Kurti want? Talking to me he is polite, diversified and sophisticated. He even quotes the French psycho-analyst Jacques Lacan. In his leaflets he is more brutal: The disloyal Serbs, they’re the fifth columnists. They say they only want their churches left in peace but we know what they are scheming.”

STATEMENTS LIKE THESE are well received in these neighbourhoods where ”stranger” almost always meant ”enemy” and peaceful actions usually led nowhere.

Someone says that Kurti wants to become the Gustav Vasa of Kosovo. Or their Garibaldi: get his statue in the town square and his name in the schoolbooks. Many are those in the spring of 2007 who compete for that honour. To be the founder of the state, the man who by decisiveness, shrewdness or violence wins the freedom for a humiliated people. ”We do not want the UN Mission in Kosovo, we want the Kosovo Mission in the UN!” Kurti cries out. An adventurer? Maybe. But the wrath against the UN on which he is riding he did not invent himself.

I read in a UN bulletin with the revealing title ”Early warning report” that only thirty percent of the Kosovans have faith in the UN. Four years ago that figure was double. Every second person is prepared to take part in organized protests against the world community. Is that only because the UN hasnt been able to give them the state they so intensely desire?

As a farewell gift Albin Kurti gives me a leaflet. It is the instructions for my own escape. ”Ten Commandments of Evacuation” is bitter reading for a friend of the UN. ”Don’t forget your pictures of the SRSG and Kofi Annan…Don’t use the elevator, there might be a power cut, remember?…Don’t try to bring any locals with you and don’t worry about their safety while you are escaping. Look after yourself only, exactly as you did during your mission here…Last but not least – don’t ever forget Kosovo since you will never experience another mission like this where you could do whatever you pleased.”

BEFORE WE PART Kurti says: ”Do you remember Algeria? The guys who threw out the French had ”freedom, equality, brotherhood” on their banners. We will throw out the UN in the name of the UN ideals, ideals which you betrayed in Kosovo.”

I actually came to Kosovo because of the ideals. And I thought there could be no better lookout if you wanted to see into the future.

The mission in Kosovo is not only the biggest in the history of the UN. It is the first one where the international community takes full responsibility for a country where more or less everything is in ruins. So this time we do not just secure the peace and pump drinking water – we build a whole new order from zero: We implement legislation, educate policemen, decide on one-way streets, work out curricula, and collect taxes. In short, the worlds first UN state, provisional but complete with all good principles, from equality before the law to gender equality to give way rules in traffic, and all this can be brought home to people without impediments and then be gradually handed over to a local democracy.

THERE ARE MANY who hope that humanitarian interventions will create a better world order because nowadays it is not despotic states but collapsed states which bring the most suffering to the world. An intervention in Congo eight years ago could have saved millions of lives. The one in Kosovo no doubt saved tens of thousands, thus it was justified. But what happened to the second task, the creation of the UN state, honesty, justice and democracy?

If we are to believe Albin Kurti, it all went to hell.

Maybe he just wants to paint a black picture of the UN? He is a revolutionary, he needs his enemies. But then again there is Maria, a Swedish expert who went to Kosovo, a UN enthusiast, who returned home with a depression: ”My view of the world crumbled into little pieces. I lost trust. I could never believe that UN personnel would behave the way they did.”

So how did they behave? Let’s start with the effects.

I count the number of waiters at the coffee shop in the Grand Hotel. Like a flock of melancholy jackdaws they sit on window sills and around the bar. There are twenty-one of them. So it is quite natural that the only guest has to wait for a while to be discovered. He hardly makes any difference.

According to statistics these twenty-one waiters are part of the one half of the population that has a job. The same goes for the guys at the 660 petrol stations where people seldom stop to fill up the tank. In the UN-state there is one petrol station for every six kilometres, a fantastic record, which tells us that many of these companies do not actually deal in fuel only, but – like the hotels -launder money from the smuggling of narcotics, arms and sex slaves.

WELL INTO THE EIGHTH YEAR of the UN mission, after spending close to twenty-two billion euros on an area the size of Scania (with a population of about 2 million), the black economy is thriving whereas the white one is close to collapse. There is a standard explanation to this misery: As long as Kosovo’s independence from Serbia is not confirmed, nobody dares to invest in the country. Very probable. But what investments do you need to grow cucumber?

I comb the markets to find some local produce. The soap is from Bulgaria, the shirts from Taiwan. How about the flour? Czech. Drinking water from Hungary. Kosovo’s GNP per capita is lower than Rwanda’s, so it is a surrealistic feeling to have to buy tomatoes from Turkey and salad from Italy – in an agrarian country where the fields lie fallow.

Why do they? Because, explains Mr. Bajrami at the Chamber of Commerce, it pays better to sell chewing gum to the UN staff than to toil in the fields. But also because the UN courts after seven years still have not managed to determine to whom the fields actually belong. Finally, what makes him most upset is the fact that the UN allows Europe to dump prices on food in Kosovo. (Yes, it is strange. One litre of milk travelling from Slovakia gets cheaper on its way. You can buy a bottle of imported Coca-Cola for only 29 cents.)

WHEN I THINK about it, the driver who cried ”Katanga!” was not so wrong after all. The economy of Kosovo is a reminder of the colonial times. But at least the Africans had their raw materials to give in exchange for sewing machines. Kosovo does not even have that because the mines (lead, zinc, silver) lie unexploited. It may be a symbol of the situation that Kosovo literally survives on ruins. The main export product happens to be scrap iron. But it only covers one percent of the import.

How is it possible, you ask yourself, that a UN-run state, possessing enough lignite to light up the whole of Balkans, who invested seven hundred million euros in its two power stations, has not managed to generate sufficient electricity, but instead create pollution 70 times above the limit permitted by the EU? Kosovo does not require much electricity, somewhere between 600 and 1,000 megawatts, similar to what is produced by one reactor of the Forsmark nuclear power plant. But most people have electricity only a few hours a day, others not at all.

I WILL NOT OVERWHELM the reader with more statistics. Let me just give you a handful of scenarios from the UN country which highlight the nature of the problems and the level of desperation: An EU cow in France is subsidized with three euros a day while every second Kosovan lives on the third of that amount. And he already knows that next year will not be better. If he gets robbed, chances are slim that the perpetrator will be found, despite Kosovo having the highest police force per capita in Europe. If he claims his right to a piece of land, the court shrugs its shoulders (There are 30,000 cases pending in Kosovos courts). If he falls sick the hospital will require that he brings his own syringes and bandages. If she happens to be a Roma or a Serb her house might be burnt down – while NATO soldiers stand watching.

Yes, this has happened, more than once. An unforgivable failure but, alas, not at all incomprehensible.

I have spent months studying what went wrong with this mission only to find that there was a faster way: Chose a head of a local municipality in Sweden or in Scotland, show her this UN-state, the rules, the hierarchies, the salary lists, the managers, everything – and then ask her if she could run Nyköping that way. ”Unthinkable,” she will answer, ”unless you want to invite a band of hooligans to take over town.”

For sure there is no easy explanation to the debacle, but there is a pattern, a kind of ghostly method behind the madness. My articles try to find the name of this method.

IT IS HARD to make a past performance evaluation of UN missions because they are so volatile. The international community has a gigantic body but a memory shorter than Vänsjö’s fishing club. Responsible persons are continuously replaced, reports are forgotten, you keep looking to the future with last year already long forgotten history. Kosovo is a shining exception to this rule. For the first time there is more information about the mistakes committed than what one would maybe like to know. Gratifyingly enough it is two Swedish makings that have made this difference.

The first one is called Inga-Britt Ahlenius. In November 2003 when she had grown too independent to the taste of the Persson government, she accepted the assignment to establish an Auditor General Office in Kosovo. The second phenomenon is called Ombudsman, an institution created by the Swedish Parliament in 1809. Kofi Annan thought that this institution could be useful in Kosovo to supervise the UN. But nobody could imagine that the person tasked with this mission would take it so seriously.

Among the first things Inga-Britt undertook in Kosovo was to produce framed sign boards with the text: ”Kurrë mos harroni se një cent…”, which means: ”Never forget that every cent wasted from the taxpayer’s money is stealing from the poor. Gustav Möller (1884-1970), Swedish minister of social affairs.”

Thereafter, together with the European anti-fraud organization OLAF, she set out to scrutinize Kosovo’s international airport. They thought that would take six months but it ended up taking more than two years.

In the spring of 2006, Ahlenius (who by now had been appointed head of the UN Office of Internal Oversight Services, OIOS) published the summary of the findings at the airport, which resulted in a tumult within the UN. The report showed that a group of managers at the airport had consistently been plundering the company for years. Corruption and mismanagement were ”systematic” but could go on unpunished because top UN leaders in Kosovo had not created efficient control routines and had failed to take action against fraud and corruption: the Kosovo governor had received 33 reports on irregularities but most of those remained in his desk drawer.

Inga-Britt Ahlenius warned that if the UN continued to ignore corruption the whole mission could be jeopardized: ”The reluctance by senior Mission management to address fraud and corruption will have a devastating impact on public perception inside and outside Kosovo…”

LOCALS IN KOSOVO had suspected this for a long time. The rot at Pristina airport was a serial in the local press: bribes for visas, bribes to get a job, money disappearing, nepotism. But now, finally, there would be a real clean up, right?

Here comes the sequel. Governor Jessen-Petersen counter-attacks. There is no corruption worth mentioning at the airport, he states, the report is unfounded, it is a waste of time continuing to discuss this. In fact the airport is a well-run company, you could even call it a success story. Jessen-Petersen is content with having implemented only 21 out of the 74 audit recommendations.

Let’s take a look at what Jessen-Petersen considered unnecessary to judicially proceed against or even to speak about.

The traffic volume at Pristina airport today is similar to the one in Luleå, a small community in Sweden. While Luleå runs the business with some 100 people there are more than 500 employees at Pristina airport. The staffing grew to that level while Jessen-Petersen was governor. At an early stage he received a report (377/04) spelling out the possible reasons behind this increase. He in turn did nothing. I spent six months fighting to extract this secret document from UN in New York. It is scantily worded and all names are erased. But with some effort and the brave support from scouts in Kosovo the story can be reconstructed.

The airport needs a manager for Human Resources. According to UN rules the vacancy must be publicly announced. The British director Ioan Woollett, however, prefers to engage an acquaintance, let’s call him Smith. A feverish activity starts. During the summer of 2004 Smith employs on average three persons a day. Some of them do not know English, lack all kind of education but are supposed to strengthen the finance department. Strikingly beautiful women, witnesses report. In fact, some of them won beauty contests.

