Skip to content

Globalizacja – ktoś już o tym mówił

april 15, 2009

Publicysta czołowego szwedzkiego dziennika ”Dagens Nyheter” wiosną 2001 roku odbył reporterską podróż po Europie i Ameryce Południowej. Szukał odpowiedzi na pytanie, co różni ludzie w różnych miejscach świata rozumieją przez pojęcie globalizacji. Powstał cykl artykułów, które od maja ukazywały się na łamach ”Dagens Nyheter”. Po polsku w Rzeczypospolitej Nr 145, 163, 192, 216, 240, 252 /2001 oraz nr 1/2002.

1. Globalizacja – ktoś już o tym mówił

Christoph Scherrer mówi, że roześmiał się w głos na wiadomość o nominacji na profesora w Kassel. Pierwszą jego myślą było, by natychmiast zmienić tytuł na jakiś mniej modny. – Szanujący się naukowiec nie może przecież być profesorem globalizacji!
Czemu nie? Wszyscy o niej mówią. – Globalizacja – można było usłyszeć podczas pierwszego seminarium zorganizowanego przez szwedzki oddział formacji Attac – winna jest likwidacji bibliotek objazdowych w Szwecji i rozpadowi rodziny w Malezji. Według innych źródeł obniża ona jakość francuskiej żywności, uszczupla emerytury Niemców i sprawia, że woda w kranach Bretanii nie nadaje się do picia. Te same globalne zjawiska sprawiają, iż pracownicy szwedzkich biur zmuszeni są znosić szkodliwość monitorów oraz spożywać modyfikowaną genetycznie żywność. Globalizacja sprzyja rasizmowi i ciemiężeniu kobiet, czytam w jednej odezwie, a w drugiej – iż szerzy pokój i prawa człowieka. Zdaniem niektórych myślicieli, globalizacja to koncentracja władzy na nieznaną dotychczas skalę, według innych wręcz przeciwnie – jest ona niespotykaną decentralizacją władzy, co zresztą wcale nie jest dobre, bowiem ”rozmywa” odpowiedzialność. Globalizacja poszerza wolność jednostki, twierdzą niektórzy; przeciwnie, ”zmiękcza kręgosłupy”, oburzają się inni.

Dla kogo powyższe opinie nie są wystarczająco sprzeczne i powikłane, może próbować śledzić dyskurs polityczny we Francji, gdzie globalizacji przeciwstawia się ”mondializację”. Ta pierwsza jest zła, bo oznacza globalne rozpowszechnianie amerykańskich wpływów, kultury i metod gospodarczych. Tę drugą należy wspierać, gdyż prowadzi do pożądanej frankonizacji świata. Czyli – słowami samych Francuzów – rozpowszechniania wartości uniwersalnych, demokracji, oświecenia i niepasteryzowanego sera.
Państwo narodowe traci władzę

Globalizację według jednych należy wspierać, według innych zwalczać lub tylko nią sterować i nadzorować. Liczne są również głosy tych, którzy uważają, że globalizacji nie ma. Jest mitem tworzonym przez tchórzliwych polityków w celu zastraszenia obywateli, by pogodzili się oni z ograniczeniem przywilejów. Lub też: to ideologia, której celem jest nadanie światu jednego kierunku, zgodnego z potrzebami amerykańskiego kapitału. Z kolei CIA, która również badała fenomen globalizacji, doszła do wniosku, że zjawisko rzeczywiście istnieje, jak również, że zwiększa ono ryzyko międzynarodowego terroryzmu, co pociąga za sobą konieczność podwyższenia funduszy agencji.

Młoda trockistka Anna Wecker z Monachium walczy z globalizacją. Podobnie jak Philippe van der Sande, członek ultranacjonalistycznego Vlams Blok w Antwerpii, jak szwedzcy neonaziści i Czerwona Partyzantka Miejska w mieście Linköping. Równocześnie z globalizacji cieszą się Vaclav Havel oraz francuski historyk średniowiecza Jacques Le Goff. Podczas seminarium, poprzedzającego powstanie szwedzkiego oddziału Attac, jego uczestnicy twierdzili kolejno: że globalizację należy zwalczać; że nie istnieje takie zjawisko; że problem polega na tym, iż nie ogarnia ona wszystkich; że jest dobra i zła globalizacja.

Czym więc jest i jak na nas wpływa? Czy istnieje definicja, na którą zgodzą się neonaziści, czerwone komando, Agneta Stark (docent ekonomii; to ona uważa, że globalizacja likwiduje biblioteki objazdowe) oraz Vaclav Havel?

Wydaje mi się, że kluczowym słowem może być ”odnarodowienie”. Z tym, że państwo narodowe traci część swojej władzy, zgodzą się czerwoni, brunatni, Vaclav Havel i Agneta Stark. Prawdopodobnie zgodziliby się również z niektórymi faktami: że nastąpiło rozszerzenie rynku światowego oraz że wielkie kapitały miotają się po cyberprzestrzeni w pogoni za najlepszą dywidendą.

W tym miejscu kończy się zgoda. Kiedy zaczniemy pytać, co to wszystko znaczy, gdzie się podziały utracone prerogatywy państwa, jak należy oceniać sytuację i jakie są jej przyczyny, otrzymamy skrajnie różne odpowiedzi.

”Między socjologami a historykami od dawna toczy się walka. Socjologom zdaje się ciągle, że odkryli zupełnie nowe zjawisko; historycy twierdzą, że sytuacja jest dziś mniej więcej taka jak w starożytnej Grecji. To samo przytrafiło się pojęciu globalizacji. Socjologowie mówią o zupełnie nowej, postmodernistycznej epoce, o postindustrialnym społeczeństwie czy o post-czymkolwiek, a tu przychodzą historycy i przypominają, że już w XIX wieku olbrzymi kapitał finansowy poruszał się na płaszczyźnie międzynarodowej i że migracja pomiędzy krajami była dużo bardziej intensywna niż dzisiaj” – pisze amerykański socjolog Peter Berger.

– Globalizacja – mówi Christoph Scherrer, profesor globalizacji mimo woli – to przede wszystkim doznanie nowej jakości.
Sama w sobie jakość ta nie jest jednak nowa.

– Moi dziadkowie łatwiej orientowaliby się w dzisiejszym świecie niż my – dodaje profesor.

Christoph Scherrer jest potomkiem rodzin, które w połowie XIX wieku opuściły teren obecnych Niemiec, by szukać szczęścia gdzie indziej. Przodkowie matki udali się do Teksasu i Meksyku, ojca do Bordeaux. To była epoka otwartych granic, masowej emigracji. Równocześnie, przypomina Scherrer, był to czas gorączkowego handlu i masowych przepływów pieniędzy.

Niewyobrażalne sumy – 1600 miliardów dolarów, które obecnie każdego dnia zmieniają właścicieli – proporcjonalnie były w obiegu już w drugiej dekadzie XX wieku.

W samej tylko Bremie, gdzie prababka Christopha Scherrera weszła na pokład transatlantyku, w kilka lat zaokrętowano osiem milionów ludzi uciekających przed barierami klasowymi, ubóstwem, prześladowaniem politycznym i religijnym. Gdyby proces ten trwał nadal, nie byłoby dzisiaj Christopha. Swoje narodziny zawdzięcza I wojnie światowej i rewolucji Zapaty. Ta pierwsza zmusiła dziadka do powrotu do Niemiec, druga była powodem ucieczki babci z Meksyku. Kiedy ich dzieci spotkały się w Niemczech, świat był już inny: pilnie strzeżone granice, nacjonalistyczne rządy i prawie cały jeden kontynent – sowiecki – wyłączony z wymiany myśli, podróży i handlu. II wojna światowa wzniosła kolejne bariery: Chiny zniknęły za własną kurtyną, podobnie Europa Wschodnia i afrykańskie satelity Związku Radzieckiego. Z czasem również Indie, pozostające pod wpływem ideologii sowieckiej, wycofały się z większości globalnych procesów.

Świat znów się skurczył

Czy profesor Scherrer uważa, że globalizacja rodzi się z bólów fantomowych po sowieckim imperium? Tak, przynajmniej w tym znaczeniu, że to upadek berlińskiego muru stał się definitywnym zamknięciem pewnej epoki. – Obecnie świat jest w zasadzie równie otwarty, jak był do 1914 roku. Nawet imigracja do USA powróciła do ówczesnego poziomu.

Niepamięć jest potęgą. Ze znakomitego eseju Emmy Rothschild ”Globalizacja a demokracja w perspektywie historycznej” dowiaduję się, że większość tematów obecnej dyskusji została sformułowana między końcem XVIII wieku a wojnami napoleońskimi przez myślicieli, takich jak Smith, Condorcet czy Herder. Wszyscy oni byli głęboko zaniepokojeni faktem, że kurczenie się świata, w którym ludzie po obu stronach planety stali się nawzajem od siebie zależni, sprawia, iż tradycyjna polityka nie przystaje do rzeczywistości. Jak jednak skonstruować wspólne formy rządów dla ludzi, którzy nigdy się nie widzieli, nie mówią tym samym językiem, a dzielą ich niezmierne różnice wiedzy i dobrobytu? Demokracja, mówiono, nie może funkcjonować w warunkach skrajnych nierówności. Był to również okres, gdy międzynarodowe przedsiębiorstwa (np. Kompania Wschodnioindyjska) miały więcej do powiedzenia niż niejedno imperium. Już w roku 1809 niemiecki ekonomista Adam Müller twierdził, że kapitał finansowy stanowi problem ekologiczny: ”Społeczeństwo rozszerza się i umacnia. Za pośrednictwem listu, weksla czy złotej sztabki kupiec z Londynu wyciąga rękę poprzez oceany do swego odpowiednika w Madrasie, pomaga mu prowadzić wielką wojnę przeciw Ziemi”.

Czyż to nie znajomy ton? Adam Smith zaprzątnięty był problemem, jak opodatkować wymykający się kapitał międzynarodowy; również Jean Condorcet ostrzegał przed jego ruchliwością. Jedynie ci, którzy są przywiązani do ziemi, twierdził, zainteresowani są, ”by w społeczeństwie panował dobrobyt”, właściciele pieniędzy mniej się przejmują, gdyż ”dzięki zwykłej transakcji bankowej w mgnieniu oka stać się mogą Anglikami, Holendrami czy Rosjanami”. Warto odnotować, że radykał Condorcet orędował za wolnym handlem jako lekarstwem na rosnące nierówności między ludźmi i narodami, podczas gdy konserwatysta Herder wyśmiewał tę ideę. No cóż, powie ktoś, ale co z tego? Globalizacja może sobie być starym problemem, ale ja jestem nowy, więc i problem też. Temu nie można zaprzeczyć. Jedynie dorzucić, że historia ”poprzedniej” globalizacji może okazać się równie ważna, co fantastyczne wizje przyszłości.

Zdrowi na prawo, chorzy na lewo?

”Mein Feld ist die Welt” (Świat jest moim polem) głosił w 1905 roku napis na ścianie kantoru Linii Amerykańskich w Hamburgu. Spaceruję po niekończących się nabrzeżach, przez zabytkowe magazyny z czerwonej cegły, katedry kupiectwa, z zapachem kawy i pieprzu oraz resztkami kauczuku w szparach podłogi. Te pomniki poprzedniej globalizacji nie stoją puste. Wprowadziła się nowa globalizacja, perscy hurtownicy wietrzą swoje towary w bramach wyładowczych, ponad szeregiem błyszczących mercedesów. Hamburski port wolnocłowy jest obecnie największym na świecie składem orientalnych dywanów.

Nieopodal portu mieści się archiwum globalizacji: starannie kaligrafowane listy pasażerów, pięciu milionów ludzi, którzy przewinęli się przez Hamburg po drodze w świat. Jest tu także wystawa pokazująca tamtą nędzę, poniżenie i mroczne przepowiednie. Oto gorliwy urzędnik towarzystwa żeglugowego dokonuje selekcji: zdrowi na prawo, chorzy na lewo. Im dłużej jednak przyglądam się starym fotografiom, tym mniej spójny staje się obraz całości.

Poniżani galicyjscy chłopi, którzy mają zaokrętować się na ”Mauretanię”, poddają swe ciała i bagaże kontroli pogardliwych pruskich lekarzy. Wnuki tych biedaków wróciły do Europy. Ze zdrowymi zębami i pewnymi minami wylądowali na plaży w Normandii, by uwolnić Hamburg od brunatnego potomstwa Prusaków.

Emigracja okazała się świetnym interesem dla Hamburga i jego armatorów. To nie za sprawą wykrochmalonych koszul na pokładzie słonecznym, lecz dzięki pasażerom trzeciej klasy HAPAG (Hamburg-Amerikanische Packetfahrt AG) stała się największą linią żeglugową na świecie.

Christoph Scherrer ujmuje prosto problemy globalizacji: jednostki ruchliwe (przedsiębiorstwa i osoby) czerpią nadzwyczajne korzyści kosztem nieruchomych (przede wszystkim państw). Sytuacja w XIX wieku nie była tak bardzo odmienna. Hamburg zaczął tracić dochody z ruchów emigracyjnych, gdyż konkurująca z nim Brema już w 1832 roku zaoferowała emigrantom ochronę prawną i gwarantowany minimalny standard podróży. Cztery lata później w Hamburgu uczyniono podobnie, inaczej Brema całkowicie przejęłaby zyski z migracji. Można powiedzieć, że nieruchome miasta konkurowały o grosze ruchliwych emigrantów.

Pod koniec stulecia do Hamburga dotarła cholera, według pogłosek przywleczona przez żydowskich emigrantów z Rosji. Wolne miasto zareagowało początkowo podobnie jak ostatnio Norwegia na choroby bydła i trzody: ogłoszono stan klęski i zamknięto granice przed emigrantami ze wschodu. Pozbawiony zysków dyrektor linii żeglugowej zagroził przeniesieniem jej do Bremy.

Rezultat tego szantażu można oglądać w Hamburgu do dziś. W dzielnicy Veddel wybudowano całe miasteczko do celów kwarantanny; na gruntach miejskich, lecz za pieniądze przewoźnika. Jak na tamte czasy było ono dla uchodźców szczytem komfortu i higieny (wyróżniono je nagrodą na wystawie światowej w Paryżu). Postawiono nawet kościół i synagogę. A ów niegodziwy armator, Albert Ballin, doczekał się w Hamburgu ulicy swojego imienia.

Hamburger symbolem pokoju

Stoję na nabrzeżu i usiłuję wyobrazić sobie przodków Kirka Douglasa i Woody Allena, jak wchodzą na pokład ”Oceanii”. Może to właśnie oni wzięli ze sobą wspomnienie płaskiego klopsika, który z czasem, za sprawą pewnego Irlandczyka (zapewne odpłynął z Liverpool), stał się symbolem globalnych roszczeń Ameryki? Globalizacja nie doczekała się może dobrej definicji, ale nadrabia ów brak symboliką. Entuzjastyczny orędownik rynków globalnych, Thomas G. Friedman, lansował tezę, iż kraje, w których przyrządza się big maca, nie prowadzą ze sobą wojen. Osiągnęły bowiem poziom rozwoju cywilizacyjnego, na którym wojna staje się nieopłacalna, a demokracja – koniecznością. Jednak poważni francuscy publicyści walczą z tymże kotletem jako symbolem amerykanizacji, której siła i zasięg zagraża kulturze, demokracji, tradycjom rodzinnym oraz humanizmowi. A w Szwecji na jednym skrzydle weganie demonstrują przeciwko ”eksploatacyjnemu i imperialistycznemu multinacjonalizmowi” McDonald’sa, podczas gdy – na drugim – tamtejsi naziści prześladują przedsiębiorstwo w ramach walki z ”wrogami narodu”.

Oczywiście nie wszyscy i nie wszędzie tak nie cierpią McDonald’sa. Podczas wspólnego spaceru w Gdańsku mój przyjaciel historyk wskazuje na żółty neon ze stylizowaną literą M. Odwiedza restaurację co miesiąc od otwarcia. – Nie po to, żeby jeść, broń Boże! Po to, by dokonać inspekcji klozetu. – To była pierwsza w Gdańsku czysta toaleta. Pierwsza od wojny. Chcę zobaczyć, jak długo uda im się to utrzymać.

Co staje się symbolem globalizacji i czy budzi obawy, zależy najwyraźniej od tego, gdzie się mieszka i jakie ma się za sobą doświadczenia. W krajach wschodniej Europy jedynie narodowa prawica próbuje robić politykę z ”kurczenia się świata”. W Skandynawii czyni to lewica. W Italii nie wydaje się tym zainteresowana żadna partia, w odróżnieniu od Francji, gdzie globalizacja budzi gwałtowny opór ze strony zarówno prawicy jak i lewicy. Francja, jako jedyny kraj, na zlot antyglobalistów w Porto Algere minionej wiosny oprócz aktywistów wysłała ministra. To również francuskiej grupie Attac udało się wprowadzić ten temat na pierwsze strony gazet.

Podobno organizacja ta niczym gwałtowny pożar rozprzestrzenia się obecnie po świecie. Dlaczego jednak nie ma jej w Wielkiej Brytanii? Sekretarz generalny francuskiego Attac, Pierre Tartakovsky, ścisza głos: – Nie chcę być złośliwy, ale zauważył pan chyba szczególny stosunek Anglików do pieniędzy? Nie przypadkiem światowy rynek finansowy mieści się w Londynie.

Brytyjski odpowiednik Attacu, organizacja społeczna o równie wojowniczej nazwie War on Want (w wolnym tłumaczeniu: Wojna przeciw zachłanności), lecz mniejszym powodzeniu w mediach, istnieje po drugiej stronie kanału już od pięćdziesięciu lat. Podobnie jak Attac krytykuje globalizację, opowiada się za opodatkowaniem transakcji finansowych i umorzeniem długów krajom Trzeciego Świata. Większa część działalności to jednak bardzo konkretne projekty pomocy: bezrolnym chłopom w Brazylii, zbieraczom śmieci w Bangladeszu czy pozbawionym ochrony prawnej robotnikom w Indiach. Nie uchyla się również od pożytecznego uświadamiania konsumentów: ”Za koszulkę z Pocahontas, którą kupiliście u Disneya za 40 złotych – głosi jej strona internetowa – robotnikom na Haiti zapłacono 15 groszy”.

W Paryżu dowiaduję się, że Attac współpracuje z War on Want. W Londynie nie są tego równie pewni. Brytyjczycy nie podpisali również ideologicznych apeli przeciwko globalizacji, ani nie mobilizowali do demonstracji.

Retoryka francuskiego Attacu z upodobaniem odwołuje się do autowizerunku Francuzów jako strażników kultury, sprawiedliwości i jakości życia. Od co najmniej kilku stuleci cnoty te we Francji przeciwstawiane są ubolewania godnym brakom w tej dziedzinie u Niemców, Anglików i Amerykanów.

Czy ironia Tartakovskiego wobec Brytyjczyków to jedynie kwestia sprytnego użycia narodowych stereotypów? W takim razie propaganda Attacu powinna wśród przeciwników umieścić również NiemcyÉ A tak nie jest. W opozycji wobec globalizacji Niemcy są przyjacielem i sprzymierzeńcem, niekiedy wręcz przykładem.

Kapitalizm żeglarzy i górali

W powstających po tej stronie Atlantyku książkach o światowych problemach prędzej czy później napotyka się pojęcia ”kapitalizm nadreński” oraz ”kapitalizm atlantycki”. W ten sposób określa się dwa różne podejścia do pieniędzy, ludzi i towarów. Autorem owej dychotomii jest francuski dyrektor firmy ubezpieczeniowej, niegdyś szef francuskiego instytutu planowania, obecnie doradca banku centralnego w sprawach walutowych, Michel Albert. W swojej książce ”Kapitalizm kontra kapitalizm” (Seuil 1991, wyd. polskie Znak 1994) rozwija tezę, że kapitalizmów jest wiele.

Pewnego dnia w 1993 r. w jednej z nowojorskich gazet można było przeczytać, że na 125 Ulicy autobus miejski zderzył się ze śmieciarką. W ciągu następnych kilku tygodni 18 osób zgłosiło się do przedsiębiorstwa autobusowego z żądaniem odszkodowania za obrażenia, które odniosły w wypadku. Każda z nich była gotowa podać firmę do sądu. Pieniądze nie przyszły, za to zjawiła się policja. Oto skutki dziennikarskiego niedbalstwa. W gazetowej notce zabrakło informacji, że autobus był wyłączony z ruchu i w chwili wypadku był pusty.

Nie wydaje mi się, by coś podobnego mogło zdarzyć się w Szwecji. Nawet gdyby ludziom przyszło do głowy, że można wygrać z miastem, nie użyliby gazetowej informacji równie bezczelnie. Kto lub co skorumpowało nowojorczyków? Rynek, odpowiada Michel Albert. W odróżnieniu od Francuzów czy Niemców, Amerykanie bezustannie czytają ogłoszenia, w których kancelarie adwokackie zalecają, żeby obywatel kogoś zaskarżył. Jak się nie uda, nie będzie to kosztować, ale jeśli wygramy, podzielimy się łupem. Czemu francuscy i niemieccy adwokaci nie postępują podobnie? Przecież również działają w warunkach rynkowych? W rzeczy samej, odpowiada Albert, lecz nie do końca. Podobnie jak lekarze, księża, dziennikarze i inni przedstawiciele wolnych zawodów, stoją prawą nogą w rynku, lewą zaś na obszarze chronionym, gdzie obowiązują inne wartości, względy lojalności, jak również inne prawa niż prawo zysku. Możliwe jest bardzo dokładne określenie, kiedy amerykańscy adwokaci z wolnego zawodu stali się usługodawcami: w roku 1972, gdy Sąd Najwyższy zezwolił im na reklamowanie się w telewizji. Tym samym pomoc prawna zrównana została z innymi towarami.

Według Alberta werdykt sądu nie był przypadkowy. Przeciwnie, wynikał z logiki obowiązującej w tradycji, którą Albert na przemian nazywa to ”atlantycką”, to ”neoamerykańską”, to znowu ”angloamerykańską”, a która nagradza podejmowanie indywidualnego ryzyka, szybkie zyski i konkurencję kosztem innych wartości. Taki krok byłby jednak nie do pomyślenia w dolinie Renu, siedlisku tego drugiego kapitalizmu. Tu ryzyko podejmuje się wspólnie, wzrok skierowany jest dalej, oddech spokojniejszy, a rynek okolony trudnymi do przezwyciężenia tabu i przyzwyczajeniami kulturowymi.

W opisie obu kultur rynkowych najbardziej pobudza wyobraźnię ich geneza. Model atlantycki nie powstał w Ameryce, twierdzi Albert, lecz w Wenecji, podczas gdy kapitalizm nadreński miał swój początek w górach. U zarania XVI wieku, gdy alpejscy górale i weneccy kupcy niezależnie od siebie wymyślili ruch ubezpieczeniowy, stworzyli, w rzeczy samej, dwa zupełnie odmienne systemy dystrybucji ryzyka. Szwajcarscy górale wiedzieli oczywiście, że lawiny czy wilki niektórym wyrządzały większe szkody niż innym. Płacili jednak solidarnie, po równo, do wspólnej kasy kryzysowej.

Inaczej w portach. Tam każdy ładunek ubezpieczany był oddzielnie, w zależności od prognozy pogody i niebezpieczeństwa podróży. System góralski dał podwaliny kasom samopomocy, firmom ubezpieczeniowym, jak również tej mentalności, która do dziś dominuje między Alpami a ujściem Renu, twierdzi Albert. Model kupiecki ze statkami dotarł do Londynu, gdzie w kawiarni Lloyda utworzył szkołę nie tylko ubezpieczeń żeglugowych, ale całego atlantyckiego kapitalizmu.

Kapitalizm żeglarzy i górali. Czy istnieją naprawdę? Jeszcze dziesięć lat temu szwajcarski czy niemiecki pirat drogowy, posiadający prawo jazdy zaledwie od roku i mieszkający w podejrzanej dzielnicy, płacił taką sama składkę ubezpieczeniową, co stateczni ojcowie w najspokojniejszych dzielnicach willowych. Albert wyjaśnia, dlaczego amerykańskim bankom nie udało się wejść na rynek w kraju Alp: wprowadzają one rotację personelu pomiędzy poszczególnymi placówkami, a każdy wie, że Szwajcar nie powierzy pieniędzy komuś, kogo nie zna. Te i inne cechy – niechęć przedsiębiorstw wobec giełdy i analogiczna zażyłość z ”bankiem domowym”, relacje oparte na konsensie ze związkami zawodowymi i państwem, ich zobowiązania socjalne i lojalność, Albert dokumentuje statystyką, diagramami i tabelami. Przesłanie jest jasne. Kapitalizm nadreński góruje nad atlantyckim zarówno pod względem społecznym, jak i ekonomicznym. Między nimi, przepowiadał Albert w roku 1991, dojdzie do wojny.

”Będzie to wojna podziemna, gwałtowna, zacięta, lecz wyciszona, a nawet pełna hipokryzji, jak pełne hipokryzji są wszelkie walki koterii w łonie jednego Kościoła (É), dwóch antagonistycznych rodzajów logiki w obrębie tego samego liberalizmu.” O co toczyć się będzie bój? ”O miejsce człowieka w przedsiębiorstwie, miejsce rynku w społeczeństwie, miejsce i rolę porządku prawnego w międzynarodowej gospodarce.”

Nie najgorsza przepowiednia

Przecież dokładnie o to chodzi w głównym nurcie dyskusji o globalizacji. Albert nie widzi kapitalizmu jako abstrakcyjnego modelu dążącego ku całkowitemu spełnieniu (co zdają się proponować zarówno neoliberałowie, jak i komuniści), a jako ludzką praktykę, w wysokim stopniu uwarunkowaną kulturowo. Dlatego nie może być nigdy mowy o jakimś jednolitym kapitalizmie, który można sławić lub zwalczać. Czym ten system jest i jak funkcjonuje, zależy w ogromnej mierze od otaczającej kultury.

Wojna, której nadejście przepowiadał Michel Albert, nie była aż tak dyskretna. Zaledwie trzy lata później, w 1994 r., poczuł się zmuszony do zmiany metafory. – To rewolucja – ostrzegał. – I, jak każda rewolucja, wyszła od mas. Miliony anonimowych akcjonariuszy, niezadowolonych z kursu akcji, w ciągu kilku tygodni pozbawiły stanowisk sześciu czy siedmiu z najważniejszych amerykańskich dyrektorów (m.in. IBM, Apple, Genral Motors, Kodaka i American Express). Znaczyło to, że amerykański kapitalizm zmieniał podstawowe wartości, twierdził Albert. ”Corporate government”, jak nazwano przejęcie władzy przez akcjonariuszy, przekształciło bowiem, w skrajnych wypadkach, przedsiębiorstwo z producenta towarów czy usług w zwykłego dostarczyciela dywidendy, jedynej rzeczy, która interesowała zbiorowe fundusze powiernicze. Taki kapitalizm, twierdzi Albert, będzie się bardzo różnił od tego, do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić.

MACIEJ ZAREMBA
2. Dalej do walki z drobnym kapitałem! –
RZECZPOSPOLITA, 14.07.01 Nr 163
Nie chcę, by to brzmiało, jakbym tęsknił za grubym kapitalistą w cylindrze i z cygarem, ale przynajmniej miał on twarz – powiedział Göran Johnsson, przewodniczący szwedzkiego związku zawodowego metalowców. Kiedy o tym opowiadam, profesor Jürgen Hoffmann kiwa głową i komentuje: – Tak, na tym właśnie polega paradoks. Obecnie związki zawodowe bronią tego samego kapitalizmu, który przez sto lat zwalczały. I mają ku temu powody.

Hoffmann przyjmuje w Bunkrze – szkaradnym, modernistycznym bloku w Hamburgu. O ile globalizacja oznacza amerykanizację, nie ogarnęła ona jeszcze Hochschule fûr Wirtschaft und Politik (Akademia Nauk Politycznych). Wielkie tablice o zakazie palenia żółte są od nikotyny. Wchodzących wita cytat z Marksa: ”Filozofowie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to, aby go zmienić”.