AFTER FOUR MONTHS the number of staff has been doubled, from 235 to 486 persons. That’s about 200 more than needed. By then Mr. Smith has already left Kosovo (to serve the world community in Sudan). Mr. Woollett later escaped from the UN state. Nobody knows how much money these two men managed to export but it should amount to hundreds of thousands of euros. The bribe fee to get employed at the airport varied between one and three thousand euros. But attractive women could pay by providing Mr. Wollett with ”intimate services”, according to sources in Pristina. Apart from the two Brits around ten local employees were involved in this trade.

Let’s look at the stakes. Next to ethnic hatred, corruption is Kosovos biggest problem. It drains the economy and dilutes justice. But a handful of brave individuals chose to do exactly what the UN have told them to. They defy clan culture (”never tell on your kinsman”) and take big risks by agreeing to give evidence to the investigators. (One person has been murdered in connection with this bribery business. The kind of risks the used women are running I need not tell.) They deserve all admiration and support.

But what a misunderstanding. It seems the villains are the ones enjoying protection by the UN.

You have to say that the persons who put their trust in the UN learned a lesson they will never forget.

WHAT WAS TO BE FOUND on the other scale? Was Jessen-Petersen and his staff threatened by the mafia? At least that would have been dramatic. But Im afraid something much pettier was at stake.
Jessen-Petersen was the fifth governor of Kosovo in as many years.
(It is incomprehensible, but apparently the UN believes that the building of a state can be entrusted to temporary deputies.) How does a foreign governor reason with himself knowing that he will stay maybe for a year and a half as he already aims for more honourable assignments? Does he call people to account for their actions when necessary, does he sack corrupt colleagues who might have powerful friends in New York? Does he risk negative exposure in the press? Or is it better to report about progress?

In the spring of 2005, after about six months in Kosovo, Jessen-Petersen aspires to be appointed head of UNHCR, the most prominent defender of refugee rights. That spring Jessen-Petersen rejects all eleven proposals from UNs own audit institution OIOS to deal with the corruption. (Proposal nine, as an example, states that employment should be based on formal merits.)

His report to the UN Security Council the same summer has very little to do with the actual situation in the province. But as a promotional document for Mr. Peterson himself it is a masterpiece.
Maciej Zaremba, Translated by Oliver Grassman, maciej.zaremba,.translated.by.oliver.grassman@dn.se
Notes:
Mr. Bajrami and Mr Smith are reality is called something else.
The OIOS report on Airport Pristina is called OIOS A 60/720 and can be read at
http://www.un.org/Depts/oios/otheroiosreports.htm

Soren Jessen Petersen’s report to the Security Council is no S/2005/335
http://www.securitycouncilreport.org/site/

Albin Kurti’s organization Vetëvendosje has an English website: http://www.vetevendosje.org
In February Albin Kurti called upon a demonstration against UN that ended in violence. Some eighty persons were wounded, two protesters were killed from rubber bullets unskilfully fired by Rumanian UN police. Now, June 2007, Albin Kurti is in custody suspected of instigating violent riots.

Part 2. The UN state and the seven robbers

ONE DAY IN DECEMBER the telephone in Mrs Hisari’s house was cut off. ”I guess you’ll have to pay the bill”, replies the man at the telephone company. ”But it isn’t my bill”, explains Mrs. Hisari. It’s Mr. Trutschler’s, the man who rented her house. Jo Trutschler, surely everybody knows who he is.

Yes, Mr. Jo Trutschler is a well-known person in Kosovo. He is the senior manager of the energy company KEK, which is the subject of many complaints for all too frequent power cuts. The telephone company contacts Mr. Trutschler. ”This is not my bill”, he says. ”But you have been living in Mrs Hisaris house and the calls were made to Germany”. ”I know nothing about that”. Trutschler does not concede even when he is confronted with the fact that the phone calls were made to his own home number in Bochum. He is not going to pay, and thats the end of it!

MRS HISARI IS seventy years old, a widow, and with no income. I have not been able to determine the exact salary of Jo Trutschler at the time of this event, but it is around 20,000 euros a month. Donor money. The Swedish aid agency, SIDA, supports the company where he is chairman of the board, the European Union pays his salary, and all this under the mandate of the UN, who came to Kosovo to guarantee justice, security and human rights.

So Mrs Hisari does not give up. She writes to UNMIK. So sorry, replies UNMIK, but we are not responsible for what our staff does in private. Then Mrs Hisari files a complaint against the German at the local court in Pristina. She does not have much of a choice since the bill is for DM 6,900, about one and a half annual Albanian salary.

Alas, answers the court, our jurisdiction does not cover Mr. Trutschler. You see he is working for the UN and thus enjoys immunity in Kosovo. So he can escape justice and run away from un-paid bills? Yes, so it seems…well, actually his immunity can be lifted. By Kofi Annan. But, seriously Mrs Hisari, you can’t expect us to bother him with a little bill?

This incident took place in 2001. Six years later the UN is about to leave Kosovo. Their mission to build a law-abiding state is considered more or less accomplished. Kofi Annan has finished his mandate. Mrs Hisaris phone is still dead. Her firm belief nowadays is that the UN is a gang of robbers.

I HAVE COME to know that Mrs. Hisari shares her experience with too many others. This could explain why youngsters cordon off the UN Headquarters building with a ribbon that says ”Crime scene – do not trespass”. The source of their bitterness I intend to describe in my next article. But first, let’s follow Mr. Trutschler a few more steps along the way.

There are a few UN bosses above him. The vice-governor of Kosovo, Andy Bearpark, is one of them. Doesn’t he care about the UN’s reputation? When the German brings shame on the mission (Hisari’s bill is a serial in the press) why doesn’t the UN just tell him to pay? Or reconsider if he is the right person to handle billions of aid money?

Yes, why? With hindsight you feel that this question should have been answered by a prosecutor. As a matter of fact, two years later Mr. Trutschler leaves Kosovo. And with him 4,3 million dollars, transferred to his mailbox company in Gibraltar.

When the UN auditors in New York (OIOS) try to reconstruct what actually happened they find out that the man who managed the most crisis- ridden company in Kosovo for two years lacked all qualifications for the task. His CV was forged. He wasn’t an engineer, or an economist. He had not studied in Boston or in Florida and he never took a doctor’s degree in Aachen. He did not have ten years of relevant business experience. (How could he possibly have managed all of that at the age of just 33?). In reality Jo Trutschler was a German small-time swindler with a couple of mailbox companies.

IF YOU WANT to understand why Kosovo, after almost eight years of UN-rule and some ten billions in aid money, remains in such a bad shape you should study the Trutschler affair in detail. How did he get the job? The OIOS discovers that nobody double-checked his CV. Why not? The OIOS does not answer that question.

On the other hand UN auditors discover that Trutschler paid a good round sum of money to his successor. Money that the UN man from Canada accepted. He has no explanation to this peculiar transaction. It was a private gift, he answers when the auditors suddenly begin to ask questions. Really, 200.000 dollars, for nothing? ”Well no, as a matter of fact, Mr. Trutschler loved my daughter’s voice. This was a contribution to her singing career.”

Let’s stop the film for a while. The UN has not yet caught Mr Trutschler the thief. but has already recruited another unbelievable person in his place. Is this pure coincidence?

WHEN THE UN auditors draw their conclusions they borrow an expression from James Bond. UNMIK had equipped Trutschler with a licence to steal”, they write. All normal scrutiny was disabled and the audit was a joke. High officials were vested with virtually unchecked authority, but were never called to account for their actions.

The diagnosis published in 2003 was alarming and was confirmed soon thereafter. Without ado the persons who employed Trutschler were able to leave the UN country with excellent recommendations and a considerable fortune in their pockets. Vice-Governor Andy Bearpark, who never took action against the German, was even entrusted with the reconstruction of Iraq.

Not even Jo Trutschler was brought to justice in Kosovo. That he was punished at all was pure coincidence. Justice in Germany got their claws into Trutschler when they discovered that he purported to be a doctor! A German doctor! For that foul deed and for other cases of criminal deception he got 42 months in prison.

UNMIK was also tried in the verdict. ”The clear lack of control mechanisms” it says, makes it easy for people without specific qualifications to get positions they would not have been able to find elsewhere. It is often enough to know someone who knows someone else, and so on…” So, considering that an open box of treasure makes the thief bolder, the court deliberated upon a verdict somewhat more lenient for Trutschler.

”Those who do not leave Kosovo with their pockets full of money are either dumb or saints” says Y.
”Kosovo is a rubbish heap for lethargic politicians and an El Dorado for thieves” says X. Some steal openly, impudent as children. Soon they will probably pull their trousers down and defecate in the street” says N.
”I have participated in quite a few UN missions but none as rotten as this one” says Z.

These four individuals come from different countries and have (or had) central positions in UNMIK. But no one had a better insight than Marie Fucci, in 2003-2004 head of the Kosovo Trust Agency, the umbrella organization responsible for public and socially owned enterprises.

The man in the street is worse off today than when the UN or the Western diplomats arrived, bringing amounts of money hitherto in Kosovo,” Fucci says.

”The beneficiaries of donor support, who should have been the population, were instead the local mafias, some in local government, and cowardly and incompetent international administrators, who never ran anything in their lives but scared.”

LARGE SUMS OF taxpayers’ money have been wasted on activities that have nothing to do with re-invigorating the Kosovar economy but with lining the pockets of the nomenclature of Kosovo and the UN, Fucci maintains.

She re-calls that half her working days were spent dealing with anti-corruption agencies, most of them not too competent either.” Until she became persona non grata.

Marie Fucci blames the UN, but adds that it was not the only agency responsible. ”If it weren’t for the large flow of money from donors like the EU and USAID, financed by their countries’ tax-payers with minimal accountability, much of the corruption would not have been possible.”

”Corruption” is a relative concept. It was not until I had really dug deep into some real cases that I began to understand the depth of the damage. I cannot depict this understanding by stapling adjectives. So please be patient. Here comes The tale of the seven robbers or as many methods to plunder Kosovo. Some are well known, others I have tracked down myself.

The first profiteer we will call Bo Olsson. He is of the modest kind and frequently found. In his native country, he was perhaps an ordinary office clerk. In Kosovo he emerges as an international top consultant at the telephone company PTK. As a matter of fact the position should have been publicly announced. ”But I knew an Albanian in Bangkok who knew the Austrian boss in Pristina”, explains Bo Olsson. And what did he do in Kosovo? ”Gave advise on how to organize and then I helped formulating some job vacancies.”

”HE WAS NOT worth even a third of his salary” they tell me at his work place. Thats for sure. His salary was some 11,000 euros a month. How, could you guess? Oh, yes. It was determined by marauder number two:

Her name is Lema Xheme. She belongs to the category of local talents who have been appointed company managers by UNMIK. Since she is Albanian her salary as manager is set according to local level, 1,000 euros a month, but nothing prevents her from hiring personal advisers” from abroad at ten times that amount. She brings in half a dozen, says Olsson. Dear reader, you have most probably already seen through the plan. Correct: When Mrs Xheme and Mr. Olsson both end up in custody (on suspicion of corruption) she can deposit a bail of fifty thousand euros, but he can’t.