Jûrgen Hoffmann próbował. W roku 1968 był już studentem w Berlinie, później wydawał ”Probleme des Klassenkampfes” (Problemy walki klasowej). Teraz jest profesorem politologii; dużo czasu spędza pomagając związkom zawodowym w zrozumieniu transformacji kapitalizmu, która odbywa się bez pomocy filozofów. Czyżby globalizacja? Nie, Hoffmann ma sceptyczny stosunek do tego pojęcia. – Nadużywa się go tak, jak swego czasu my szafowaliśmy hasłem ”imperializm”. To samo z neoliberalizmem. Chwilami mam wrażenie, że słowo to utraciło wszelką treść. Kiedy usiłujemy trochę usprawnić pracę uczelni, studenci oskarżają nas o neoliberalizm. Jestem człowiekiem lewicy, ale czy z tego powodu mam być przeciwny efektywności?

Jürgen Hoffmann jest m.in. autorem eseju, w którym twierdzi, iż niewiele spośród tzw. globalnych zjawisk zasługuje na to miano. Większość obrotów handlu wciąż przypada na Europę Zachodnią, Amerykę Północną i Azję Południowo-Wschodnią, podobnie z inwestycjami. Nie jest zatem prawdziwe twierdzenie, że kapitał płynie do krajów o niskich płacach. Przeciwnie, wykazuje on osobliwe upodobanie do rejonów o wysokich pensjach, silnych związkach zawodowych i z dobrze rozwiniętym systemem zabezpieczeń socjalnych, przekonuje Hoffmann, dodając, że 80 procent niemieckich inwestycji bezpośrednich trafia do takich obszarów. Dlaczego?

Dlatego, że również kapitał ceni sobie poczucie bezpieczeństwa, a bardziej jeszcze wysoką wydajność, pod tym zaś względem najlepiej zarabiający są nadal bezkonkurencyjni. Kiedy niemiecka firma inwestuje za granicą, w ośmiu wypadkach na dziesięć robi to, by podbić nowy rynek, a nie, by obniżyć koszty płacowe.

Zdaniem Hoffmanna, w zasadzie jedno tylko zjawisko uzasadnia mówienie o globalizacji – to samo, które kazało Göranowi Johnssonowi wzdychać za dawnym fabrykantem. Ten nowy wróg ma wiele określeń: hiperkapitalizm, kapitalizm kwartalny, kapitalizm bez kapitalistów, kapitalizm akcjonariuszy, ekonomia kasyna…Wszystkie nawiązują do tego samego: że nagle oto pieniądze i produkcja zostały od siebie oddzielone.

Przez wieki przedsiębiorstwa zależały od dobrze znanych właścicieli i dyrektorów, aż tu niespodziewanie znalazły się w rękach masy anonimowych rentierów. Nowych właścicieli nie obchodzi zbytnio, co się produkuje, po co, ani dla kogo. Zależy im jedynie na zysku. Gdy go im mało, przenoszą swoje pieniądze, często wszyscy naraz i tak szybko, że w ciągu jednego popołudnia przysporzyć mogą koncernom – a nawet państwom – poważnych kłopotów.

Francuski bankier, Michel Albert, ujmuje to tak, że kiedyś firmy konkurowały o klientów, surowce i rynki. Teraz muszą dodatkowo rywalizować o właścicieli.

Nie tylko marksiści twierdzą, iż dopiero teraz zdaje się ziszczać karykaturalny wizerunek kapitalisty, który myśli jedynie o zysku. Czemu tak późno? I dlaczego w tak dziwacznej postaci? Przez sto lat oskarżano gospodarkę rynkową, że koncentruje zbyt wiele władzy w rękach nielicznych. Z nowymi właścicielami jest całkiem inaczej. Wydają się absolutnie rozproszeni w swej władzy, wyjąwszy chwile, gdy niczym spłoszone stado bawołów rzucają się pędem w tym samym kierunku. Angielskojęzyczni ekonomiści mówią ładnie, że kapitał finansowy jest zbyt ”płochy” (volatile – niestały w uczuciach), by umożliwić długofalową przedsiębiorczość.

To przedziwna ironia losu, że ów ”brak odpowiedzialności” kapitału bierze się stąd, iż stał się on zbyt ludowy. Wśród co bardziej ortodoksyjnych krytyków globalizacji, nie wyłączając ruchu Attac, winą jak zwykle obarcza się ”wielki kapitał”. Ale to właśnie reakcje ”drobnego kapitału” każą związkom zawodowym z żalem wspominać fabrykanta. Zapytany, co doprowadziło do powstania kapitalizmu w tej czystej postaci, były socjaldemokratyczny minister finansów Szwecji, Kjell-Olof Feldt, odpowiada: ”Masa chciwych ciułaczy, odkładających do emerytury, którzy chcą jak największych odsetek”. To ich pieniądze, ulokowane w konkurujących ze sobą funduszach inwestycyjnych, destabilizują gospodarkę.

”A będzie coraz gorzej, bo ludność krajów bogatych coraz szybciej się starzeje, zaś ich emerytury w coraz większym stopniu lokowane są w funduszach inwestycyjnych. Wyliczono, że za 15 lat miliard emerytów dysponować będzie kwotą 300 bilionów dolarów. Nastąpi niesłychana pogoń za dywidendą, która stanie się zdecydowanie większym utrapieniem niż cała ta reszta, którą nazywa się globalizacją”. Zdaniem Feldta to nie ilość pieniędzy, a liczba ich właścicieli jest problemem. W Szwecji i w Niemczech, o USA nie wspominając, liczba akcjonariuszy znacznie przewyższa już liczbę członków związków zawodowych. ”Zarządzający funduszami nie są w zasadzie kapitalistami, nie pielęgnują ani nie przetwarzają swojego kapitału, chcą tylko widzieć, jak przyrasta z kwartału na kwartał. Co oznacza, że uzależniony od funduszy akcyjnych szef firmy będzie kiepskim kapitalistą. Nie odważy się przecież podjąć żadnego ryzyka, dużych inwestycji, które zagrozić mogą kursowi akcji.”

Nie, Marcus Wallenberg nie sprzedał akcji Ericssona, gdy firma była w tarapatach. Emeryci naturalnie sprzedają, co jest równie zrozumiałe jak to, że szef metalowców nie życzy sobie tak niestałych właścicieli przedsiębiorstw. Miarą przemian niech będzie fakt, iż Göran Johnsson uważa, że prywatne spółki jak Investor czy Industrivärden (spółki inwestycyjne posiadające kontrolne pakiety akcji w dużych szwedzkich firmach, np. ABB, Ericsson, Volvo) wykazują się większą odpowiedzialnością za przyszłość gospodarki niż zdominowany przez lewicę szwedzki parlament.

Johnsson wie, o czym mówi, sam został ”zglobalizowany” przez tenże parlament, który mianował go członkiem zarządu jednego z funduszy emerytalnych. Zgodnie z dyrektywą ma tam dopilnować, aby 130 emerytalnych miliardów osiągnęło możliwie największy przyrost. Ma się więc zachowywać jak chciwi emeryci, a nie jak Wallenberg. Johnsson mówi, że zobowiązany jest podporządkować się demokratycznie podjętej decyzji, będzie jednak walczył o zachowanie ”ducha funduszu”.
Pozostaje pytanie, czy znajdzie poparcie dla swojej opozycji. Gdy w roku 1999 szwedzka centrala związkowa LO zapytała zrzeszone związki, czy chcą, by ich środki emerytalne zainwestować tak, by przyczyniały się do wzrostu zatrudnienia, poprawy warunków pracy lub promocji innych wyższych wartości, odpowiedzią było głośne ”nie”, przypomina Kjell-Olof Feldt. Związki chciały możliwie najwyższego zysku. Innymi słowy: fundusze etyczne – proszę bardzo, ale nie za nasze pieniądze.

Johnsson i Feldt nie są osamotnieni. Były dyrektor sztokholmskiej giełdy Bengt Ryden publicznie ubolewał, że w ekonomii, w której inwestorzy jedynie ”gonią indeks”, nikt nie czuje się odpowiedzialny za przyszłość. Były przewodniczący włoskich metalowców, obecnie postkomunistyczny członek Parlamentu Europejskiego, Bruno Trentin, mówi, że lewica musi pomóc dyrektorom w odzyskaniu władzy w przedsiębiorstwach. Więcej władzy dla dyrektora – hasłem robotniczym? ”Tak! Ale również większa kontrola związków nad przedsiębiorstwem. Chacun faisant son metier (Niech każdy robi swoje).”

Gdy szefowie giełd oraz eurokomuniści czują się zmuszeni bronić ducha kapitalizmu przed parlamentem i własnymi emerytami, trzeba uznać, że nastąpił pewien przełom. Skąd jednak ta destrukcyjna władza seniorów, o którą przecież nie prosili?

Jest wiele odpowiedzi na to pytanie. Jedna, dość idealistyczna, bierze za punkt wyjścia fakt, iż na początku było słowo.

Neoliberalna ideologia, która głosiła, że im więcej wolności dla kapitału, tym lepiej dla wszystkich, w latach 80. opanowała nie tylko Anglię i Amerykę, lecz również poczciwe państwa dobrobytu. Porzucając swoje ambicje socjalne, zabrały się one do usuwania przeszkód na drodze pieniądza. Skąd to wiarołomstwo?

Niektórzy twierdzą, że to za sprawą muru. W swej książce ”Kapitalizm kontra kapitalizm” Michel Albert przypomina smutny los francuskiej prawicy. Ponieważ część jej kolaborowała z nazistami, po wojnie większość spuścizny ideowej konserwatyzmu nabrała nieco podejrzanej reputacji. Wykorzystując ten fakt, francuska lewica przez blisko trzydzieści lat mogła dominować w społecznej debacie, w kulturze i na uniwersytetach, a niektóre pojęcia wyprzeć z obiegu: moralność, rodzinę, naród, Gemeinschaft (wspólnotę)… Oczywiście nie było to tak do końca fair wobec konserwatyzmu. Tak jak niesprawiedliwe jest, że upadek komunizmu przynosi podobne konsekwencje lewicy. ”Uspołecznienie”, ”plan” czy nawet ”równość” budzą nieodpowiednie skojarzenia i utrudniają mobilizację przeciwko liberalizmowi gospodarczemu.

Mocy słowa nie należy lekceważyć. Sam jednak skłaniam się ku interpretacji materialistycznej. Oszczędności emerytów rozpoczęły inwazję na świat dziesięć lat przedtem, zanim Reagan proklamował swoją rynkową rewolucję. Jak w każdym prawie momencie historii jednoznaczne na pozór przemiany mają wiele niezależnych od siebie przyczyn.

Jeszcze 14 sierpnia 1971 r. posiadacz 35 dolarów mógł je wymienić na uncję czystego złota. Dzień później już nie. Wojna w Wietnamie i realizowany przez Lyndona Johnsona program budowy dobrobytu nadwerężyły dolara do tego stopnia, że konieczna była separacja banknotu od kruszcu. Tym samym niepewna stała się wartość marki, podobnie jak franka czy korony.

Mniej więcej w tym samym czasie na rynki wypłynęły miliardy petrodolarów, szukające dogodnych lokat. Była zatem podaż. Żeby jednak powstał rynek, potrzebny jest jeszcze popyt. Ten pojawił się w większości europejskich krajów dobrobytu. Karmieni pięknymi obietnicami obywatele oczekiwali dalszych reform. Lecz z powodu żółwiego tempa wzrostu gospodarczego i galopujących cen ropy, w kasach tych państw prześwitywało dno. Żeby być nieco prowokacyjnym, można powiedzieć, że globalny rynek finansowy powstał m.in. dla zaspokojenia potrzeby dobrobytu na kredyt.

Udział w tym rynku ma swoją cenę. Państwo, które likwiduje ograniczenia w przepływie kapitału przez swoje granice, wystawia się na ocenę maklerów. Jeśli nie chce odpływu inwestycji lub pragnie utrzymać niskie oprocentowanie kredytów, zmuszone jest, jak każdy klient banku, dbać o swoją wiarygodność. Nie pożyczać ponad stan, nie dopuszczać do inflacji itd. Oznacza to, że kraje, które zgodnie z receptą Keynesa stymulują rozwój gospodarki lub finansują reformy ze środków kredytowych, podejmują większe ryzyko. Na domiar złego, ku zgrozie wielu polityków, państwa na rynku światowym zachowują się jak szwedzkie gminy: próbują przyciągnąć inwestycje poprzez ulgi podatkowe i inne prezenty.

To właśnie mają na myśli krytycy mówiąc, że ”rynek zawładnął polityką”.

MACIEJ ZAREMBA
3.Nigdy w niedzielę!

RZECZPOSPOLITA, 18.08.01 Nr 192

Kilka lat temu francuskie związki zawodowe manifestowały przed magazynem IKEA w Paryżu. Przyczyną niezadowolenia był fakt, że firma zaczęła zapraszać klientów również w niedzielę. – Typowy przejaw amerykanizacji! – słychać było wzburzone głosy. – Zamach kapitału na niedzielny spokój paryżan i personelu. Wystarczy, że rynek zalał już całą przestrzeń, nie pozwolimy, by rozpanoszył się w całym czasie!

Niemal w tym samym czasie włoscy związkowcy demonstrowali w Rzymie, aczkolwiek pod całkowicie odmiennymi hasłami. Domagali się, mianowicie, zniesienia odwiecznego zakazu handlu w niedzielę.

Streszczając jednym zdaniem to, co wydaje się być sednem krytyki globalizacji: racjonalność gospodarcza wypiera inne wartości. Zysk staje się ważniejszy niż tradycja, kultura czy społeczne zobowiązania. – Cash is fact, everything else is opinion (Gotówka jest faktem, wszystko inne to opinie) – podsumował sprawę pewien brytyjski ekonomista.

Czy naprawdę rynek wszędzie daje takie rezultaty? I czy za każdym zwycięstwem księgowych rzeczywiście kryje się kapitał?
W Gauting pod Monachium, w połowie drogi między Paryżem a Rzymem, mieszka Jan Berg – filozof, pisarz, wydawca i komentator dzieł wszystkich matematyka Bernharda Bolzano. Nie będzie, niestety, dyskutował ze mną o globalizacji, gdyż jako filozof twierdzi, że potrafi rozpatrywać tylko jako tako zdefiniowane pojęcia. – Cóż więc pan redaktor ma na myśli? – pyta mnie.
Kanapki ważniejsze od mego trawnika

Próbuję streścić debatę, a gdy dochodzę do tezy, że ponoć amerykanizują się nam obyczaje, Berg przerywa. Usłyszał już dosyć. Owszem, proszę bardzo, życzyłby sobie, by Gauting poddano gruntownej globalizacji – im szybciej, tym lepiej. Mógłby wtedy kosić swój trawnik po południu, kiedy pasuje to jemu, ale nie gminie, która zabrania wszelkich hałasów między dwunastą a piętnastą. – W dni powszednie! Zamierają nawet place budowy! Wtedy bowiem gospodynie domowe odbywają poobiednią drzemkę. Zakłada się, że wstały wcześnie, by przyszykować kanapki dla męża i dzieci.

Gauting nie leży w ustronnej alpejskiej dolinie. To willowa osada, położona piętnaście minut od Monachium, w samym środku Bawarii, najnowocześniejszego bodaj regionu przemysłowego Europy. Lecz także w Monachium ludzie wychodzą po zakupy z własną siatką i gardzą Skandynawami, którzy przy stole rozmawiają o pieniądzach.

Nie, w Monachium globalizacja nie jest tematem do rozmowy. Pisarz Hans Magnus Enzensberger podejrzewa, że jest ona głównie tworem medialnym: – To, o czym krzyczą nagłówki gazet, niekoniecznie obchodzi ludzi. Nie jest pewien, czy w ogóle chce posługiwać się tym pojęciem. – Jest coś podejrzanego w zjawisku, o którym każdy zdaje się móc napisać książkę. Nie podoba mi się też idea, która próbuje objąć całokształt zjawisk i zredukować wszelkie sprzeczności. To totalitarne podejście.

Enzensberger woli mówić o sprzecznościach. Już trzydzieści lat temu twierdzono, że na skutek kurczenia się świata ujednolicą się kultury i zanikną wszystkie dialekty. – Nic takiego nie nastąpiło. Teraz Zygmunt Bauman pisze książkę o tym, że w globalnym świecie ”ruchliwi” zostawiają w tyle ”lokalnych”, zasiedziałych. Czyżby? Mam chatę w Dolnej Bawarii – jaki będzie u was odpowiednik? Zapadła Smålandia? (region w Szwecji, symbol ciemnogrodu – przyp. tłum.) To kraina głęboko katolickich chłopów, mówiących niezrozumiałym dla nikogo dialektem. Jeden hoduje białe pawie na eksport do Arabii Saudyjskiej, inny sprzedaje złocone ramy do USA. Niedawno zaś w sąsiedniej wsi ktoś założył ”inicjatywę lesbijską”. Czy świadczy to o naszych przesądach?

– O kapitalizmie powinno się mówić w liczbie mnogiej – twierdzi Enzensberger. – Ten amerykański, gdzie sukces jest obowiązkiem, to jedno. W Europie jednak pieniądze to nie wszystko.

Kapitalizm w liczbie mnogiej. Ktoś, kto w Uzés (miejscowość w południowej Francji, 7800 mieszkańców) chce kupić świeży chleb, pomidory, ”Fausta” Goethego, tytoń, wtyczkę z uziemieniem, coś na ból gardła i angielską gazetę, będzie musiał odwiedzić siedem różnych sklepów. Kto te same rzeczy będzie chciał nabyć w szwedzkim miasteczku, cztery z powyższych artykułów dostanie w najbliższym samie. Pozostałych nie kupi wcale.

Próbując zrozumieć, dlaczego we Francji na tysiąc mieszkańców przypada sześć razy więcej księgarń niż w Szwecji, lub też czemu w najmniejszej nawet dziurze główną ulicę zdobi bar, a nie kiosk z hot dogami, szybko odkryjemy, że nie istnieje coś takiego jak ”wolny rynek”.

Jak mleko, to tylko w aptece

Gdy chcesz sprzedawać jedną gazetę, musisz zobowiązać się do sprzedawania również wszystkich innych na takich samych warunkach – nakazuje francuska polityka kulturalna. Substytuty mleka z piersi są lekami i jako takie mogą być sprzedawane wyłącznie w aptece – głosi inne rozporządzenie (ku zrozumiałej irytacji właścicieli samów). Apteka jest prywatnym sklepem, ale nie będziesz posiadał dwu, mówi prawo niemieckie. Tytoń w swoim barze możesz sprzedawać pod warunkiem, że odziedziczyłeś ten przywilej po którymś z weteranów Bonapartego. Książkowa nowość nie jest zwykłym towarem, a międzyobywatelskim przekazem, dlatego powinno się ją sprzedawać po takiej samej cenie, jak w innych księgarniach. Możesz handlować odzieżą lub artykułami spożywczymi. Lecz nie jednym i drugim w tym samym sklepie.

Żadnego z tych przepisów nie da się raczej pogodzić z zasadą wolnej konkurencji, która rzekomo przyświeca Unii. Niektóre z nich kłócą się nawet z poczuciem sprawiedliwości. Dlaczego pewne przywileje gospodarcze miałyby być dziedziczone? Nie ulega jednak wątpliwości, że regulacje te w większości przyczyniają się do zachowania krajobrazu kulturalnego. We Włoszech, gdzie panuje największa handlowa różnorodność (jeden sklep na 100 mieszkańców, wobec jednego na 220 osób we Francji i w Niemczech), obowiązują najbardziej chyba zagmatwane przepisy i ograniczenia (co oczywiście sprzyja korupcji).

Supermarkety od dziesięcioleci apelują do Unii, by ukróciła te praktyki. Niedawno austriacki koncern wydawniczy Libro zwrócił się do Trybunału Unii o zlikwidowanie niemieckiego systemu stałych cen na książki. (Wydawca ustala cenę, która obowiązuje wszystkich księgarzy). Trybunał stwierdził jednak, że wartości kulturalne mogą uzasadniać ograniczenie konkurencji. Następnie Parlament Europejski dosypał soli do ran rezolucją, według której ”książka, stanowiąc wartość kulturalną a zarazem towar handlowy, ma wymiar podwójny”.

Budynki Unii Europejskiej w Luksemburgu sprawiają wrażenie rozsypanych ręką dziecka klocków lego. W jednym z nich urzęduje Piero Colla. Gdy nie tłumaczy unijnych dyrektyw (za co mu płacą), zabawia się badaniem antropologii komercjalizmu europejskiego. Fascynujący temat, zapewnia, choć nic w nim dla mnie, ja chcę bowiem zilustrować pojęcie tak zwanej globalizacji. Piero Colla: – Zdaje się ona polegać na tym, że prawica chce więcej wolności dla rynku, ale lewica staje okoniem, czyż nie? Rzeczywistość jest bardziej interesująca.

Jeśli chcę, by opadły mi łuski z oczu, powinienem zbadać na przykład koleje wojny czekoladowej.

Procent czekolady w czekoladzie

Wiosną 1998 r. do suchych notek gazetowych zaczął się wkradać agresywny język. Można było przeczytać o czekoladowych purytanach, kakaowych fundamentalistach.. Szczególnie utkwiło mi w pamięci sformułowanie ”społeczeństwa czekolado-purytańskie”. Co cechuje czekoladowego purytanina? Można by sądzić, że odmawia on sobie pralinek. W szwedzkich mediach słowo to pojawiło się w znaczeniu przeciwnym. Purytanin pragnął maksimum używki w łakociach.

Istotą sporu było, ile czekolady (czyli kakao) musi zawierać czekolada, aby jako taka mogła być sprzedawana w obrębie Unii. Nie było niespodzianką, że wielcy producenci, od Nestlé po Marabou (fabryka w Szwecji należąca do Kraft Food, drugiego po Nestlé koncernu spożywczego na świecie, która w wielu krajach nie mogła dotychczas sprzedawać swoich wyrobów jako czekolady), utworzyli lobby definicji niskokakaowej. Nie ulegało wątpliwości, o co toczyła się gra: o otwarcie nowych rynków dla namiastki, którą można by sprzedawać pod nazwą zarezerwowaną dla towaru wysokiej jakości.

Jak więc w Parlamencie Europejskim głosowali przeciwnicy globalizacji? Zieloni i czerwoni z Włoch byli przeciw deregulacji. Szwedzka lewica stanęła za wielkim przemysłem. Choć sami woleliby to ująć inaczej. Inger Schörling z partii Zielonych tłumaczy, że nie chciała, by szwedzki produkt uchodził za gorszy od francuskiego (najwyraźniej zdaje się jej, że Marabou jest firmą szwedzką). Marianne Eriksson z postkomunistycznej Partii Lewicy wyraziła się prościej: ”Głosowaliśmy zgodnie z interesem narodowym”.

Pożal się Boże. Przy tak patriotycznie oszołomionych antykapitalistach wielkie korporacje nie będą wkrótce potrzebowały lobbystów. Jak jednak świadczy to o istocie krytyki globalizacji, która każdą deregulację przedstawia jako niecne zagrania kapitału?

Już nie wie lewica, co czyni prawica

– Ideologia i retoryka – mówi Colla – są bardzo niepewną miarką. Lega Nord (partia włoskiej prawicy), podobnie jak Berlusconi, prześcigają się w peanach na rzecz liberalizacji rynków. Zaś gdy przychodzi co do czego, głosują najczęściej przeciw deregulacji, gdyż ich wyborcy rekrutują się spośród drobnomieszczaństwa. I odwrotnie: włoska lewica przeklina tradycyjnie kapitalizm, działając równocześnie na rzecz konkurencji, zwłaszcza gdy ta zdaje się dawać we znaki drobnym przedsiębiorcom.

– A jak było u was w Szwecji? – pyta Colla. – Czy to rzeczywiście kapitał zrównał niedzielę z wtorkiem, a książkę z pastą do butów?
W trakcie przechadzki po centrum Sztokholmu nie sposób poznać czy jest wtorek, czy niedziela. W Monachium lub Kopenhadze spacerowicz nie ma takiego problemu. W całej niemal Europie handel robi w niedzielę dzień przerwy.

Tore Jönsson, związkowy mąż zaufania, krzywi się, gdy przywołuję ten obrazek. Rozumiem go, to w końcu ilustracja jego porażki. Związek pracowników handlu opierał się do końca.

– Mieliśmy dobre, egzystencjalne argumenty – mówi Jönsson. – Osoba zmuszona pracować w niedzielę, pozbawiona jest normalnego życia rodzinnego.

W roku 1973, zanim jeszcze wymyślono neoliberalizm, Szwecja zniosła prawie wszystkie regulacje godzin pracy handlu. Nieco wcześniej państwo unieważniło umowę zakazującą księgarniom zaniżania cen książek. Były to bardzo radykalne reformy, które dziś, po trzydziestu latach, znalazły w Europie jedynie nielicznych naśladowców.

Najdziwniejsze w owym rozszerzaniu rynku było to, że sam rynek wcale tego nie pragnął. Co więcej – stawiał opór. Zarówno wydawnictwa, jak i handel chciały pozostać przy systemie stałych cen. Z wyjątkiem m.in. spółdzielczej sieci Konsum i ekskluzywnego domu towarowego NK zarówno detaliści, jak i związki zawodowe negatywnie odniosły się do propozycji handlu w niedzielę.

Również konsumenci, do których palącej potrzeby zakupów Konsum i NK się odwoływały, okazali się nieskorzy do zmiany niedzielnych przyzwyczajeń. Wielu chciałoby wprawdzie móc w niedzielę kupić kwiaty, lecz tylko co szósta osoba była zainteresowana zakupami spożywczymi. Jedyny wyjątek stwierdzono w Norlandii, na dalekiej północy. Tam ludzie uważali, że owszem, salony meblowe mogłyby być czynne w niedzielę. Przynajmniej zimą, aby można było przy świetle dziennym obejrzeć kanapy.

Skoro reforma miały tylu przeciwników, czemu ją wprowadzono? Ani konsumenci, ani kupcy nie rozumieli, co dla nich dobre, czytamy w projekcie ustawy. Ich niechęć wynikała z zakorzenionych nawyków. Było jednak nieracjonalne, by w niedzielę i wieczorem powierzchnie handlowe i kapitał ”leżały odłogiem” (niedostateczne wykorzystanie kapitału). Ponadto gospodarka potrzebowała siły roboczej, czyli robiących zakupy kobiet.

Deregulacja przyniosła dokładnie takie konsekwencje, przed jakimi ostrzegali jej przeciwnicy. Duzi wyparli małych. Od roku 1970 liczba sklepów spożywczych zmalała w Szwecji o połowę, zamknięto wiele sklepów specjalistycznych. Przybyło za to supermarketów. Dla Torego Jönssona oznaczało to proletaryzację większości jego podopiecznych. Nie potrzeba przecież wykwalifikowanych sprzedawców, gdy klient sam zgarnia towar bezpośrednio z palety.

Wiadomo, co się stało z książkami. Szwedzkie księgarnie są dziś najdroższe w Europie, należąc przy tym do najgorzej zaopatrzonych, co od czasu do czasu bywa w Unii przytaczane jako odstraszający przykład chybionej deregulacji.

Nie zatrzymywałbym się przy tym zubożeniu handlowego krajobrazu, gdyby nie to, że wykorzystuje się je w debacie jako jeden z symboli ”neoliberalnej globalizacji”. To pewnie prawda, że w swoich niedzielno-zakupowych zwyczajach Szwedzi bliżsi są dzisiaj Amerykanom niż Duńczykom. Jak również to, że sztokholmska giełda, jako pierwsza w Europie (a może nawet na świecie), wprowadziła wieczorny handel akcjami, co, według reklamy, wymaga, by obywatele przestawili się na późniejsze jadanie kolacji.