How many Olssons are there in Kosovo? Inga-Britt Ahlenius, head of the UN audit in New York, has investigated the UNs methods of hiring staff. Between the years 2003 and 2005 there were 403,792 applications for 1,758 positions in the UN. This means 229 applicants per job. According to UN regulations the candidate’s abilities shall be tested in stages. A very detailed study of the UN mission in Uganda shows that six out of ten vacancies are filled up the Bo Olsson way: the person gets the job by knowing someone, with no double check on formal merits and without the vacancy having been announced.

The third kind of marauder is related to the previous two but is more impudent. More environmentally adapted, you could say. His name is Gavin Jeffery and he is the managing director of the same phone company PTK. Bypassing the finance manager without further ado he engages an acquaintance from London. The latter stays for nine months, mostly plays poker on the internet according to his colleagues, and enjoys 16,000 euros a month, plus an office car, plus – yes, it’s true – an extra sum to be able to rent a car during weekends! (I did not think this was true until I saw the contract with my own eyes). Is it rude of me to remind you that the budget this money comes from is also the source for supporting the one million Kosovans living on less than 78 cents a day?

The fourth kind of marauder goes for larger preys so he is willing to run some risks. Like the Briton Roger Reynolds, another UN boss within the same company PTK. He finds a partner called Norway Invest and pays three hundred thousand euros up front to its owner Owe Johansen for a promised contract. A contract that could be worth up to ten million& It is said that Norway Invest will extend the emergency phone network. Thereafter Reynolds says thank you UN for the confidence placed in me and goes on to work for the Norwegian company where he enjoys a salary of 20,000 euros a month – of Kosovo money appropriated by himself.

HEY! CAN YOU REALLY DO THAT? the Kosovo press clamours. Oh yes, it is perfectly all right, says Vice-Governor Andy Bearpark. There is no conflict of interest in this.

NOW MIGHT BE the be time to cheer you up a bit: Not everything is black in Kosovo. Even in the most evil tales there are good fairies. In Kosovo the fairies speak Italian and drive Alfa Romeos. And what luck, they actually arrive in time. One morning two black cars halt at Norway Invest and eight sad individuals step out. They (policemen from Guardia di Financa) need an hour or so to find out that this director Johansen, who for more than a year has been negotiating a gigantic contract with the UN, is not even allowed to run a sausage stall in Norway. He is a criminal, is not allowed to run a business, with liabilities of more than one hundred thousand euros and a little asset of three euros. Exit Johansen. But Kosovo never recovers the three hundred thousand.

When corruption is the size of six digits (in euros) it is local. When it grows to seven digits then the UN is involved” claims Albin Kurti, leader of the youth movement Vetëvendosje, who threatens to run the UN out of Kosovo.

Unfortunately he is right. As an example: for the assignment to improve the miserable energy supply in Kosovo, the UN entrusts the Irish company ESB International. The electricity company KEK makes a loss of 70 million euros a year, delivers five to six power cuts a day and manages to charge for every second kilowatt only. The Irish stay for three years, collect some 10 million euros in consultancy fees and leave KEK in about the same shape as when they arrived. No, Kosovo cant complain. In the secret contract there was nothing about enhanced performance. ESB got paid for&being there.

This contract is disloyalty to principal” says a lawyer. The principal is the people of Kosovo, he claims. And the disloyalty is brought about by the United Nations, who forced this contract through and then prolonged it in spite of protests from the locals. My friend the lawyer is a melancholy man. In his dreams he sees two black Alfa Romeos outside the UN headquarters. But he knows that will not happen.

And, I think to myself, nor will the Icelandic Government ever be held responsible. The Icelanders are plundering the airport” warns a UN economist in a letter to OLAF (European Anti-fraud institute). Yes, they do, and with the silent consent of the UN bosses.

It is said that pure charity was the reason why ICAA (Icelandic Civil Aviation Authority) gracefully undertook to supervise Pristina airport.

Someone has to do that too. Kosovo is not formally a state and hence not allowed to run an international airport. Apart from lending its licence, the ICAA is contracted to polish the airport working routines, supervise the activities and upgrade the airfield, all to get it duly licensed. How kind, such solidarity… But after a while locals start asking why the benefactors never finish. How long can it take to put up a fence around the airport? Six months? After three years it still hasn’t been fixed.

What locals do not know is that the Icelanders have no reason to hurry. They have already cashed in close to 15 million euros in consultancy fees and daily allowances. And they will get more. (The amount corresponds to a quarter of the countrys health care budget). The secret contract between the UN and Iceland does not state any deadline for the ICAA. The contract is prolonged one year at a time. In addition, Iceland levies extra charges on procurements provided. Each time the airport orders a computer system or a consultancy work is arranged, an extra 15 percent rattles into the cash box in Reykjavik.

ONCE UPON A time the world was easier to understand. Italians were corrupt while Scandinavians stood for honesty. But in Kosovo, ”the Viking mafia” is a concept that stands for Danish, Norwegian and Icelandic profiteers. And local Kosovans pray to Allah that some day the incorruptible Italians will catch them.

The most prominent marauder in Kosovo’s black tale is also not the one it should be. It is a democratic state, France, under the socialist leader Lionel Jospin.

In the summer of 1999, as soon as it is clear that the UN will intervene in Kosovo and that a French minister (Bernard Kouchner) will head the mission, the French government sets up a special commission, Mission interministérielle pour lEurope du Sud-Est (MIESE). Mission: to avoid a repetition of Bosnia. In those days French aid amounted to 17 percent of the total assistance, with only five percent returned in the form of contracts for French companies. This time, money shall be made to flow the other way.

France will give with one hand and take back with the other”, the commission determines. But there is no time to lose, you have to be the first to arrive at these ”bingo markets” where ”everything is excessively priced because of the emergency.”

With the blessing of the French Government, the big companies are allowed to dress up their officers in the reserve as KFOR soldiers with the straight forward purpose of fencing in areas of interest and establishing ”informal contacts”. You have to build good-will, so don’t hesitate to give a humanitarian helping hand once in a while. Yes, that is what is written. ”Pour se faire une place et jouer les éclaireurs, elles n’ont souvent pas hésité à donner un coup de main humanitaire.” Makes you envy the clarity of the French language.

MIESE makes sure that all available channels are exploited within the UN, EU and the World Bank, so that the mission will favour French companies. It is about formulating the procurement needs the correct way. (Unlike in Bosnia where UN launched a tender for mine clearance with dogs, not considering that the French military does not use dogs!)

And look! What a fantastic success! After three years France is in 13th place as donor country (far after Sweden) but has won more than 30 percent of the UNMIK contracts. Lets look at an example of what they did.

When Bernard Kouchner lands in Kosovo in the summer of 1999 there is no mobile telecommunication. German Siemens and French Alcatel submit one offer each. A panel of local experts select Siemens. The offer is the cheapest and it is not colonial. At a fixed lump sum the Germans promise to build a network for Kosovo. The French offer says the network would remain French property and the country code of Monaco would be utilized.

WHAT HAPPENS? Bernard Kouchner, Kosovos legislator, head of government and head of justice, all in one person, replaces the UNMIK director of post and telecommunications, an Albanian, with a certain Pascal Copin, who in turn awards the contract to Alcatel. It is the only feasible solution, claims Copin, because only Alcatel (in a collaboration with Monaco Telecom) can provide Kosovo, not a formal state, with a country code.

Result: Seven years later Kosovo boasts the worst and most expensive telephone system in the region, concludes the European Council. Yet every time a Kosovan lifts the receiver, money rattles into French and Monegasque bank accounts, and we are not talking about small money. Close to a hundred million euros over the years, more than Swedens annual aid to Kosovo.

Well paid, you must admit, for lending a country code (0377) and for some ancillary services. But why, a naïve Swede might ask, he who thought he was helping Kosovo and not France, why couldn’t UN arrange a country code for Kosovo? When the ITU, which issues country codes, is a UN organ? Kosovans were the first to ask this question. In 2002 they got the answer. They found a letter from UN man Copin to the ITU board. In the letter he asks ITU not to issue a country code for Kosovo.

BEDRI RAMA, at the time head of PTK, wrote an open letter to the UN. How am I going to explain to aid organizations that donate money for the basic needs of Kosovo that Kosovo assets at the same time disappear to Monaco? he asked.

”How can we explain this to different donors from whom we are seeking help for the elementary things in Kosovo’s everyday life? How can we explain this to pensioners, to the many unemployed, to teachers, to professors and to our doctors who live on the edge of existence?”

An impossible question. If someone thinks that the corruption in Kosovo has grown to bizarre proportions, he should bear in mind that the human being is an animal that adapts to its environment. These Trutschlers and Johansens would not have been able to carry on the way they did unless the UN had created an adequate biotope. Because in Kosovo they were privileged in a way that not even monarchs of the Middle Ages could have dreamt about. This is the theme of the next article.
Maciej Zaremba, Translated by Oliver Grassman, maciej.zaremba,.translated.by.oliver.grassman@dn.se
Mrs Hisari and Mr Bo Olsson in reality are called something else.
OIOS reports can be read on http://www.un.org/Depts/oios/otheroiosreports.htm
The analysis of the Trutschler case is number A58/592, the report on employment procedures is called AP2005-600-18.

The Ombudsperson reports can be found on http://www.ombudspersonkosovo.org

Information about French MIESE can be found in the French magazine L’expansion
http://www.lexpansion.com/art/134.0.125047.1.html
and in the government report “Les acteurs francais dans le ‘post conflict’”
http://www.hcci.gouv.fr/travail/avis/post-conflit-crise.html
Information about Kosovo on UNMIK’s website: http://www.unmikonline.org

The currency in the UN-protectorate is euro.
Part 3. Complain in Azerbaijan
Kosovo reminds you of Sweden in so far as guests remove their shoes. Shoes that are taken care of by the hostess and brought to you again when it is time to leave.

THE CUSTOM FROM the peasant country fits well in the capital of Kosovo. To get to Mrs Xhezide Zogjani you have to wade through mud, waste oil and kitchen refuse. If you’re not careful you can disappear down a sewer. (A sewer lid weighs some 20 kilos and scrap iron is the main export product). Safely arrived at Mrs Zogjani’s in the range of concrete houses, the parquetry floor is well polished, the tablecloths dazzlingly white and napkins starched. And lemonade.

Xhezide Zogjani remembers very well the tall Swedish woman from SIDA, who during April 2003 taught all the women at the railway about their rights. That their rights were of equal value to those of men because Kosovo had now become a UN state with law, justice and equal treatment. Mrs Zogjani was very happy with the Swedish woman’s lessons.