Ośmielę się wystąpić tu z pewnym podejrzeniem. Być może istnieje więcej obszarów, gdzie mniej przyjemnymi skutkami modernizacji na siłę, przeprowadzonej w swoim czasie przez w pełni suwerenne państwa opiekuńczo-narodowe, obciąża się dziś konto globalizacji?

W kontynentalnej Europie jedynie Portugalia dopuszcza niedzielny handel na dużą skalę, opowiada Heike Jacobsen, socjolog z Dortmundu. Pozostałych libertynów odnaleźć można po północnej stronie kanału: Wielka Brytania (od czasów Margaret Thatcher), Irlandia, Szwecja i Finlandia. Oraz w pokomunistycznej Europie Wschodniej. W byłej NRD już dzisiaj, dwanaście lat po upadku muru, więcej jest hiper- i supermarketów, mniej zaś sklepów branżowych niż na zachodzie Niemiec. W którymś z miasteczek lokalne władze wprowadziły supermarket nawet do ratusza. Jacobsen podejrzewa, że ten fenomen bierze się z komunizmu. – Zdezintegrowane społeczeństwa są łatwym łupem dla agresywnej komercjalizacji.

A co uważa pani Jacobsen? Jako naukowiec nie może mieć zdania, odpowiada. A jako obywatel?

– Pracę wieczorem i w niedzielę – mówi – nazywa się po niemiecku ”unsoziale Zeiten”. Godziny aspołeczne. To trafne wyrażenie. Nie jest obojętne, jak społeczność organizuje swój czas. W Ameryce większość uważa, że to obojętne. Kiedy ta opinia zdobywa grunt w Europie, można mówić o globalizacji. Musimy zadać sobie pytanie: ”Do we need a common free time or don’t we?”. Czy potrzebny nam jest wspólny czas wolny, czy nie?

4. Jaja czy roquefort – chłopi układają menu

RZECZPOSPOLITA, 15.09.01 Nr 216

Gdy zapytać Francuzki, na czym polega globalizacja, może zwięźle i pogardliwie odpowiedzieć – malbouffe. Mniej więcej: ”żarło”.
Słowo to – wymyślone w sierpniu 1999 – ma już ugruntowaną pozycję w języku. Malbouffe to przede wszystkim McDonald’s, ironicznie skracany do McDo. Nie da się tego wytłumaczyć zmasowaną inwazją hamburgerów na Francję. Szwecja – rekordzistka Europy pod względem ”szybkiego jedzenia” – w stosunku do liczby mieszkańców ma dwa razy więcej tego typu stołówek, zaś pięć razy więcej niż Włochy.

Większość francuskich wrogów McDonald’sa nawet nie spróbowała ”ptysia z mięsem”. Walczą z samą ideą: posiłek jedzony w kwadrans, byle jak, byle gdzie, rękami, ten sam dla milionów, które powinny mieć identyczny gust. Zmysł smaku, czyli zdolność dystynkcji (rozróżniania) mieści się w mózgu, a nie w podniebieniu, twierdzi pisarz Paul Arias (autor ”Petit manuel anti-McDo” – ”Małego poradnika anty-macdonaldsowego”). I podpierając się filozofami Oświecenia konkluduje, że kto źle jada, jest kiepskim obywatelem. Istnieje ryzyko, że kto żre jak prosię, głosuje również jak świnia. Czyli z motłochem.

Można uważać, że to nazbyt pochopny wniosek. Kiedy jednak zostaje sformułowany w najbardziej gastronomicznej spośród wszystkich kultur, gdzie stół jadalny jest w równej mierze urządzeniem socjalnym, co kulinarnym, nie brzmi aż tak niedorzecznie.

Arias nie widzi zasadniczo różnicy pomiędzy ekonomiczną racjonalnością, która sprowadza jedzenie do wchłaniania pokarmu, a sowieckim totalitaryzmem, redukującym człowieka do roli trybu w maszynie państwa. Jedno i drugie niszczy jednostkę. Toteż walka z macdonaldyzacją, głosi pisarz, jest równoważna obronie kultury i demokracji przed antyhumanizmem o cechach globalizmu.

Mniam, mniam, czyli akt oporu

Co roku w marcu setki tysięcy Francuzów udają się do Porte de Versaille, by dokonać inspekcji osiągnięć rodzimych rolników, posmakować serów, porównać gatunki szampana. Paradują tam krowy w maneżach; dzieci mogą obejrzeć, skąd się bierze pasztet. Nie da się ukryć, że spacerując wśród tego przepychu, obalającego wszelkie teorie o racjonalnym wykorzystaniu przerwy śniadaniowej, mam wrażenie uczestniczenia w akcie oporu.

Jedynie hodowca krów rasy Belgian Blue burzy nastrój. Za obrzękłymi bydlętami (z wygolonymi płatami skóry, by uwypuklić kotlety) ustawił planszę, na której prześledzić można modyfikacje zwierzęcia w stosunku do wcześniej hodowanych egzemplarzy. 10 lat temu krowa tej rasy była o pół metra krótsza. Ta informacja wywołuje lekki popłoch wśród publiczności; szybko oddalamy się w stronę kozich serów.

Na obrzeżach targów odnajduję Bernarda Mosera, sekretarza generalnego Confédération Paysanne – organizacji zrzeszającej niemal co piątego francuskiego rolnika. Jeśli antyglobalizm ma jakąś globalną twarz, to należy ona do Joségo Bové, przewodniczącego tegoż związku. Dwa lata temu, uwięziony za sabotaż budowy restauracji McDonald’sa, Bové elokwentnie bronił swojej akcji (m.in. tymi samymi argumentami co Paul Arias). Od tamtej pory stał się bardziej znany w USA niż Jacques Chirac.

Obecnie owego niewysokiego wąsacza z fajeczką (Anglikom przypomina Wałęsę) widuje się na wszystkich antyglobalistycznych demonstracjach, od Seattle po Québec. Jest synem naukowca biogenetyka, był na uniwersytecie w Berkeley, później w środowisku lewicy 1968 roku. To właśnie on, obecnie hodowca owiec i producent sera roquefort, uczynił malbouffe symbolem wszelkich problemów, z którymi walczy Confédéation: wielkoskalowością (le productivisme), wypieraniem gospodarstw rodzinnych, chorobą szalonych krów, zmodyfikowanymi genetycznie roślinami, gorączkującymi owcami, zanieczyszczeniem środowiska, znęcaniem się nad zwierzętami i niedostatkiem na świecie.

– Globalizacja – mówi Bernard Moser – to przejęcie przez ekonomię władzy nad człowiekiem. Gdy człowiek zapomina, co jest w życiu istotne.

Na zboczach Alp w Dôme on i żona chowają 320 owiec. Mimo dotacji nie mają szans konkurować z masową produkcją jagniąt w Nowej Zelandii. ConfŽdŽration Paysanne uważa zatem, że Unia powinna być rolniczo samowystarczalna i zaniechać importu baraniny z antypodów oraz soi z Brazylii. W imię jakości i różnorodności. – Jestem nie tylko rolnikiem, pielęgnuję również krajobraz kulturalny – mówi Moser.

Na przeciwległym krańcu terenów targowych ma stoisko ”produktywista” Willy Nussbaumer z Alzacji. Jego FNSA, z której w 1987 r. wystąpił Bové i jego przyjaciele, zrzesza większość francuskich rolników. – Sto milionów jaj – przedstawia się wręczając wizytówkę.

Tyle uzyskują każdego roku on i jego 40 pracowników. Chciałby przy tym szczególnie podkreślić – bez dotacji. A kury? – Owszem, ćwierć miliona.

Na dźwięk nazwiska Bové, Nussbaumer pochmurnieje. – Ten kryminalista śmie nazywać siebie przywódcą chłopskim? Gdyby każdy prowadził gospodarstwo jak on, pomarlibyśmy z głodu! A różnorodność, jakość i krajobraz kulturalny? Nussbaumer wzrusza ramionami. – Łatwo mu mówić, ale ludzie nie żyją roquefortem. Proszę mi uwierzyć, moi klienci nigdy nie pytają o jakość. Obchodzi ich wyłącznie cena. Ludzie chcą mieć pieniądze na urlop i samochód.

Wyjątkowo przyzwoita propozycja Unii

Jak pogodzić oba stanowiska? Chcemy tanich jaj i wybornego roqueforta. Ostatecznie to ludzie pokroju Naussbaumera – giganci efektywności – są tajemnicą dobrobytu w zachodnim świecie. (Dowiaduję się, że nominalna cena masła nie uległa w Niemczech zmianie od ponad 40 lat!) Nietrudno jednak zrozumieć racje Mosera. Bój, do którego nawołuje, jest tym samym, który małorolni chłopi w Szwecji przegrali 30 lat temu. I tak jak wtedy nie brak ważkich argumentów: ekologia, różnorodność, jakość, krajobraz… Kto oglądał szwedzki serial ”Hem till byn” (”Do rodzinnej wsi”), wie, o jakie wartości toczy się gra. Choć w latach 70. nie mówiło się o globalizacji, tylko o restrukturyzacji.

Ale Francja to nie Szwecja. Osamotnieni szwedzcy małorolni marzli cierpliwie na placu Sergels torg w centrum Sztokholmu. Francuscy palą samochody, blokują drogi wjazdowe do Paryża, a mimo to mogą liczyć na sympatię rodaków.

Willy Nussbaumer i Bernhard Moser nie zgadzają się prawie w żadnym punkcie. Nussbaumer deklaruje, że hołduje konkurencji; Moser uważa, że Komisja Europejska powinna pilnować, by nie malała liczba gospodarstw. Gdy się o to spieramy, Komisja Europejska (żywo dopingowana przez Szwecję) rozważa umożliwienie 48 najbiedniejszym krajom świata bezcłowej sprzedaży na rynku Unii swoich produktów: bananów, cukru, ryżu, tekstyliów. To wyjątkowo przyzwoita propozycja, Unia nie żąda bowiem w zamian, by Nepal czy Burkina Faso otworzyły swoje rynki dla produktów europejskich. Także ONZ popiera projekt, twierdząc, iż w ten sposób kraje te mogą zarobić ponad 100 milionów dolarów, czyli ponad dwa razy więcej niż wynosi pomoc, którą obecnie otrzymują.

– Nigdy w życiu – mówi Nussbaumer – konkurencja, owszem, ale fair. Założę się, że w Nepalu nie płacą składek na ubezpieczenia społeczne.

Moser oświadcza, że stara się być solidarny z biednymi i dlatego sceptycznie odnosi się do tej propozycji. – To trąci ultraliberalizmem. Uzależnienie się od eksportu nie wyjdzie Trzeciemu Światu na zdrowie.

Czy to nie zadziwiające, że z tak diametralnie różnych punktów można dojść do dokładnie takiego samego wniosku? Lobby cukrowe w Brukseli ogłasza mobilizację przeciwko propozycji. Europejscy plantatorzy buraków cukrowych otrzymują dotowane 2 zł 60 gr za kilogram swojego cukru, którego nadwyżki sprzedają później na rynku światowym po 1 zł, konkurując z Bangladeszem i Zimbabwe. Czy to nie najlepsza okazja dla Confédération Paysanne i Attacu, by wychodząc na ulice poruszyć opinię przeciwko finansowaniu z naszych podatków wojny handlowej z biedakami?

Bogatą Europę stać na przegraną

Sekretarz generalny Attacu, Pierre Tartakovsky mówi, że o powyższej propozycji nie słyszał. Dierek Hirschel, młody aktywista z Hamburga, nie wie, co ma sądzić, nie chce zaś powiedzieć czegoś, co mogłoby zostać odebrane jako poparcie dla wolnego handlu.

Thierry Delforge z brukselskiego oddziału Attacu, jest zdania, że każdy kraj powinien sam produkować swoją żywność. Maud Johansson z Forum Syd w Sztokholmie uważa, że propozycja wolnego handlu jest dobra, ale że są ważniejsze sprawy. Jedynie Felix Kolb, rzecznik niemieckiego Attacu, mówi otwarcie: – Globalny handel zawsze tworzy przegranych. W tym wypadku przegrywają bogaci, co jest jak najbardziej słuszne. Europę stać na to. To jednak jego prywatna opinia. Attac nie wypowiada się w tej kwestii.

Rezultat: Dwa tygodnie później lobby cukrowe odnosi zwycięstwo. Rwanda, Burundi, Somalia i cała reszta będą musiały grzecznie poczekać prawie 10 lat, by móc konkurować z Włochami i Francuzami na takich samych warunkach.

– To typowe – mówi Bruno Trentin, który swego czasu jako jeden z pierwszych europejskich związkowców poparł ”Solidarność”. – Zaczyna się od moralnej krytyki globalizacji w imię solidarności, a kończy wykluczaniem ubogich krajów, szukających dla siebie miejsca na światowym rynku. Attac jest doprawdy bardzo wspaniałomyślnym ruchem. Znajdzie się miejsce również dla protekcjonistów.

Mało nie spóźniłem się na nasze spotkanie. Budynek Parlamentu Europejskiego, gdzie Trentin reprezentuje włoskich socjalistów, otoczyły traktory i armatki wodne. To belgijscy, francuscy i holenderscy rolnicy domagali się rekompensaty za niesprzedane krowy. Ta demonstracja w niczym nie przypominała radosnych festynów antyglobalistów w Pradze czy Seattle. Tutaj były zawzięte twarze, nieprzyjazne spojrzenia i ciężkie przedmioty w kabinach traktorów. Po drugiej zaś stronie niezwykle ostrożne, by nie powiedzieć wręcz uprzejme oddziały policji.

Nie twierdzę, że jako pierwszemu udało mi się rozgryźć politykę rolną Unii. Rozumiem wszakże, iż powstała z obawy przed rewoltą chłopów. Przekwalifikowanie się ze spawacza na kierowcę tira to zmiana zawodu. Porzucenie gospodarstwa jest rezygnacją z formy życia. Dlatego architekci Unii zdecydowali się jak najbardziej opóźnić społeczne efekty wolnego rynku na tym polu, nawet za cenę połowy unijnego budżetu. Emigrowały stocznie, polikwidowano kopalnie, zautomatyzowano przemysł tak dalece, aż samo pojęcie klasy robotniczej stało się problematyczne i nieatrakcyjne jako mobilizujący slogan. Europejska klasa chłopska została zaś żywcem przeniesiona w postmodernizm. Czy to nie interesujący paradoks? I oto dziś stoją tu, na ulicach Brukseli, nie potrzebując doprawdy żadnej ideologii, by zrozumieć potrzebę walki z rynkiem globalnym.