Shortly thereafter she was dismissed, after 29 years at the railway. The company needed slimming. But why her? ”Look here,” Zogjani shows a diploma for ”particularly deserving worker”. But she was the only woman in her department. And in the other departments it was the same. Inexperienced men could stay while well-merited women were sacked. That’s how 19 women at UNMIK Railways realized that they were being discriminated. Watch out SIDA, here comes the receipt for the assistance work: They join forces and demand to have their dismissals tried in court.

THEY ARE TURNED DOWN. They find out that if they had been discriminated by a private company the court could examine their complaint. But, alas, the railway is part of the UN: It’s UNMIK Railways. And the UN, informs the court, enjoys legal immunity in Kosovo. So you cannot question the decision. It is irrevocable.

Xhezide Zogjani did not believe her ears, she says. She had just been taught by the UN that she should not accept to be discriminated. Also that ”in the determination of his civil rights and obligations (…), everyone is entitled to a fair (…) hearing within a reasonable time by an independent and impartial tribunal…” Now she learnt that the principles that UN teaches are valid for everybody – except the UN itself! Could this really be true?

Yes, it is true. It’s unbelievable, devastating for the UN mission in Kosovo, but perfectly true. There are only two places in Europe where citizens cannot claim their rights either locally or in court in Strasbourg: Belarus is the first, the UN state Kosovo is the second.

Before we try to understand how it came to be this way, let’s first try to experience how it feels.

THERE ARE 17,000 SOLDIERS in the Kosovo Forces (KFOR). They are run by NATO which in turn operates under the UN umbrella. So it happens one day that the soldiers catch sight of a suspicious car. Maybe there is cocaine hidden inside or is it stolen? They bring it in for investigation. No, it turns out to be clean. But when the owner, lets call him Paloka, shows up to get his car at KFOR it is gone. Yes, it seems it has been stolen, comment the soldiers who might be from Azerbaijan. ”Bad luck, friend.” Compensation? No, there is no use in complaining at the UN, they are not responsible for the military. And forget NATO, they do not answer for the national units. So where shall Paloka turn to claim his right? To the Department of Defence in Azerbaijan. Unless the responsible officer that night was from Turkey. Then it’s Ankara. Good luck!

KFOR is made up of units from 36 countries, among them Rumania, Morocco and Mongolia. I leave the rest to the reader’s fantasy.

I have not spoken to Mr. Paloka, so we can just imagine how he felt. But I have met the customs official Bedri Shabani. It is heart-piercing to listen to this huge man telling his tale with the intonation of a child who has lost its faith.

Bedri Shabani did exactly what the UN wants Kosovans to do. He broke the Albanian pattern. When he discovered that several of his bosses within the Customs Service had been bribed by smugglers, he collected evidence and went to the UN police. ”I had five kilos of documents.” Time passed, nothing happened. Then he turned to the press. This was brave, close to stupid, because in Kosovo you can get shot for less. But look – a breakthrough! The head of Customs is arrested! But released shortly thereafter – by order of a UN judge. The Albanian prosecutor protested, saying he had been run over, and accused the UN of sabotaging justice. But people in the streets shrugged their shoulders. They had recognized the Albanian pattern.

BY COINCIDENCE IT SO HAPPENED that Kosovo’s governor at the time, the German diplomat Michael Steiner, was intimate with a daughter of one of the Customs bosses, himself the best friend of the arrested. No harm in love you may think (they married later). But to whom shall Bedri Shabani complain now, when his governor made himself challengeable? He writes to Kofi Annan. He shows me the letter. It’s like in the fairy tales. The confiding subject carries his complaint about the governor to the Emperor and in simple words asks him to do justice.

So far it wasn’t a catastrophe perhaps. We cannot know who had done wrong. It is not until this moment that the inconceivable happens. Shabani is sacked from Customs. It was an unforgivable breach of duty, the UN claims, to write to Kofi Annan. Not at all, retorts the court in Pristina where Shabani appealed. Kofi Annan exerts supreme power over Kosovo and you can complain to him, Shabani used his freedom of expression. The dismissal is void.

ENCOURAGING, ISN’T IT? First Shabani, father of six who risks his life, and then these Albanian lawyers who have studied their human rights. You are almost led to believe that the UN had started to make progress.

I would rather not have had to summarize UNMIK’s reaction to the verdict. The most adequate is: Take your human rights and shove them up your ass! We do as we wish here.

Too crude? Well, put it this way then: Three years have passed since the court declared the dismissal of Shabani illegal. But he is still out of work. The head of UNMIK Customs refuses to obey the court that the UN has appointed and that passes verdicts based on UN legislation. And there is nobody who can force him.

I AM TELLING THIS STORY in such detail because it is typical. There are thousands of Zogjanis and Shabanis in Kosovo to whom the UN represents lawlessness and lost illusions. If you want to understand how it could go this far you should look up a white house with a Swedish sign-board on the roof. ”Was ist das?” you ask your driver. ”Das ist Hilfe!” he shines up. (What is that? It means help!)

As a Swede your heart warms up. ”Ombudsperson” it says. (”Ombudsman” was too male for the UN, they stick to zero tolerance when it comes to sign-boards.) The ”Ombudsman”, which we shall insist on calling him, copied from the Swedish institution Solicitor-General, is the only institution in Kosovo where citizens can file their complaints against the authorities. Through the years thousands have done so. All of them got answers and some were proven right. But the most humiliated victims the Ombudsman could not help.

Marek Antoni Nowicki, an international lawyer with roots in the Polish human rights movement, claims to understand the bitterness towards the UN after working five years as Ombudsman in Kosovo. ”It shows clearly in my reports.” In these reports we can read that in Kosovo the UN itself is behind most crimes against human rights. But against the UN itself there is no justice to be had.

”From a legal point of view Kosovo is the black hole of Europe”, says Nowicki. ”Or like a novel by Kafka. The UN arrives to defend human rights – and at the same time deprives people of all legal means to claim these rights”.

THE DEPRIVATION TOOK PLACE on the 18th of August 2000. That day the UN Governor accorded legal immunity (also retroactive) to the mission. All UN institutions in Kosovo, including their employees, and their soldiers, all in all maybe 60,000 persons, were placed above the law. They could not be sued, prosecuted, arrested or even interrogated by a local legal body – or by any other body for that matter (except soldiers who could be prosecuted by their respective governments). Only in cases where UN staff committed a serious crime could the immunity be lifted – by Kofi Annan alone.

Nowicki says that the decision was illegal, illogic and fateful. Illegal because it was violating the European Convention on Human Rights. ”There is no right to a  fair hearing” – article 6- if those in power are above the law.” Illogic because the aim of the immunity was to protect UN-people from intoxicated policemen in Afghanistan or Islamic courts in Sudan. But in Kosovo? There the UN represents the one and only power. They manage the police, they write the laws and they appoint judges. ”What actually happened in Kosovo was that the supreme power made itself immune to itself. It no longer had to follow its own laws”.

I ask Nowicki if the UN maybe thought all UN-workers were angels. The immunity not only rendered the Kosovans impotent, it also got in the way of UNMIK’s attempts to shape up their own staff. ”I do not think they thought much at all,” answers Nowicki.

Consequently I ask Hans Corell how he thought. In those days he was UN’s chief of justice in New York, he approved the immunity. Was it really wise to make UN Customs and all other institutions immune to the UN justice?

HANS CORELL SOUNDS AMAZED. ”What are you saying! Of course not.” Such an interpretation, says Corell, is abusing the immunity. It is not even meant to protect a policeman driving drunk as driving drunk is not part of the mission. So what does he have to say about the director (my previous article) who ran away unpunished from his telephone bill? ”That was not at all the way the immunity was supposed to be applied!”

No, evidently not. But that is the way it was applied, clearly demonstrated in the reports from the Ombudsman. The power put itself beyond reach of justice. It should be an urgent task for UN lawyers to find out how this twisted interpretation came about.

In the seventies some social experiments in USA and Italy (Milgram, Zimbardo) were carried out to see what happens to people when they are granted unrestricted power over others. Some had to be interrupted – it got too horrid. You could say that Kosovo is such an experiment, unconscientiously irresponsible but full-scale. What effect it had on the Kosovans can be deduced from the number of burnt out UN cars. But what does it tell us about us, about our democracies?

THAT THEY ARE VERY BRITTLE, I’m afraid. That perhaps they are less built on the conviction in every man’s heart and much more on the behaviour of the flock, the institutions and the fear of sanctions. When immunity lifted the risk of sanctions, when pressure from the flock was weakened, far away in the Balkans, it took only a few months for reliable democrats from Copenhagen and Paris to throw away their principles, one after the other: Habeas corpus, (no one shall be imprisoned without verdict), the independence of the judges, equality before the law.

The Kosovans were not particularly law-abiding in 1999, but they did not get any nicer by being treated like Hottentots during seven years. Show me a Swede that would accept to abide by laws only available in French. Look at the level of colonial arrogance: In Kosovo, where one in five does not know how to read, where there are power cuts all the time, the UN make some of their laws available only in English. Or only on the internet. If a court protests it’s of little avail, because in UN land, judges are subordinated to the governor, who removes them if he wants to and ignores verdicts when it suits him.

A famous gangster is arrested. But he is popular, regarded as a freedom hero by some. Unpleasant, there could be protests… So UNMIK orders the prosecutor to release the culprit. It would not have been possible in Hungary, but in Kosovo it is possible. Or the other way around: A court (with international UN prosecutors) decides to release an arrested person for lack of evidence. But the governor wants him behind bars, (maybe a wish from the CIA?). So he orders the prison wards to disregard the court order. It would not have been possible in India, but under the UN umbrella it is possible. It is called ”executive orders” to keep people locked up without trial and without the right to appeal.

IN NOVEMBER 2005 Alvaro Gil-Robles from the Commission for Human Rights of the European Council sounded the alarm bells in Le Monde. Could it possibly be the case that there is a Guantanamo in Europe? Si senor, there is. Its name is Bondsteel, an American military base on the border to Macedonia, where prisoners in orange coloured overalls just like in Cuba are kept for an indefinite period, without trial, lawyer or verdict. Because the UN Governor believes they might be terrorists. The Ombudsperson Nowicki, like Amnesty and others, moved heaven and earth in protest against these encroachments. But where could they complain? Above George Bush there is at least the Supreme Court. Above the UN Governor there is nothing.

”Is this what you mean by all people having equal value?” Fatmir in Pristina asks. On the photo you can see men leaving a building. ”Those are judges” Fatmir explains, ”they just convicted a mafia boss. Very unusual in Kosovo and a health hazard. Look! The one to the left is a Briton, surrounded by his bodyguards. They follow him to the car which is bullet proof. They will keep watch over him even when he sleeps. The Briton earns thirty times more than the two to the right, local judges. They take the biggest risks, they have their families here. But they are left without protection.”

WHAT CAN I SAY but gnash my teeth? Of all the mistakes made by the UN the most unforgivable is that the few people standing up to fight corruption and mafia have been totally let down. ”UN betrayed many of the brightest, most idealistic people in Kosovo in favour of the most thuggish” write two former UN workers, Whit Mason and Ian King. ”The use of arbitrary detentions by the executive and the rejection of lawful court orders set a precedent that the UN may come to deeply regret because such moves undermine the democratic objective of developing an independent and strong judiciary”, writes the Canadian judge David Marshall, who was a Kosovo observer on behalf of OSCE.

How come so little of all of this has been written about during seven long years? A possible answer could be that it has taken me almost six months to collect reliable information for these articles.

HOW DO YOU GO ABOUT finding out what the ”Claims Office” in Pristina actually deals with? They say it is a place where Kosovans can lodge their complaints if a UN car crashes into theirs. How many complain? How are they received? You report to a guard at the UN headquarters outside town. The place is crowded with five young people dressed in blue UNMIK t-shirts. Maybe they used to study medicine or economy, now they are guards for the UN at triple the salary of a university professor. No, Im not allowed inside. So I call the boss of this claims office. She directs me to her boss, but that person is not allowed to talk to the press either. He directs me to the UNMIK press office.

It is about five kilometres away. It says that the office is manned seven days a week, but nobody opens a Tuesday afternoon at three oclock. I call the five different numbers posted on the door, no answer. I walk to an internet café, wait for the power to come back and send an email to a certain Gyorgy Kakuk, on top of the list. After two days, still no answer. I bang the door again and – lo and behold – a human being!  Hi, Im Jeff Bieley”, says the American while waiving to a bowing native to put his lunch tray on the table.

No, UN has not received a letter from Dagens Nyheter. ”Did you write to Mr Kakuk? Ha, ha, he quit ages ago. What are you saying, is he put as person in charge?”

No, Mr Bieley cannot put me in contact with the Claims Office. I am allowed to put some questions to him and the answers will be channelled through him. It will take a week, maximum. And questions for clarification? Three days, no more. ”How long are you staying in Kosovo?”

Out of the 6,000 UN officers (international and locals) there are only three who are allowed to talk to the press, explains Jeff Bieley. All the others go through him. OK, I say, here are my questions. ”No, you have to send your questions by email”. In Kosovo, where half the population enjoys only three hours of power per day? Mr. Bieley shrugs his shoulders indicating that the meeting is over.

I SENT MY QUESTIONS to bieley@un.org on the 24th of October last year. Im still waiting for a reply.

It could be that the UN lawyers did not understand what they did when they subdued Kosovo courts and muzzled their own people. But others understood better. After seven years of experimenting, Kosovo is the European centre for women and drugs trafficking.

So think of that when you see this Balkan people on TV, throwing stones, burning UN cars and carrying on. New York will inform you that they were offered the best of Western democracy, but they were not clever enough to receive it.

Its not true. They were offered scrapings. Why this happened I will try to understand in the final article.
Maciej Zaremba, Translated by Oliver Grassman, maciej.zaremba,.translated.by.oliver.grassman@dn.se
Literature:
Ian King, Whit Mason: Peace at any price – How the world failed Kosovo. Cornell University Press, 2006
David Marshall, Shelley Inglis: The Disempowerment of Human Rights-Based Justice in the United Nations Mission in Kosovo. Harvard human rights journal, spring 2003.
Reports from the Ombudsperson can be read at http://www.ombudspersonkosovo.org
Mr Paloka and Fatmir are made up names.

Milgram’s experiment (1961) allowed the subjects to punish ”students” with electrical shocks when they answered a question wrongly. If the electricity had been on, some of the shocks would have been lethal.
Zimbardo’s experiment (1971) was a game of roles where some of the subjects were made to act prison guards over the others. The experiment had to be abandoned because of the unexpected brutality the first group showed.
Part 4. Prowess, courage and plastic socks
”It became hard to focus”, says Micke. But what did he feel? ”It s a terrible thing to say – but there were no positive thoughts.”

NOT UNTIL HE STARTS describing how he and the other soldiers started thanking each other for what they had been through do I realize what he is trying to tell me. Negative thoughts to this sergeant from Gotland means they would not survive the night. ”Hard to focus” means ”scared to death”. But he does not express himself that way. In Mickes vocabulary you dont even walk. You regroup.

Micke has participated in the battle of Caglavica, which took place on the 17th of March 2004. I guess the reader never heard about it. Nor had I until I came to Kosovo.
Strange, because realizing what was at stake it must have been Sweden’s most important armed intervention since maybe a hundred years. And even more remarkable since it was carried out by bakers, carpenters and other voluntaries, that day under the command of an officer who did not obey orders.

That is already reason enough to tell this story. There are more: On that same day the UN-led peace keeping forces met with the biggest rebuff since Srebrenica. In the presence of 17,000 NATO troops and 4,000 UN police Albanian hooligans fell upon their minorities. 900 people were wounded, 19 died, some thirty churches were destroyed, 700 houses burnt down, 4,500 put to flight.

”I do not understand this”, says Hans Håkansson, lieutenant-colonel from Gotland. ”To defend the monastery in Prizren – it must be a soldier’s wet dream! Ravines on all sides, a river, one small narrow bridge. Give me twenty men and I will hold it against a thousand. So, what happened?”

YES, WHAT HAPPENED? When two hundred Albanian extremists, armed with Molotov cocktails reached the 16th century monastery they sent out a negotiator with a white flag. He informed the German KFOR soldiers that not a hair would be touched on their helmets if only they moved aside and let them burn in peace. If they remained in place they would face death. So, the Germans rolled away their armoured vehicles and then watched the monastery burning from afar.

”They obeyed their orders” explained their general, Holger Kammerhoff. According to ”Rules of engagement”, which everybody carried a copy of in his pocket, they were supposed to protect lives. But there was no mention if they were allowed to use force to protect a building. Result: At the end of the day no German soldier had suffered the tiniest scratch. But most of what they were supposed to protect was burnt to the ground.
The same thing happened to what was under French protection: the monastery in Drenica and all the Serb houses in Svinjare.

That day Hans Håkansson had 700 men under his command. Mostly Swedes, but also Czech, Finnish, Slovak and Irish troops. They mobilized in such a hurry that they forgot to bring both maps and water. Thousands of Albanians were on the march towards the Serb enclaves Caglavica and Gracanica with its famous monastery. They carried iron bars, stones, some weapons, and rugs drenched in petrol rapped around long poles. (Thats the way you burn down houses in Kosovo. Smash the window and set fire.)

Håkansson lined up his men outside the village, there was no other choice. They got the same proposal as the Germans. ”Get out of our way!” They answered no. Then they stood on line and held back. ”It was a medieval battle” an observer noted. Truncheon against pole and shield against steel chain, seven hundred against ten thousand who attacked in waves. For how long would they be able to stand their ground? Maybe an hour, thought Håkansson. You could forget about reinforcements because that day the whole of Kosovo was on fire. Soon the whole Swedish camp was empty of people. ”Everybody who could walk or crawl, people from the kitchen and from the repair shop who had never handled a truncheon before”. No one gave them orders, they came of their own accord. They fought for two hours, four, six…they could not drink, they fainted from dehydration, they wet themselves, they got arms and legs broken and heard bullets whistling above their heads. But they fought for eleven hours non-stop. Until darkness fell and the aggressors got tired.

THIRTY-FIVE SOLDIERS were wounded. But Caglavica was not burnt down. And the monastery in Gracanica is still standing. When Håkansson realized that they risked being outflanked he called on his radio: ”Defend monastery. Use deadly force if necessary”. Still he had the same manual in his pocket as the Germans in Prizren. Why did he do it?

Before Håkansson was sent to Kosovo he thought the Swedish Ministry of Foreign Affairs would educate him in the history of the province. When that did not happen he bought the books himself. So he knew, he says, that the monastery in Gracanica was a major Serb cultural symbol. If it was destroyed the whole of Serbia could get on its feet. And for that matter, says Håkansson, ”every order has its ”best before” date. Then you are left to make your own decisions.”

”It was Håkansson personally and his men who that day made the difference between right and wrong” says general Anders Brännström, who has been Håkansson’s superior in Kosovo. ”If he had put the safety of the soldiers first, as so many others did, Sweden would have had a new Srebrenica on its conscience.”

I AM DESCRIBING all of this in such detail because in the native press the Swedish efforts got less space than the naked behind of a someone on a reality show. I find it symptomatic of our times. Håkansson just thinks its odd. Maybe the general belief in Sweden is that ”UN soldiers distribute dolls to the kids and the rest is in support of gender equality. People probably get embarrassed from seeing us carrying arms.”

When NATO and independent institutes analyzed the debacle on the 17th of March it became clear that the most responsible action an officer could undertake was to break the rules. But that only Swedes and Italians did so.

All over Kosovo military officers discovered that they were not heading an army but something more resembling of a sanatorium on picnic. Each group of patients had its own pack of guidelines. Americans were not allowed to fight against civilians. Slovaks were not allowed to use truncheons. Germans were forbidden to cross the street, because that was the limit of their section. And so on…

THESE WERE CAVEATS, provisions each nation had put up as a condition for their participation in the mission. As a consequence of this most of the KFOR forces were useless when needed. Only 17 out of the 55 units were allowed to intervene in the event of riots. And there was not a single general in all of Kosovo who could keep track of what else they were forbidden to do. ”Some were probably not allowed to stay out after five, P.M.” a Swedish officer guesses.

You would like to think that a UN Mission is like a polar expedition: Clear goals, decisive leadership, adequate equipment, the most sought-after specialists dedicated to the task. You are in your right to expect this considering the sky-high salaries and that there are 229 applicants for each UN post. But the UN Mission in Kosovo has none of this. It cannot be compared to any other known phenomenon, but there is some resemblance to the health care centre in Sveg.

IN SVEG THEY change doctors once a week. In Kosovo soldiers are sent home once they learnt to find their way. Six months is the period of rotation and the same goes for UN police. The Governor is replaced once a year and most of the UN superiors about as often. But there ends the resemblance to Sveg. Because if a short-term doctor prescribes the wrong treatment he will be accountable to the Health Board. But a UN police throwing crime reports on the rubbish heap has nothing to fear. In UN there are no sanctions against breach of duty. The worst thing that can happen is that the contract isnt prolonged.