Za solidarność trzeba płacić?
W krytyce globalizacji dwuznaczne jest to, uważa Bruno Trentin, że wielu z tych, co powołują się na solidarność i wyższe wartości, często tak naprawdę broni własnego interesu. Życzyłby sobie, by antyglobaliści – jak również jego koledzy w parlamencie – mieli odwagę powiedzieć, że wolny handel w wielu wypadkach może być dla najbiedniejszych krajów korzystny, przyznając równocześnie, że koszt (przynajmniej na krótką metę) poniosą bogaci. Że, gdy przyjdzie co do czego, za solidarność trzeba być może będzie zapłacić.

– Nie przydaje to wiarygodności, gdy, jak w Seattle, demonstruje się na rzecz Afryki ramię w ramię z amerykańskimi związkami zawodowymi, które robią wszystko, by powstrzymać import z krajów Trzeciego Świata. Nie można być za rozszerzeniem Unii nie wspominając, że będzie ono oznaczało nowy podział pracy w Europie oraz zupełnie nowe warunki dla rolników we Francji, Hiszpanii i Włoszech.

Nie jest również uczciwe ciągłe narzekanie na USA, gdy to Europa wzniosła najwyższe bariery handlowe dla Trzeciego Świata.
Trentin jest gorącym zwolennikiem rozszerzenia Unii, obawia się jednak, że może ono doprowadzić do zrywów chłopskich oraz dać nową szansę europejskim ksenofobom. Co może więc powiedzieć Bernardowi Moserowi i jego przyjaciołom?

– Że zamiast rzucać kłody pod nogi wydajnym producentom czy walczyć o zapory celne, powinni zaakceptować międzynarodowy podział pracy i postawić na to, w czym są najlepsi. Jakość, ekskluzywność, rzemiosło. Światu potrzebna jest tania żywność, lecz są miliony takich jak ja, którzy chętnie zapłacą podwójną cenę za prawdziwego roqueforta. Czy wie pan, że w Weronie każdego dnia ląduje samolot z rumuńskimi butami? Czy mamy temu przeciwdziałać? Czy powiedzieć, ależ naturalnie, teraz kolej Rumunów produkować tanie obuwie. My możemy robić to drogie, z którym oni sobie nie radzą. Na razie…

5.Wszystkie epoki spotykają się w Brazylii

RZECZPOSPOLITA, 13.10.01 Nr 240

Już po drodze z lotniska widzę grupkę nędznych budek pod mostem oraz ciężarówkę z napisem: ”Uwaga! Ładunek nadzorowany satelitarnie”. Zaraz potem dostrzegam biuro Ericssona, niemal identyczne z bunkrem firmy w Midsommarkransen pod Sztokholmem. Globalna jednolitość oraz kapitalizm, który z kosmosu strzeże swej własności przed obdartusami. Jakiej jeszcze globalnej symboliki może pragnąć reporter?

A potem São Paulo – gmatwanina ruder i drapaczy chmur, niepostrzeżenie przechodząca w chaos autostrad, szop, terenów przemysłowych oraz ziemi niczyjej. Osiedla klasy średniej z własnymi sklepami i strażnikami za wysokim, żelaznym ogrodzeniem oraz byłe parki pełne namiotów z worków plastykowych. Na wietrzejących ścianach logo wszystkich światowych koncernów, na chodnikach pogrążone we śnie dzieci. Siedemnaście, może dwadzieścia milionów mieszkańców – dokładnie nie wiadomo. W większych przedsiębiorstwach częstym dodatkiem do pensji bywa samochód opancerzony.

Znajdziesz tu każde zło

Nie ma takiego frazesu na temat globalizacji, który nie znalazłby ilustracji w dzisiejszej Brazylii. Przykładem gospodarki rabunkowej są wycinane lasy tropikalne Amazonii, bezprawia – szwadrony śmierci. Jest bezprecedensowy dług zagraniczny, 12 milionów porzuconych dzieci, 20 procent analfabetów, raczej symboliczna publiczna służba zdrowia oraz socjaldemokratyczny rząd prywatyzujący przedsiębiorstwa. Jest prywatne w praktyce sądownictwo – jeśli ktoś ma pieniądze lub znajomości, ma również rację.

I ci ludzie! Najbardziej ”zglobalizowani” ze wszystkich: żółci, biali, czarni, Indianie, Mulaci, Metysi i wyjątkowej urody niedocieczone mieszanki. Podobno na giełdzie fałszywych paszportów brazylijski ma najwyższe notowania, posiadacz takowego może bowiem wyglądać jak Pelé, Mao Zedong czy Marlena Dietrich lub jak potomek wszystkich trojga.

Zanim karierę zrobiło słowo globalizacja, biali nacjonaliści posługiwali się ”brazylizacją” jako dowodem, że tylko narody o wspólnych korzeniach mogą tworzyć przyzwoite społeczeństwo. Brazylia nie jest przyzwoita. Nie była również 40 lat temu, kiedy nikt jeszcze nie mówił o globalizacji, choć można było odnieść wrażenie, że toczy się pełną parą.

W latach 1880 -1889 w samym São Paulo osiedliło się 183 tys. Europejczyków. W roku 1920 na terenie stanu mieszkało 800 tys. obcokrajowców. Na chybił trafił otwieram rejestr w muzeum imigracji: nazwiska francuskie, rosyjskie, japońskie. Odnajduję prawie każde, również swoje.

Jak potoczyły się losy rodaka? Czy pozostał w Amazonii jako seringueiro lub seringalista? Pierwsi na niewolniczych warunkach, pod groźbą pistoletu ściągali żywicę z drzew kauczukowych, drudzy sprzedając kauczuk klientom takim jak Dunlop i Goodyear, gromadzili majątek. Gumowi baronowie nie mieli naturalnie satelitów do nadzorowania swych bogactw; ich globalna ekstrawagancja sięgała jednak dalej – brudy do prania wysyłali do Londynu. W roku 1896 nad Rio Negro wybudowali Teatro Amazonas. Stoi do dziś – neoklasyczny piętrowy tort w tropikalnej dżungli. Równie dobry symbol kurczącego się świata, jak McDonald’s przy Champs-Elysées.

Gagarin na innej planecie

Kiedy Jurij Gagarin wylądował w Brasilii, mieście-koszmarze, wydawało mu się, że znalazł się na innej planecie. Niesłusznie, rzecz jasna. To, co ujrzał, było globalizacją w wydaniu francuskim. Owa kpina z ludzkiego systemu nerwowego i ducha miejsca, za której przyczyną slumsy zdają się przytulne (mieszkańcy stołecznych favelas nazywają swoje siedziby ”antibrasilias”), nie jest owocem rynku, raczej szczytem osiągnięć planowania społecznego. (Któryż okres w historii doprowadził do większej urawniłowki kulturalnej niż lata 60. Le Corbusiera i Niemeyera? Kiedy pewnego dnia odkopią nas archeolodzy, nie znajdą szczególnie wielu hamburgerów. Ale na podstawie milionów identycznych klocków pobudowanych w Waszyngtonie, Sztokholmie, na Ursynowie czy w Dżakarcie, dojdą do wniosku, że żyliśmy pod rządami światowego reżimu, który takimi mieszkaniami karał opozycję.)

Jak rozpoznać nową globalizację wśród nadmiaru starej? Tutaj zlewają się epoki i kontynenty, na ruinach futuryzmu kwitnie średniowiecze.

– Jeśli zimą będą przerwy w dostawie prądu, to przez globalizację – mówi Ernesto.
Posłużył się tym wyrazem już wcześniej, gdy zapytałem, czy mógłby nie przejeżdżać na czerwonym świetle.

– Ja tylko słucham zaleceń policji – odpowiedział. – Nie radzą zatrzymywać się po zapadnięciu zmroku. To pora rabunków.
Wracaliśmy po obiedzie w skromnej restauracji. Było nie drożej niż w Sztokholmie – 300 koron (120 zł), połowa minimalnej pensji.

Dla Ernesta Soto, dziennikarza, niegdyś uchodźcy politycznego najpierw w Chile, potem w Szwecji, globalizacja to to samo, co neoliberalizm. To ona zmusza rząd do sprzedaży elektrowni Francuzom, co prowadzi do zwolnień, większego bezrobocia, wzrostu liczby napadów. – To nie globalizacja doprowadziła w Brazylii do nędzy – mówi Ernesto – ale przez nią trudniej cokolwiek z tym zrobić.

Przecież to nie konspiracja!

Jest 1 maja. Oglądamy wiadomości przekazywane przez korporację Time Warner. W Belo Horizonte zamaskowani demonstranci protestują przeciw globalizacji. Palą izraelską flagę, pytam, czemu właśnie ją. Ernesto nie wie. Nie, doprawdy nie rozumie.

Sebastiao Cruz też nie rozumie. Ale nie jest zdziwiony. – Istnieje tendencja, by opisywać globalizację jako siłę zewnętrzną, jako projekt – mówi. – Za projektem musi się kryć pewien zamysł, czyjaś wola. Gdzieś ktoś ma jakiś plan. Na przykład: neoliberalne rządy ramię w ramię z międzynarodowym kapitałem. Ale globalizacja nie jest konspiracją. To niepodlegająca niczyjej kontroli historyczna transformacja sił produkcyjnych plus cała masa ścierających się ambicji politycznych.

Cruz jest politologiem w Cedec (Centro de estudos de cultura de contemporanea – centrum badań kultury współczesnej) w São Paulo i wyraźnie irytuje go debata globalizacyjna: – Wychodzi się od stwierdzenia, że świat się kurczy, co jest prawdą, a potem robi logiczną woltę i od razu przedstawia stan świata jako konsekwencję tego procesu, co jest zupełnym absurdem.
Bardzo trafna obserwacja. Sam zauważyłem, że ów wyraz na ”g” miewa taki sam efekt, co pytanie ”jak leci”. Po dwóch minutach każdy opowiada, co mu leży na wątrobie.

Cruz: – Faktem jest, że prywatyzacja i oszczędności budżetowe pogłębiają nędzę w Brazylii. Owszem, można nazwać to polityką neoliberalną. Ale globalizacją?

Sebastiao Cruz jest zdania, że ci, którzy utożsamiają globalizację z neoliberalizmem, ulegają halucynacji. To, że różne zjawiska podobnie się objawiają, nie oznacza, że mają takie samo źródło.

Cruz: – To prawda, że ideologia państwa opiekuńczego przeżywa kryzys. Można mówić wręcz o kryzysie globalnym. Kiedy jednak przyjrzymy się każdemu krajowi z osobna, odkryjemy, że państwa redukują swe zobowiązania i prywatyzują przedsiębiorstwa z zupełnie odmiennych powodów. Jedne dla uporania się z korupcją, niektóre – by poprawić efektywność, jeszcze inne – jak Brazylia – w wyniku braku środków, spowodowanego zadłużeniem i chroniczną niezdolnością do ściągania podatków.

Zwroty ku liberalizmowi w Chile w roku 1976, w Argentynie w 1983 oraz we Francji Mitterranda w latach 1983 – 1984 mało mają ze sobą wspólnego poza tym, że wypadły mniej więcej w tym samym czasie.

– Ideologia neoliberalna – twierdzi Cruz – jest raczej następstwem niż przyczyną niedostatków państw dobrobytu. Dlaczego miliony biednych głosują na Cardoso, wyprzedającego firmy państwowe, gdy istnieje wiele opcji socjaldemokratycznych?
– Dlatego – odpowiada sam sobie – że nawet biedacy przestali wierzyć, iż państwo brazylijskie poradzi sobie z zarządzaniem majątkiem społecznym. Mają w pamięci lata 80., gdy inflacja sięgała 50 proc. miesięcznie.

Reformatorski fantom

Uważa się, że gdy państwo traci zaufanie i władzę, to na korzyść rynku. W Brazylii zdaje się to tylko częścią prawdy. Według sondaży trzy instytucje cieszą się większym poparciem niż rząd i parlament – wojsko, Kościół katolicki i MST. Dwie pierwsze nietrudno odnaleźć. Trzeciej nie ma. Movimento dos Trabalhadores Rurais Sem Terra, ruch bezrolnych chłopów, nie ma oficjalnego przewodniczącego, rzecznika, zarządu czy chociażby adresu. Wygląda jednak na to, że ów fantom wdraża coś, co nie udało się żadnemu brazylijskiemu rządowi – reformę rolną.

MST nie ma adresu, gdyż jego akcje są sprzeczne z prawem. Od roku 1985, kiedy ruch ten z pomocą Kościoła narodził się w Rio Grande, wydarzyło się ok. 300 tys. okupacji gruntów. Ćwierć miliona rodzin ma już obecnie prawa do zdobytej ziemi. Każdego dnia zajętych zostaje średnio 70 działek, często w starciach z policją lub uzbrojoną strażą. To gorzka i krwawa historia – w walce o ziemię straciło życie więcej osób niż w przez 20 lat dyktatury wojskowej (1964 – 1985).

Gdyby wskazać pojedynczą przyczynę nędzy w Brazylii, byłby to feudalizm. W rezultacie kolonializmu i nadań lennych junty jeden procent właścicieli ziemskich kontroluje niemal połowę areału ziemi uprawnej, z czego prawie milion hektarów leży odłogiem. Jednocześnie 65 milionów ludzi nie dojada, a 5 milionów chłopów pozostaje bez ziemi!

Prawo do własności jest dobrą zasadą. Trudno jednak skompromitować je skuteczniej niż pozwalając, by ludzie głodowali pod ogrodzeniem leżącego odłogiem pola. Z pewnością również i ten skandal da się przypisać jakiejś starszej formie globalizacji. Wydaje się jednak, że nową globalizację trudniej jest pogodzić z feudalizmem.