A British source tells about a closet at the UN police quarters filled to the ceiling with crime reports nobody has ever read. It sounds unbelievable but most crimes in Kosovo are not investigated. But then again why would the police investigate if they do not feel like it? Actually it is not such a stupid question. Like this one:

What is Mr. Bangura doing in Pristina? He teaches the Kosovans how to run a railway and is paid some 8,000 euros a month. Local railwaymen who are supposed to live on 150 feel a bit humiliated by the project, especially since Mr. Bangura knows nothing about railways. How could he? He is from Sierra Leone where the last train stopped in 1975. He is an expert in harbours.

Mr. Bhattacharya from Bangladesh, to the contrary, is expert in nothing. He is a parking guard, without a drivers license and speaks only Bengali, but he must have paid handsomely in Dhaka, because now he is a UN policeman. There are hundreds of them, incompetent people, within the UN police, within finance and even within the justice system. (How about an expert in riparian rights assigned to judge murder cases.) They often come from ”non-skiing nations”, UN slang for Africa and Asia.

No, its not a riddle how they ended up in Kosovo. Its the UN system. ”It is important to show that the whole world is taking responsibility” clarifies a diplomat. Right, some of them are useless, ”but quotation is the price we must pay for the legitimacy”.

Who are we? Kosovo was made to pay. Who seriously believes that a police force, drawn from 44 nations, of which one half is from semi-democratic states, of which one half is from dictatorships, of which one half does not understand what the others are saying, whereof one half are not even policemen, would risk their own lives to enforce law and order in a country that never had it?

THEY DIDNT. They looked on as mafia gangs infiltrated first the Kosovo institutions and then the UN Mission. (If there is an obvious conclusion to draw from this story it is that the UN needs its own police force, preferably highly paid crime experts from EU-countries, who could take to the field on short notice – and for which we would have to pay.)

If the reader feels that this article is about far away problems of no concern to him or her, let me inform you that it is today the Kosovo mafia deals in heroine in Kalmar and sex slaves in Oslo. And they are likely to sponsor the government in Pristina once the province gets its independence. And Kosovo is not to blame for this – we are responsible, we, who let it happen.

None of the seven Kosovo governors even tried to tackle the bands of gangsters in the province. The most powerful among them, with roots in the Kosovo Liberation Army, enjoyed close to immunity from the UN, who feared that otherwise they might cause unrest. Or even hurt the UN people. For the same reason the UN avoided to look for the guilty persons behind hundreds of murders of Serbs, Roma (and suspected collaborators) which happened in 1999.

It was a fateful appeasement policy. But not entirely incomprehensible once youve understood how the UN Mission is construed. To combat the organized crime would have required strategy, perseverance, courage and a spirit of self-sacrifice. Thats right, a mission, an inspired task. But the world community, in spite of its name, has no mission in Kosovo. Most of what it has are substitute UN bums, extremely well-paid but without any responsibility except for their own career and to whom Kosovo is just an episode. And the career is furthered if you can report stability and progress, not gunfire contests with the mafia or other upheaval. (Not to mention wounded UN policemen.)

THIS IS HOW it came about that seven different UN governors reported about stability and nothing but progress, only to eight years later leave behind a mafia-ridden province. (Which the EU now will take over). And the common Kosovo citizen watched and learnt. Oh yes, the UN principles were really fine but nobody dared to stand up in their defence when it got too trying. So much for principles.

Why do the Swedish contributions seem to shine so differently against this background? Is it the auditor Inga-Britt Ahlenius, who acts as if she were not in the Balkans? Who says no, the same demands should go here as in Stockholm. The lieutenant-colonel Håkansson, who fights for the Serbs as if they were from Gotland. And the Ombudsman, certainly a Pole, but so typically Swedish, stubbornly upholding the laws.

The military Camp Victoria outside Pristina is a Sweden in miniature. There is a church, a gym, a post-office, pancakes with jam and recycling. Outside Albanians throw most things in the ditch, but in here they stick to composting and
ISO 14000. ”Unfortunately”, says lieutenant-colonel Håkansson, (the fighter from Caglavica) ”in all of Kosovo there is no authorized way for recycling tyres”. So, what do you do? ”Ehmm…we…transport them to Sweden.”

PICTURING A TRUCK passing by thousands of rubbish heaps in Kosovo on its way to the authorized 2,000 kilometres away is so bizarre that its hardly possible to refrain from jeering. But I have to. In honor of Ahlenius, in honor of Håkansson and in honor also of sergeant Micke from Gotland, the guy who at the beginning of this article was prepared to die at Caglavica. He is back Kosovo, now as head of a search team looking for explosives and weapons. Now and then his group makes a ”hard entry”. It means that during the night they rush into a house through closed doors and windows. But if no dangers are lurking inside then it means deescalating. ”We ask for pardon, hang up our weapons, put on our shoe protectors and take photos of everything we damaged so people can claim compensation at Camp Victoria”.

”Shoe protectors? Youre joking.”

”Not at all. So we dont dirty the carpets. Like these…” He unloads the pockets of his fighter vest. Out come a torch, a compass, something lethal and at the bottom a couple of blue plastic socks.

SERGEANT MICKE tells me there have been incidents when people have had their doors kicked in and then invited them for coffee. Because of the plastic socks?

”Yes, we showed respect.”

”Use deadly force” on the one hand, plastic blue socks on the other. Respect. Could one venture to say that the UN has a lot to learn from these soldiers from Gotland? There is much to be said about these peculiar people in the Balkans, but they show a sympathetic medieval trait: They despise protectors who do not take themselves seriously. Like UNMIK, for example. But they respect adversaries who stand up for what they believe in. Like this Micke, for example.
Maciej Zaremba, Translated by Oliver Grassman, maciej.zaremba,.translated.by.oliver.grassman@dn.se
Footnote: Bangura and Bhattacharya are made up names.
Ian King, Whit Mason: Peace at any price – How the world failed Kosovo. Cornell University Press, 2006

Bernard Kouchner: Les guerriers de la paix, Grasset 2004
Tim Judah: Kosovo. War and revenge, Yale Univerity Press 2000

The best documentation on the events in March 2004 is  Collapse in Kosovo” by the International Crisis Group: http://www.crisisgroup.org/home/index.cfm?id=2627&1=1

Kristine Höglund: Sverige och krishantering. Erfarenheter från marsupploppen i Kosovo 2004. Internationella studier nr 1/2007.

After March 2004 national NATO-troops abolished most of the caveats. Håkansson and some twenty of his soldiers were rewarded by the Swedish army. Their commander Brännström got a NATO order of merit.

Hur Amerika förlorade erotiken

april 15, 2009

Hur Amerika förlorade erotiken
DN 961118

                FÖR EN MÅNAD sedan visste inte Jonathan Prevette vad ordet ”sex” betyder. Jag tror inte att han vet så noga nu heller, annat att det är någonting ohyggligt som småpojkar bär inom sig och som vuxna är mycket rädda för. Jonathan Prevette är den sjuårige amerikan från Nord-Carolina som blivit riksberömd sedan han under en lektion pussat en flicka och därefter tryckt sin kind mot hennes. Prevette blev därefter avstängd från skolfesten som bestraffning för ”sexuella trakasserier”. Att flickan sagt att hon önskat att bli pussad av Prevette lämnades utan avseende.

En vecka senare inträffade samma sak i New York. Denna gång blev den sexårige förövaren De’Andre Dearinge avstängd i en vecka och världsberömd (DN 4/10). Under den efterföljande debatten, som för en vecka ställde presidentkampanjen i skuggan, var det många som menade att skolorna löpt amok, men inte så få skribenter tog lärarna i försvar. De har ju inte fått tillräckligt detaljerade instruktioner om vad sextrakasserier går ut på. Nog var det fel att behandla förstaklassarna i samma kategori som liderliga direktörer, resonerade New York Times, men visst var deras beteende oacceptabelt!

Själv fäste jag mig mest vid den lag som skolmyndigheterna åberopat: ”Titel IX” i skollagen förbjuder könsdiskriminering inom skolväsendet. Jonathan Prevettes och De’Andre Dearinges brott bestod ytterst i att de vid pussandet vägleddes av föremålens kön (diskriminering). Det är oklart om lagen varit tillämplig ifall de valt att i stället pussa pojkar.

En vecka senare bevittnar jag San Franciscos (och världens) allra första Lesbian and Gay Dance Festival. I öppningsstycket eldar dansarna upp stjärnbaneret i protest mot de ”heterosexuellt-chauvinistiska” äktenskapslagarna. (Det är numera tillåtet att bränna fanan offentligt så länge sotet inte diskriminerar rökallergiker.) Jag inser att festivalen är lika mycket en ideologisk som en estetisk manifestation. Män dansar uteslutande med män och kvinnor med kvinnor. I ett långt och bitvis mycket njutbart stycke, ”The Evolution of Drama”, av Mercy Sidbury & Wild Goose Chase analyserar tre kvinnliga dansare människans könshistoria.

I BEGYNNELSEN var hon sinnlig men könlös och därför lycklig. Sedan uppstod mannen. Han började dominera de andra varelserna som därmed utvecklades till vad vi uppfattar som kvinnor. På detta vis, antyder koreografin, kom svartsjukan, våldet och andra olyckor in i världen.

I sista akten vänds emellertid mannens destruktiva karaktär mot honom själv. De könsbundna lidelserna gör honom förvirrad och svag och han avvisas slutgiltigt av den åter avkönade kvinnnan. Människan, (hon?) – är åter fri. Stormande applåder.

Jag vankar ut till bilen. Det är mörkt och det händer igen: handen som sökt växelspaken hamnar i askkoppen. Det där med könet måste vara väldigt traumatiskt, tänker jag. Liksom östkustens puritaner tycks det sexuella avantgardet i San Francisco drömma om befrielse från könet som sådant. I Greenwich Village, där jag bott i en månad, är utopin nästan genomförd. Alla ser likadana ut: jeans och korta jackor, kortklippta och med små borstiga mustascher i släta, barnsliga ansikten. Kvinnorna har något längre hår och ingen mustasch förstås, men också de ser ut som män. ”Lika varandra som folket i Sovjet”, säger min värdinna, ”men här är det frivilligt.”

INGEN NEUROS är helt utan grund. Om könet väcker så traumatiska känslor på denna sida Atlanten måste det ha hänt något med könet sedan det flyttade hit. Några kvarter från dansteatern ställde San Francisco Museum of Modern Art ut fotografier från den tid då väst koloniserades.

”Crossing the Frontier” som jag nyss sett där var en omtumlande upplevelse. 1800-talsfotograferna har velat föreviga människans heroiska betvingande av vildmarken: kolossala järnvägsbroar, dammar och gruvhål. Men åskådarens blick uppslukas i stället av bakgrunden: den delvis skövlade men ofantliga, fientliga och bortvända naturen. År 1893, läser jag, formulerade historikern Frederic Jackson Turner i ”The Frontier in American History”, sin berömda tes om Amerika: Det var vad naturen gjorde med kulturen. Vildmarken som nötte ned européns seder, tänkesätt och estetik och gjorde honom fri.

Om det är sant att mannens förehavanden med kvinnan i någon mån återspeglar hans förehavande med naturen kunde man tänka sig att den långsamma koloniseringen av Europa kunde inbegripa en och annan åtbörd av uppvaktning. Men koloniseringen av Amerika måste varit en ren våldtäkt. Det är vad de bruna fotografierna i ”Crossing the Frontier” berättar.
Så gick det till, filosoferar jag, när erotiken – den mångbottnade leken med motsatser – frättes bort av den nya världen. Kvar blev en sexualitet oskiljaktig från det skamliga minnet av överträdelse, våldtäkt och skövling. Ingenstans upplevs heller konflikten mellan människa och natur smärtsammare än här: arkitekturen försöker inte ens att smälta in i landskapet. Den står ut, trotsig och på samma gång skuldmedveten. Det är storartat, och ganska obehagligt. Det är definitivt ingen lek.

När den unge Prevette för någon vecka sedan visat sig under en tävling i Lexington fick han skyddas från vuxna kvinnor som ropade ”Kyss mig! Kyss mig” läser jag i Newsweek. I samma nummer meddelas att skolmyndigheterna i Millis, Massachusetts, förbjudit småbarnen att hålla varandra i handen.

MACIEJ ZAREMBA

Rädd för vargen

april 15, 2009

Rädd för vargen. Eller vad drömmen om barnsäkra skogar egentligen handlar om.
DN 970113

Under mitt allra första skidlov gick jag vilse i skogen. Jag skulle ta en genväg mellan kyrkbyn och fjällhotellet men tog fel på någon bergstopp. Det var mycket vackert med solnedgången mellan de snötyngda granarna, men litet kusligt ändå. Det fanns spår i snön, av flera djur. Längre fram blev spåret blodigt. Plötsligt stod jag över ett kadaver med söndersliten strupe och uppsprättad buk. Det var en varg.

Jag var tolv år, men hade redan läst Jack London och förstod att det inte var fåren som gått så illa åt vargen. Den var för övrigt inte riktigt kall. Jag pulsade därifrån med bultande hjärta och tänkte att om de anfaller skall jag göra som hjälten i en roman av Stefan Zeromski (på svenska ”Eld och aska”, 1923). Kör in ena handen i käften på besten, griper om tungan, och med kniven hugger jag mot ögonen. Zeromskis hjälte hade bara en nyckel till hands (till älskarinnas kammare, vill jag minnas) men jag hade faktiskt en riktig fällkniv som jag fått i julklapp. Med kniven i handen och en bön på läpparna rusade jag i väg. Att hämta stöd hos Zeromski visade sig emellertid inte helt lyckat, jag hade just fått läsa hans novell ”Vi hackas av korpar och kråkor” som obligatorisk skollektyr.

När jag hittat ned till hotellet i dalen var det redan mörkt. Och som nästan varje natt hörde man dem yla. För den som aldrig upplevt det kan jag berätta att det inte finns en vemodigare sång.

Det var förstås ett dramatiskt, men inget sensationellt äventyr (som jag givetvis aldrig berättade för mina föräldrar). Något tusental vargar levde på den tiden halvvägs mellan Warszawa och Wien, ett område mindre än Skåne men betydligt tätare befolkat. Det var i sin ordning. Människa i stad och by, i skogen hjort och varg. (I vår Warszawaförort fick vi på vintern nattliga besök av vildsvinen som välte omkull soptunnorna och som jag sköt på från fönstret med pilbåge och luftgevär.) I dag finns i Polen mellan 500 och 800 fridlysta vargar, och som fordom river de böndernas får, skrämmer hundar och ylar till månen. Men det rapporteras aldrig i massmedierna.

Knappt ett decennium senare flyttade jag till Sverige och till Europas sista äkta vildmark. Här var förhållandena omvända. Skogarna var sedan länge tomma på varg, men desto fullare var tidningarna och nyhetsprogrammen. Grönklädda och tungt beväpnade ättlingar till Röde Orm framträder i TV och bleka av fruktan och indignation kräver de åtgärder och beskydd mot odjuret.

En eller två vargar har nämligen siktats femton mil längre bort. Framför allt är det vargens beteende som väcker anstöt och föranleder kraftfulla avståndstaganden. Den jagar, visar det sig, inte bara av hunger utan även för nöjes skull. Det finns inget annat rovdjur som beter sig som vargen, hetsar länsstyrelsen. Så monstruöst! Jägarförbundet, förstår man, jagar av proteinbrist.
Vargen tycks till och med farligare än invandrarna och liksom dem åstadkommer den panikrörelser hos opinionen. En del anser vargen genomvidrig och ett främmande element, andra menar att den egentligen är snäll, precis som vi. Men missförstådd. Vad som behövs är mera information om vargen.

Jag kan inte hjälpa att jag inte får ihop denna vargfrossa (och inte heller vargkärleken) med nordbornas omvittnat rationella sinnelag och känsla för naturen. Vad är det för en natur man tror sig vörda? En ofarlig? Tanken på barnsäkra skogar framstår inte som särskilt naturlig. Eller är det just tron det handlar om? Bortskrämda av Luthers obarmhärtige Fader satte vi nordbor vår tillit till Naturen, som vi utnämnde till den ömma och förstående Modern, upplyser en infödd vän som tror sig veta.

Är det så pastoralt man tänker sig naturen måste förstås minsta vargspår framstå som en teologisk skandal. Men det bekräftar bara att hin onde inte låter sig avskaffas så lätt som statskyrkan trott. Kanske var han rentav lättare att hantera medan han ännu hade horn i pannan och en bur i teologin. Därför kommer nog vargen att jagas till sista exemplar. Den är inte en del av livet eller ens av naturen. Den är ett vidunder ur den moderna folkhemssagan om trygghet och försoning. (Därför får vi vargfrossa och vill gärna regeras av någon som liknar Bror Duktig.)

Men vi som kommer från den otrygga omvärlden kommer inte att delta i klappjakten. Ty vi minns ett karpatiskt visdomsord: När du dödat den näst sista vargen tar den siste säte i dig.

Maciej Zaremba

De tystlåtna älskarnas släkte

april 15, 2009

De tystlåtna älskarnas släkte. Om varför folk som har en nia i personnumret får tunghäfta i sängen.

DN 970628

”Jag hör hur de ligger med varandra
i våningen ovanpå
jag hör inte honom
men hon låter bra”
sjöng Kjell Höglund en gång.

Varför hörs hon men inte han? Han han vara förstummad av lycka, förstås. Men jag misstänker att han kan ha ett annat och dystrare skäl: en nia bland de fyra sista siffrorna i personnumret.

Sådana individer blir lätt tystlåtna i sängen. I början försöker de sig kanske på ett och annat smekord. Men det som kommer ur dem är oäkta keligheter, uttänkta fraser som ligger fel i munnen, skaver mot själen och får tungan att smaka sandpapper. Sådant är vårt öde, som har en nia på fel ställe. Vi är de stumma älskarnas släkte. Egendomligt egentligen, eftersom talet nio anses mystiskt på ett fördelaktigt sätt: Muserna är nio till antalet och enligt pythagoréerna består människan av ett åtta noters musikackord  plus ett nionde som är gudomligt. Å andra sidan bär en hydra ofta på nio huvuden, lika många som det flyter floder i helvetet.

Jag skyndar mig att försäkra att det inte är skattemyndighetens fel. Inte vet jag varför somliga av oss fått denna nia. Kanske var det för att bespara arbetsgivarna besväret med att läsa våra meritförteckningar. Men det som förseglar våra läppar i kärlekens stund är bristerna i själva numret. Det är vad siffran står för: Född utomlands, invandrad på 60-talet.

I början tror man att det är något fel på det nya språket. Det lämpar sig nog inte för erotiskt tilltal. Hur många gånger kan man säga ”lilla”, morrar den som levt bland diminutiven där varje ting och form kunde  krympas till angenäm storlek. Varför låter allting så kantigt, varför leder själva ordet för älskog tanken till samer som spelar fotboll. Hur gör de när de spetälskar. Skall man överhuvud ägna sig åt någonting som rimmar på tulla, mulla och fulla och som börjar med det smaklösa ”kn” som i knipa, knäcka, och knussla? Och knäckebröd…

Jag vill tala om hennes rundningar. Jag söker efter metaforer. Men kan jag vara säker att päron i henns språk har det goda formrykte som de har i mitt? Och hur är det med pumpor? Lökar? Jag vill tala om hennes… Men har hon sett ett kluvet färskt fikon, så hon förstår hur jag trånar? Eller tänker hon, ve och fasa, på de skrumpna kladdigheter som hon köper till jul? Och varför ser hon så osäker ut när jag mummlar att jag har lust att bita i hennes skära åra? Åron, själens snäckor… ”Vad sade du?” ”Jag menade…” Varje förtydigande får tungan att skrumpna och lakanen att lukta desivon.

”Jag sänder ut ord-blommor till honom, men de mister doften redan i munnen, jag sänder ut ord-fjärilar, men de landar hos honom som flugor”, har jag hört en polsk-norsk dam säga, som envisades med att älska på norska.

Så går det till. Man försöker kanske med vulgariteter, de skall ju gå att konvertera till något eggande frivolt. De ljud som kommer ut har både kramp och vattkoppor. Man längtar efter att få kalla henne för allt möjligt skamligt, ty ingenting är älskligare än att rodna tillsammans… Men de runda orden mister allt kött i hans mun och ur kommer aska och vassa benknotor. Vad gör jag i denna textade film, tänker kan. Sedan blir han tyst. Och av alla verb i det nya språket är det ett som han hatar av hela sitt stumma hjärta. Det stundliga, bedrövliga, urskuldande ”jag menar…”

En olycka kommer sällan ensam. Den som är mållös i lust är också svarslös i nöd. Eländiga är kärleksgrälen med en som har nian i numret. En kärleksträta skall ju föras i halvtoner: ömma brutaliteter, smeksama hotelser och leende glåpord. Men orden vägrar att ta färg av varandra och allt som kommer ur honom är antigen eller: Elakt eller ynkligt, vädjande eller hotfullt, bedrövat  eller hånfullt. Och i motsats till de förspillda kärleksläten kommer dessa grodor att läggas på minnet, bokföras och åberopas i familjeterapin. Bättre då att tiga och behålla hedern, himla med ögonen eller dra täcket över huvudet och förbanna den timme då man inlät sig på ett språk utan nyanser och sötsura smaker. Det är väl därför, tänker han ondsint, som de är så rädda för gruff. De vet att när de en gång börjat lotsar dem deras entydigheter rakt i in bärsärkarnas blodiga natt.