Miejscem pierwszych okupacji było Sumare oddalone o 200 km od São Paulo. Pewnego dnia 16 lat temu 200 bezdomnych zwartą gromadą wtargnęło tam na opuszczoną państwową plantację trzciny cukrowej. Rozbili namioty, wystawili straże i zaczęli dłubać w ziemi. Ciężko było, nikt nie miał doświadczenia w pracy na roli. Pochodzili wszyscy z favelas, dzielnic nędzy, gdzie w najlepszym wypadku można nauczyć się samby lub jak opróżniać kieszenie klasie średniej. Przez 15 lat wioska radziła sobie bez prądu, dzisiaj jest nawet telefon, szkoła, koło kobiet, dwa sklepy i dom kultury. Każda z 50 rodzin uprawia ośmiohektarową działkę, głównie maniok, owoce i warzywa. Niedawno państwo się poddało. ”Buntownikom” nie wolno sprzedać tej ziemi, ale nikt nie może jej im odebrać.

Marcelo nie jest zadowolony. Chce, by we wsi powstała kooperatywa. Narzeka jednak, że ludzie stają się indywidualistami.

Niektórzy zdradzają wręcz ideę samowystarczalności i uprawiają tylko to, co najbardziej opłacalne – cytryny i guajawy, resztę zaś kupują od sąsiada, a nawet w supermarkecie w Campinas.

Na końcu wsi stoi budynek większy od pozostałych. Ma garaż, podłogi z kamienia, kanapy w kwiaty, w każdym pokoju telewizor. Do tego kilka odtwarzaczy CD, niepodłączonych, ale przykrytych folią dla zabezpieczenia przed czerwonym pyłem.
Joao Savedra jest przedstawicielem CUT, najpotężniejszego w kraju związku zawodowego. Za pensję z São Paulo werbuje osadników do związku.

MST jest politycznie niezależny. Ponieważ jednak to najpotężniejszy ruch społeczny na kontynencie, oblegają go chętni do pomocy, a jeszcze bardziej – do skorzystania z jego dobrej marki i dużej siły. Chłopi bez ziemi nie mają adresu ani osobowości prawnej, ale za to – protektorów na całej planecie. Każdego dnia można śledzić ich akcje w Internecie, również po japońsku.

W styczniu bieżącego roku MST, którego członkowie to w dużej części analfabeci, za pośrednictwem Internetu wezwał do udziału w Światowym Forum Socjalnym w Porto Alegre. Wezwania usłuchało 500 organizacji z całego świata. Francja wysłała nawet ministra. Bezrolni czerwonymi flagami wygrażali globalizacji. I nie przypuszczam, by przyszło im do głowy, że mają z niej większy pożytek niż atakowani przez nich latyfundyści.

6. Dryfujący kontynent marzy o Europie

RZECZPOSPOLITA, 27.10.01 Nr 252

Liczące 17 milionów mieszkańców São Paulo jest największym miastem południowej półkuli. Północ, dworzec autobusowy pełen pokrzykiwań, zapachów ze smażalni, oparów spalin i spoconych podróżnych. Autobus do liczącego siedem milionów Rio de Janeiro odchodzi co pięć minut. Miasta dzieli niespełna 400 km drogi, która najpierw pięknie wije się przez górskie przełęcze, później przechodzi w zwykłą, ale nieprzyzwoicie drogą autostradę – minimalna pensja wystarcza na cztery opłaty! Mimo to pomiędzy metropoliami w obie strony płynie niekończący się strumień pojazdów. Kiedyś była tu linia kolejowa. Została jednak zlikwidowana. Dlaczego?

W São Paulo odpowiedzią na takie pytanie bywa najczęściej pobłażliwe spojrzenie. Kto jak kto, ale Szwed powinien wiedzieć, że Volvo, Scania i Mercedes opanowały 90 proc. rynku samochodów ciężarowych. Czyli? Oczywiście, nie da się niczego udowodnić, ale za każdym razem, gdy jakiś polityk, parlamentarzysta chce poruszyć temat kolei, zaraz powstaje większość, która uznaje to za poroniony pomysł.

Nowoczesny, czyli zdominowany

W San Bernardo są: Scania, Mercedes, Volkswagen. Obecna w Brazylii od 44 lat Scania nie jest najstarsza, za to najbardziej ”historyczna”. To tutaj rozpoczęła się wielka fala strajków, która zmusiła juntę do uznania wolnych związków zawodowych.

Dzisiaj San Bernardo do Campo jest najpotężniejszym w Ameryce Łacińskiej ośrodkiem nowoczesnego, czyli zdominowanego przez obcy kapitał przemysłu. Jest również związkowym bastionem kontynentu, z największą liczbą zrzeszonych i najwyższymi w kraju pensjami.

Nie będę taił, iż w fabryce Scanii nieufność reportera walczy z jego dumą z ojczyzny. Tak czysto, taka świetna organizacja, taka inteligentna i przyjazna człowiekowi – naprawdę! – technika. Do każdej ciężkiej czynności jest maszyna, robota przy kolejnych stacjach montażowych długa (13 minut), tempo spokojne. Ponadto codziennie grupy wymieniają się zadaniami, aby każdy pracownik umiał (po roku) samodzielnie poskładać całą ciężarówkę. A jest to dość skomplikowane, bo porzucone zostało podstawowe założenie tayloryzmu – zupełna jednolitość taśmowej produkcji. Prawie wszystkie pojazdy montuje się na indywidualne zamówienia, czas przy stanowiskach umilają psychologiczne zgadywanki: ”Hm, kabina z klimą, 420 koni, najlepsza skrzynia biegów. I jeszcze czerwony lakier.. Jasna sprawa – spedytor prywatny, z kompleksem króla szos.”

Suzana Martin jest pierwszą w Brazylii kobietą, szefem produkcji silników. – Ponieważ zdarza się, że silnik zaczęty w Södertälje pod Sztokholmem trzeba dokończyć w São Paulo lub na odwrót, te same wymogi, maszyny i szkolenia obowiązują tu i tam. Oto globalizacja z mojej perspektywy – mówi Suzana.

Jedynie liczba roślin doniczkowych jest wyraźnie wyższa niż w Södertälje. Niektóre podobno skuteczne przeciw wypadkom, inne chronią przed złym okiem. Wystawienie pewnego kwiatu zdradza szefom, że personel ma za złe.

Alves de Lira ze związków informuje z dumą, że rotacja personelu jest zerowa. Nie ma w tym nic dziwnego. Robotnicze pensje w koncernach samochodowych są dziesięciokrotnie wyższe od ustawowej płacy minimalnej. Oprócz tego firmy dobrowolnie opłacają ubezpieczenia zdrowotne i zapewniają transport do miejsca pracy. (Scania nie jest wcale wyjątkiem. Według OECD światowe koncerny płacą w ubogich krajach średnio o 100 proc. więcej niż firmy krajowe.)

W okolicy San Bernardo panuje osobliwa sytuacja. Parę kilometrów od slumsów z milionem bezrobotnych Volkswagen, Scania i inne firmy konkurują o wykwalifikowanych monterów. Spotkałem się z tym już wcześniej w zagłębiu Ruhry. Kontrast nie był aż tak uderzający, ale schemat ten sam: tysiące niezatrudnialnych byłych górników –  i profesorskie pensje dla umiejących obsłużyć frezarkę.

Dlaczego w Słupsku jest gorzej

Gdyby szczytem marzeń kapitału przemysłowego była tania siła robocza, fabryka Scanii nie powinna leżeć w São Paulo, a 300 km od Ystad – w Słupsku. Tam też montowane są ciężarówki Scanii, znacznie jednak mniej, wolniej, przez mniej wykwalifikowany personel. No i za trzecią część brazylijskiej płacy! Szef ”Solidarności”, Zbigniew Białas, niepokoi się ciągle, że firma przeniesie się w sympatyczniejsze okolice. Bezrobocie w Słupsku sięga 30 proc., poziom wykształcenia jest niski. Gdzie więc leży Trzeci Świat?

Rzec by można, że wszędzie po trochu. Na pewno nie w samym San Bernardo, za to tuż za miastem, może w Słupsku, lecz pewnie nie potrwa to długo; z pewnością w Afryce. Czy mówi to coś o globalizacji?

Z opracowań naukowych wynika, że linie głębokiego podziału przebiegają raczej wewnątrz krajów niż pomiędzy nimi. Dotyczy to przede wszystkim państw takich jak Brazylia, gdzie stan São Paulo (który z setką szwedzkich pracodawców już w latach 70. był trzecim ośrodkiem przemysłowym Szwecji!) generuje połowę produkcji przemysłowej kraju. Liczę, porównuję i wychodzi mi, że brazylijski pracownik Scanii ma pracę łatwiejszą niż szwedzka pielęgniarka (nie musi podnosić więcej niż 12 kg, tyle co wyrośnięty dwulatek) i więcej od niej zarabia.

W globalizacyjnej debacie często pada stwierdzenie, że pogłębia się przepaść pomiędzy krajami ubogimi i bogatymi. Teza ta, przedstawiona przez UNDP (program rozwoju ONZ) w 1999 r., zestawia jednak dochody nie biorąc pod uwagę lokalnego poziomu cen. Mówiąc dosadnie: porównuje się, co Somalijczyk i Szwed mogą kupić na Manhattanie! Zrozumiałe, że taka statystyka jest ułomna. Robotnicy w brazylijskich zakładach Scanii zarabiają połowę tego co w Södertälje, ale dopóki nie kupują towarów importowanych, mogą sobie pozwolić na równie obfity koszyk spożywczy, co ich szwedzcy koledzy. Podstawowe ceny w São Paulo są o połowę niższe niż w Szwecji.

Według wspomnianego wyżej opracowania, w którym tak właśnie liczono, nie ma podstaw, by mówić o pogłębiających się różnicach. Przeciwnie, od lat 80. Trzeci Świat – z wyjątkiem Afryki – zbliżył się do pierwszego. A jeśli mierzyć stan rzeczy poziomem wykształcenia i średnią długością życia (świadczącą przecież o dostępności żywności i leków), poprawa jest znacząca: od 55 lat w roku 1962, do 67 w 1997. O 50 proc. zmniejszył się również odsetek niedożywionych, znowu z tragicznym wyjątkiem Afryki.

Czy to globalizacja zmniejszyła różnice? Norwescy badacze (definiujący globalizację jako szybkie zmiany w międzynarodowym podziale pracy) nie odważają się wyciągnąć takiego wniosku. Trudno powiedzieć, co jest efektem uwolnienia handlu, a co postępu technicznego czy polityki. Widać natomiast, że im silniejsza integracja regionalna (jak w Europie czy Azji Południowo-Wschodniej), tym większe korzyści z handlu światowego, lepsze finanse państwa i większe równouprawnienie. (Najmniejszą rozpiętość pensji spotyka się w najbogatszych, najbardziej otwartych i demokratycznych społeczeństwach.)

Niech mury runą?

Zburzcie mury celne, zawrzyjcie wieczny pokój z sąsiadami, nawet jeśli wasi rolnicy czy stoczniowcy nie wytrzymają z nimi konkurencji, a wszyscy staniecie wzmocnieni do światowego współzawodnictwa, głosi z rzadka wypowiadane zalecenie. Skoro tak dochodzi się do bogactwa, czemu w takim razie nawet dyrektorzy Scanii nie przejawiają szczególnego entuzjazmu do rozszerzenia wolnego handlu?

Arne Carlsson (były hokeista, który w roku 1970 w meczu ze Związkiem Radzieckim strzelił rozstrzygającego gola) jest szefem Scanii na Amerykę Łacińską, gdzie koncern ma ponad 6 miliardów koron (2,4 mld zł) obrotu. Podczas naszej rozmowy, głowy 34 państw siedzą w Quebec i dyskutują FTAA – plan prezydenta Busha, by do roku 2005 z obu Ameryk uczynić jeden rynek. Carlsson mówi, że świetnie rozumie, czemu wielu Brazylijczyków burzy się na tę propozycję. – Wolny rynek zakłada, że wszystkich obowiązują te same reguły gry.

Podległy mu szef produkcji, Peter Björk, jest bardziej bezpośredni: – Stany Zjednoczone chciałyby otworzyć Amerykę Łacińską na eksport zaawansowanych technologii, zachowując przy tym cła i subwencje na żywność, którą ma do zaoferowania Brazylia. Oto – krzywi się Björk – amerykańska wizja wolnego handlu.

Jeśli dyrektorzy w swojej krytyce przypominają komuś Attac, to nie przypadkiem. W szeregach Attacu występują w istocie różne frakcje. Jedni walczą z kapitalizmem, inni tylko z wolnym handlem, jeszcze inni przeciwnie – utrzymują, że światowy rynek nie byłby taki zły, gdyby tylko urzeczywistniał ideał liberalizmu.

Kardynał sprzedaje swój pałac

– Ta umowa jest absolutnie nie do przyjęcia! Brazylia nie będzie północnoamerykańską kolonią! – mówi Dom Paulo, kardynał Paulo Eviristo Arns, w latach dyktatury legendarny biskup São Paulo, założyciel licznych organizacji obrony praw człowieka, orędownik okupacji gruntów przez bezrolnych. Przyjmuje w lekko podupadłym klasztorze franciszkańskim. Pałac biskupi, jako zbyt ostentacyjny, kazał sprzedać.

Dom Paulo długo był w niełasce Rzymu, gdzie podejrzewano jego ideologię wyzwolenia o odchylenia marksistowskie. W rozmowie ze mną kardynał opowiada się za globalizacją, która jego zdaniem zbliży ludzi, jak również religie. Był niedawno w Japonii, po odbiór nagrody, i ku zdziwieniu wielu pokłonił się Buddzie.

– Uczyniłem to z radością i przekonaniem. Za dwieście lat nikt nie będzie mógł zrozumieć, jak religijni kuzyni mogli prowadzić ze sobą wojny. Papież prosi Żydów o przebaczenie, to coś nowego, pewnie, ale to normalne! Dopiero teraz staliśmy się normalni.