Ack, ja. Om det ändå vore fel på det nya språket. Men hon som fötts in i det enfaldiga målet, kan få de klumpigaste ord att ljuda som en smekning, och de enklaste att drabba exakt där jag är sårbar som mest. Det låter alltså som om något vore möjligt. Bara så länge man inte försöker själv.

Det borde finnas ett särskilt ord för de otroheter som begås av rent språklig kättja. De inträffar när man vill veta om man verkligen blivit en till en stubbe eller bara ett offer för ett missförstånd. Dessvärre får de flesta sina misstankar bekräftade. I landsmaninnans famn (också ett ord, finns maninnor?) tycks det ogörliga åter möjligt, det mesta låter lättsamt, otvunget och äkta. Ha! Spanska (ryska, kinesiska, vad ni vill) – ett språk att älska på!

När detta inträffat kan det vara nyttigt att läsa översättarnas klagan. Alla begråter det egna språkets fattigdom, pryderi och brist på erotiska nyanser. Den franska sinnligheten  är omöjlig att överföra till polska, fastslog demonöversättaren Tadeusz Zelenski-Boy redan vid seklets början. Polskans sexuella ordförråd kunde på sin höjd duga åt ligister och gynekologer. Sedan var det stopp och man ta till omskrivningar och fåniga metaforer.

Naturligtvis hade han fel, liksom de fransmän som beklagar franskans opoetiska grammatik. Själv vet jag inget språk som bär på någon vidare erotisk rikedom. Utom mitt eget, och endast när det talas. DET bor tydligen inte i orden. DET bor i tonfallen. Med rätt intonation kan du kalla henne slinka, eller limpa eller lokomotiv, hon kommer att förstå varav ditt hjärta är fullt.

Så enkelt är det. Det är bara att hitta tonfallet. Men just detta enkla är det svåraste av allt, när det skall ske på ett språk som man inte vyssjats på. Kärlekens språk lärs nog bara en gång, i barndomens oskyldiga land, och från den exilen finns ingen återvändo. Man kan bestiga det nya språkets alla höjder, men det tycks omöjligt att dyka ned i dess omogna djup. ”Du är vacker” kan jag efter lång träning uttala på sju, kanske åtta olika sätt. Det räcker för att få en sorgsen kollega på bättre humör, och även då finns risken för genanta missförstånd. Men det förslår inte för att saliggöra den som vill höra det mest, när hon bör höra det helst. Framförallt duger det inte åt mig.

Ur detta främlingsskap finns det bara en enda utväg, lika enkel som den är brutal. Det handlar inte om att göra sig förstådd. Det handlar om klanger och vibrationer. På vilket språk som helst, bara det är mammas.

Maciej Zaremba

Marianne och Germania

april 15, 2009

Marianne och Germania. Eller hur den tysk-franska hatkärleken format vår historia.
DN 971228

Bland alla de händelser som åtföljde Napoleons intåg i Berlin 1806 tycks två ha lämnat särskilt avtryck i tyskt minne. Den första var åsynen av fyrspannet från krönet av Brandenburger Tor, nedtaget och på väg att forslas till Paris. Det blev ett i raden av grymma besvikelser för de tyska liberaler som nyss välkomnat frihetens, jämlikhetens och broderskapets armé.

Den andra bilden kan synas mer svårtolkad, men har visat sig rymma ett enastående symbolvärde för mindre liberalt sinnade. Den franske härföraren red nämligen in i Berlin i spetsen för ett påtagligt mörkhyat livgarde av mamelucker.

Det är detta tydligen oförglömliga minne som förklarar varför tyska revanschister under Weimar 1923 hetsar mot ”de asiatiska och afrikanska horderna” som ockuperar Rhenlandet. Att fransmännen skulle varit av ”blandras” eller ”bastarder” har sedan Napoleon, det vill säga långt före den moderna rasismens födelse, varit ett centralt tema för det tyska franskhatet.

Sådant och mycket mer kan man lära av utställningen ”Marianne et Germania 1789-1889 – ett sekel av tysk-franska passioner” på Petit Palais i Paris och av specialnumret av Magazine littéraire på samma tema, men utsträckt till modern tid. Det handlar om lidelser på hög nivå – från madame de Staël, via Fichte, Wagner, Goethe och Heine till André Gide och Thomas Mann.

Men det är på den nivån, märker man med en viss förfäran, som de sedermera folkliga hatbilderna produceras. Motbilderna, som madame de Staëls hyllning till Tyskland som ”själens fosterland” eller Heinrich Heines till det franska förnuftet, får ingen vidare genomslagskraft.

Man vandrar bland målningar och litterära citat och förundras över den franska revolutionens negativa avtryck på tyskt självmedvetande. Det börjar redan med emblemen: Marianne, republikens symbol, är romerskt klassisk, sekulär, i knäkort toga och med högra flickbröstet vänligt blottat. Bakgrunden är mycket himmel och ett neutralt landskap. Hennes motpart Germania, som uppstår några decennier senare, skyler sin svällande barm med medeltida spännen och dignar under kjolsläp, bälten och svärd. På 1860-talet avbildas hon i vaksam ställning vid Rhen och under en åskdiger himmel.

Det universella mot det ursprungliga. Rätt snart visar sig förvisso universalismen tämligen fransknationell – men det hjälper inte. Det är i hög grad mot den bilden och filosofin som den tyska romantiken och nationella mytologin tycks ta form under 1800-talet, och som det förefaller i enlighet med samma psykologiska mekanism som när raggarna gjorde sig till en motbild av modsen, eller om det nu var tvärtom.

Jag antar att det är mänskligt att forma identiteten i termer av bejakande eller förnekande av omvärlden, så varför skulle inte nationer göra det? Om man inte kan säga vem man är, så är det åtminstone uppenbart vem man inte är eller vill likna. Det är ovanligt tydligt på denna utställning, eftersom man också får se hur motbilderna förstärker varandra.

Snart uppstår bland konstnärerna tanken att det tyska och det franska är lika inkompatibelt som det är komplementärt. Som vore människan hjälplöst kluven mellan förnuft och känsla, mellan allmänmänsklighet som kräver likställdhet och lokal gemenskap som fordrar särskilda hänsyn.

Madame de Staël finner i Tyskland den ursprungliga själ och tillhörighet som i Paris förtorkat i draget från den rationella diskursen, Berlioz upptäcker den förlorade metafysikens musik hos Goethe, medan Heinrich Heine förlägger sin längtan efter frihet och förnuft till den redan historiske Bonaparte.

Till och med Wagner (”Tyskland har nog aldrig åstadkommit något så på samma gång väldigt och barbariskt”, skrev André Gide) får en period av obetingad storhet i 1860-talets Paris, sannolikt som kontrapunkt till den småsinta kapitalismen under Napoleon III.

Inget tyder på att denna dikotomi blivit mindre ödesmättad med tiden. Den har redan eggat upp till två världskrig och föder i dag såväl vänster- som högernationalister. Enligt Michaël Nerlich, (litteraturprofessor i Berlin och grundare av den fransk-tyska tidskriften Lendemains) är den också medansvarig till Förintelsen.

I artikeln ”Hatet mot Frankrike” i Magazine littéraire hävdar nämligen Nerlich i polemik mot Daniel J Goldhagens omdebatterade ”Hitlers villiga bödlar”, att den tyska antisemitismen var en sentida företeeelse och egentligen en utväxt på ett äldre Frankrikehat. Det finns ingen jämförelse, menar Nerlich, mellan det ovett som 1800-talets fransmän slungar över Rhen och det mordiska franskhat som under samma tid alstras i Tyskland.

Det börjar redan med Fichte (”Tal till den tyska nationen”, 1808) som medelst lingvistiska spekulationer finner det germanska vara äkta, geniunt och djupast mänskligt medan det romanska är fullständigt korrumperat, förfalskat och livsfientligt. Några andra kulturer bekymrade inte Fichte.

Att han inte var rasist i ordets biologiska mening är ovidkommande, menar Nerlich, Fichtes tankefigur var lömskare än så. Det germanska representerade själva livet, det romanska döden. Det är en skillnad långt mer kategorisk än den mellan högre och lägre ras, ty vilka vapen får inte Livet bruka i sin rättmätiga kamp mot Döden?

Också folkmordet föregrips av Fichtes efterföljare: i Heinrich von Kleists ”Germania und ihre Kinder” förekommer en morbid vision av Frankrikes samtliga invånare, inklusive kvinnor och barn, staplade som benhögar utmed Rhens stränder. Liknande mordiska uppmaningar kan enligt Nerlich återfinnas i tiotusentals böcker och pamfletter under 1800-talet.

Och de fördärvliga egenskaper som tillskrivs fransmännen är snarlika dem som något senare kommer att påklistras judarna: rationalister, dekadenta, kosmopoliter, frimurare, liberaler, intriganta, perfida, falska, översexuella, orena, av blandblod…
I ”Mein Kampf”, erinrar Nerlich, är det ”det judiska Frankrike” som framställs som det främsta hotet mot tyskheten. Och det var först när Hitler erövrat makten och funnit för gott att tills vidare lugna Frankrike – som han ännu saknade medel att anfalla (och uteslöt de frankofoba avsnitten ur den franska versionen av Mein Kampf) – som juden, för första gången på över hundra år,

ersatte fransmannen som den tyska propagandas främsta hatobjekt, enligt Nerlich.
Det kan finnas åtskilligt att invända mot denna historieskrivning. Men det goda med Nerlichs tes är att den belyser en viktig aspekt av den moderna antisemitismen, den som inte ens behöver några tydliga judar för att frodas. De egenskaper som Fichte klistrade på fransmännen och Hitler tillskrev judarna, dem upptäcker denna tankeskola hos alla som synes illojala mot en trångt definerad nationell mytologi.

Om man sedan lyckas sniffa sig till judiskt blod i deras ådror så desto bättre förstås.

MACIEJ ZAREMBA

Musée du Petit Palais,
Paris

Marianne et Germania 1789-1889
Un siècle de passions franco-allemande

FAKTA/Krig Frankrike-Tyskland

Koalitionskrigen 1792-1814. Börjar som efterspel till franska revolutionen, fortsätter med Napoleons erövringskrig. Frankrike övervinner olika koa litioner mellan främst Österrike, Preussen och England, tills Napoleon slutligen besegras helt.

Fransk-tyska kriget 1870-71. Frankrike förklarar Preussen krig men förlorar. Frankrike avträder Elsass-Lothringen. Efter kriget bildas Tyska riket.

Första världskriget 1914-18. Rivalitet mellan mellan Europas stormakter leder till storkonflikt som fastnar i ställningskrig på västfronten mellan Tyskland och Frankrike. Tyskland besegras och krävs på kännbara krigsskadestånd.
Andra världskriget 1939-45. Det nazistiska Tyskland ockuperar Frankrike men besegras i grunden av de allierade.