– Z globalizacją jest jak z rynkiem – twierdzi Dom Paulo. – Dobrze w teorii, gorzej w praktyce. Najbardziej nieprzyzwoitym aspektem projektu FTAA, jest fakt, iż jednostronnie wiąże on Amerykę Łacińską z USA i nowymi murami odgradza od reszty świata, szczególnie Europy i Azji. Tym samym uniemożliwia się prawdziwą i bardziej sprawiedliwą globalizację – dodaje.
Potem obrazowo, ze szczegółami opowiada, o ile lepiej działo się w Brazylii, póki dominowały w niej wpływy europejskie. I mam wrażenie, że Dom Paulo najchętniej oderwałby Amerykę Południową od jej północnej siostry i pozwolił kontynentowi dryfować, na wschód czy na zachód, wszystko jedno, ku którejś z nieco bardziej uduchowionych cywilizacji.

Nie miałbym tej wizji, gdybym już wcześniej nie słyszał podobnych uwag. Wydawca Cesar Benjamin w Rio de Janerio uważa, że rynek panamerykański oznaczałby dla Brazylii katastrofę narodową. Kraj na sto lat zostałby wpisany w północnoamerykańską formułę i styl bycia, z czym on nie mógłby żyć, bo ledwo znosi wizyty w São Paulo. – Widział pan przecież, oni tam są wszyscy zglobalizowani – mówi pokazując ręką przy szyi, jak łatwo się udusić zawiązując krawat.

Nie jest to tylko pusty żart. Kiedy Benjamin nie wydaje Nielsa Bohra czy Martina Heideggera, kształci nauczycieli dla okupujących ziemię bezrolnych. Za czasów junty był więziony i torturowany, później wylądował na emigracji. – Na tym kontynencie nie da się żyć bez marzeń. Zapata, Vargas, Peron, Allende, rewolucjoniści i wielkiej miary populiści, wszyscy oni byli wyrazem rozpaczliwej tęsknoty Ameryki Łacińskiej do sprawiedliwszego porządku.

Dlatego zamknięcie w sferze USA oznacza dla Benjamina pożegnanie z nadzieją. – Ale nie jesteśmy antyglobalistami, przeciwnie. Brazylijczycy są jednym z najbardziej otwartych społeczeństw. Jedynie, gdy poruszy się temat USA, ludzie grzmią jak nacjonaliści. Gdyby jednak zaprosić ich do Unii Europejskiej, poszliby bez zmrużenia oka.

MACIEJ ZAREMBA

7. Odnaleźć się ponad oceanami

RZECZPOSPOLITA, 05.01.02 Nr 1

Pomieszczenie jest puste, jedynie krótszą ścianę wypełnia niewielka gablota. W środku leżą zmumifikowana dłoń i złocony kogut. Przewodnik zapewnia, że przedmioty te niczego nie symbolizują. Po prostu znaleziono je wśród ruin. Ale dłoń jest bardzo stara i na pewno została odrąbana.

Odrąbana ręka wydaje mi się tutaj na miejscu. Pokój westfalski, zawarty w tej sali 14 października 1648 r. gwarantował m.in., że państwo, dopóki nie zagraża sąsiadom, może odrąbywać ręce bez obawy, że ktoś będzie się do tego mieszał. Traktat zapewniał każdemu władcy suwerenność na własnym terytorium.

Przybyłem do Münster w poszukiwaniu symboli globalizacji. W kurczącym się świecie niewątpliwie trudniej jest prowadzić politykę gospodarczą odbiegającą od głównego nurtu. Ale czy również odrąbywanie rąk nie stało się bardziej ryzykowne? Kto w latach 80. marzył, że brytyjska policja przyskrzyni byłego chilijskiego dyktatora, że NATO wyśle żołnierzy w obronie albańskich uchodźców lub że Miloszević zostanie wydany międzynarodowemu trybunałowi w Hadze?

Kapitał ceni sobie pokój?

Najzagorzalsi orędownicy globalizacji twierdzą, że demokracja i prawa człowieka podążają za pieniądzem jak wierny pies za panem. Thomas L. Friedman, felietonista ”New York Timesa”, wylansował kilka lat temu tezę, iż państwa, w których przyrządza się Big Maca, nie prowadzą ze sobą wojen. Wyglądało, że teza jest prawdziwa, dopóki ktoś nie odkrył neonów z żółtym M w zbombardowanym Belgradzie.

Friedman obstawał przy swojej teorii, tłumacząc, że NATO nie jest państwem i że krytycy nie zrozumieli sedna sprawy. Chciał powiedzieć, że kiedy społeczeństwo osiągnie pewien poziom rozwoju (wyznaczany obecnością McDonald’sa), pragnienie przynależności do cywilizowanego Zachodu (wynikające z globalizacji) staje się na tyle silne, że mając do wyboru wchłonięcie Kosowa albo Big Maca – skoro nie można mieć obu – ludzie wybierają tego drugiego. Czyli to nie bomby, a groźba izolacji obaliła Miloszevicia.

Friedman, a za nim wielu optymistycznych liberałów, posuwa się dalej. Kapitał, twierdzą, ceni sobie pokój i stabilność. Zatem państwo, które uzależniło się od rynków finansowych, zmuszone jest przyjąć cywilizowane obyczaje. Gdy wiosną 1998 r. Indie dokonały próby nuklearnej, kilka dni później rynek finansowy obniżył ocenę zdolności kredytowej kraju ze ”stabilnej” na ”obarczoną ryzykiem”. Znacznie obciążyło to kasę państwa i w krótkim czasie wymusiło bardziej umiarkowaną politykę.

Można polemizować, że do pokoju i stabilizacji da się również dojść za pomocą strzałów w tył głowy i obozów koncentracyjnych. Terroryzm państwowy w Chile i Indonezji nie odstraszyły inwestorów. Domyślam się, jak Friedman odparłby ten zarzut: Pinochet i Suharto byli elementami zimnej wojny. Po rozpadzie Związku Radzieckiego Stany Zjednoczone nie mają powodu wspierać antykomunistycznych kryminalistów. Dopiero teraz, gdy rynek stał się globalny, despoci muszą posmakować mieczaÉ
Tak różowy obraz słusznie budzi wiele zastrzeżeń. Mało kto natomiast neguje, że gdyby mur berliński stał nadal, nie byłoby debaty globalizacyjnej, bez względu na to, ile akcji i listów elektronicznych miotałoby się po drutach. Tym samym to gdańscy stoczniowcy przyczynili się do obecnego nawrotu globalizacji. Dziwi więc, iż tyle miejsca w dyskusji zajmują pieniądze.

Mondializacja jest dobra

24 lutego 2001 r. na pierwszej stronie ”Le Monde” znalazły się następujące wiadomości: w Turcji uwolniono kurs lira, który jeszcze tego samego dnia stracił 30 proc. do dolara; w Hadze trzech Serbów skazano na kary długoletniego więzienia (po raz pierwszy masowe gwałty potraktowane zostały jako zbrodnie przeciwko ludzkości); koncern sportowy Nike opublikował przeprowadzoną w Indonezji wśród 4000 pracowników firmy ankietę, z której wynikało, że robotnicy narażeni byli na molestowanie seksualne i przemoc ze strony brygadzistów. Globalizacja? Czy tylko nowy porządek? Tak czy owak coś podobnego byłoby nie do pomyślenia w roku 1970.

Pierre Tartakovsky, sekretarz generalny francuskiego Attacu, nie chce jednak ani Trybunału Haskiego, ani interwencji w Kosowie zapisać na plus globalizacji. Mówi, że to przejawy mondializacji. Na czym polega różnica? To proste. Pozytywne skutki kurczenia się świata nazywamy mondializacją, negatywne przyniosła globalizacja, czyli ”mondializacja liberalna”. Po godzinie rozmowy rozumiem, że gdy koncern Nike wykorzystuje w Dżakarcie biedaków, mamy do czynienia z globalizacją. Kiedy organizacja Dziennikarze bez Granic demaskuje wyzysk, jest to mondializacja.

Dopiero w windzie przychodzi mi do głowy pytanie, które powinienem był zadać: jakiego wyrazu użyłby Tartakovsky teraz, kiedy ze strachu przed opinią światową Nike w Dżakarcie zaczyna zachowywać się nieco przyzwoiciej? Nic nie poradzę, taka podwójna księgowość jest dla mnie demagogią. Nie pozwala dostrzec różnych stron tego samego zjawiska, za to bardzo ułatwia wytykanie palcem winnych.

Wypowiedzi Tartakovsky’ego mają podłoże historyczne. Podsumowując ”Le petit manual anti McDo” Paul Aries pisze, że należy uważać, w jakim towarzystwie walczy się z globalizmem. Nie wszyscy zażarci przeciwnicy McDo są grzeczni. ”Dzisiaj walczą z amerykanizacją Francji, jutro będą prześladować Żydów.”

Prawica też nie lubi

Ostrzeżenie jest na miejscu. Pierwszą w Europie partią, która globalizacyjną paranoję wprowadziła do polityki, był skrajnie prawicowy francuski Front National. Już wtedy gra toczyła się o ”niekontrolowane ruchy kapitału, amerykański imperializm, coca-colę, Bank Światowy, Maastricht, zamach unijnej biurokracji na francuskie sery, Hollywood, McDonald’sa, prawa człowieka (będące przeszkodą na drodze do ludowładztwa), neoliberalizm, markę niemiecką, Dallas oraz otwarte granice, przepuszczające Arabów, Turków, szalone krowy i AIDS”. W ten sposób podsumowałem ideologię Frontu Narodowego kilka miesięcy przed powstaniem Attacu (już w 1998 r.). Takim obrazem wroga oraz aluzjami na temat światowej konspiracji Żydów w 1997 r. Le Pen zdobył w wyborach cztery miliony głosów.

Pierre Tartakovsky zdaje się mile połechtany moją uwagą, że jego Attac przejął ulubiony temat lepenistów. ”Ależ tak, załatwiliśmy Front National!”. I musiałbym być poważnie na bakier z historią, by ubolewać, iż w miarę demokratyczna lewica sprzątnęła ekstremalnej prawicy sprzed nosa wybuchowy pakiet ideowy. Z drugiej strony nie powinno dziwić, że przy okazji przejęto część retoryki, a nawet klienteli. Zarówno w prawicowych, jak i lewicowych opiniach zła ”globalizacja” jest czymś niefrancuskim – mroczną, obcą siłą.

Dlatego też w szeregach Attacu nie brak osób, które w ”renacjonalizacji” widzą możliwe rozwiązanie problemu. Daniel Mermet, znany francuski dziennikarz radiowy i jeden z jedenastu współzałożycieli Attacu, mówi jednak, iż owi ”suwereniści” (polskie słowo ”niepodległościowcy” nie oddaje właściwego znaczenia ”suwerenistów” – Rozumiesz: tradycje narodowe, saboty, antymodernizm, niczego nie zmieniać… – jak tłumaczył Mermet), więc są oni mniejszością w szeregach francuskiej organizacji, która popiera międzynarodowe rozwiązania globalnych problemów, a Unię przyjmuje za rzecz oczywistą.

Odwrotnie niż w Szwecji, gdzie Attac – od chwili narodzin opanowany przez partie wrogie Unii – jest zdecydowanie suwerenistyczny. (Gdy w trakcie zebrania inauguracyjnego w styczniu 2001 roku Johanowi Ehrenbergowi wyrwało się, że ”od 1914 r. nacjonalizm jest największa bolączką ruchu robotniczego”, w pomieszczeniu powiało chłodem dezaprobaty.) Jeśli pewnego dnia francuski Attac zdecyduje się zdemokratyzować Unię, na ile wiarygodny w takim przedsięwzięciu będzie oddział szwedzki, w którym większość neguje ideę Unii jako takiej? Bror Perjus, znany związkowiec, gorący zwolennik UE, a równocześnie członek kierownictwa szwedzkiego Attacu, nie przejmuje się jednak. Jego zdaniem bardziej prawdopodobne jest zeuropeizowanie szwedzkiej lewicy przez Francuzów, niż to, iż Szwedom uda się przekonać Paryż o konieczności opuszczenia Europy.

Kompresja czasu i przestrzeni

Pierwsza strona ”Le Monde” okazuje się świetnym papierkiem lakmusowym. Gdy tylko ją wyciągam, zaczyna się polemika, jak należy rozumieć globalizację. Profesor Elmar Altvater z Berlina jest w Bundestagu członkiem komisji do spraw globalizacji, której zadaniem jest zastanawiać się, jak postępować z owym zjawiskiem. Tymczasem członkowie komisji nie mogą dojść do porozumienia, co właściwie mają badać. – Co kto rozumie przez pojęcie globalizacji, zależy od jego podbudowy teoretycznej i perspektywy politycznej – twierdzi Altvater. A sam mówi o ”kompresji czasu i przestrzeni”.

Czy ta kompresja oznacza koniec pokoju westfalskiego? – Tak – mówi Altvater. – To zamknięta epoka. Państwo narodowe jest w mniejszym stopniu suwerenne, przybyli mu konkurenci w postaci międzynarodowych organizacji pozarządowych oraz firm prywatnych.

Kiedy chcę się dowiedzieć, czy zmiana ta była korzystna dla praw człowieka, Altvater patrzy na mnie ponuro i mówi, że muszę być zdrowo naiwny, jeśli wydaje mi się, że to w imię jakichś zasad NATO wkroczyło na Bałkany: – Interwencja miała na celu jedno – ochronę amerykańskich interesów w regionie. Wszelka mowa o swobodach obywatelskich to tylko mydlenie oczu.

Jakie interesy? Ropa, oczywiście. Ropa na Bałkanach? Profesor Altvater obdarza mnie współczującym spojrzeniem. Kosowo jest jedynie przyczółkiem, z którego NATO przez Kaukaz chce zagarnąć Azję Centralną. Czy nie znam doktryny Kissingera? Czy nie zwróciłem uwagi, że w Pakcie była luka między Węgrami a Grecją? I proszę, została zlikwidowana.

Państwa odnarodowione

Elmar Altvater jest obok Oskara Lafontaine’a najbardziej znaną postacią w niemieckim Attacu. Legendarny, gdyż jako pierwszy marksista otrzymał profesurę w Berlinie, zaś w latach 70. był intelektualnym przywódcą niemieckiej lewicy. Jest reprezentatywny w swej ambiwalencji. Zdaje się cieszyć z upadku Sowietów i kresu pokoju westfalskiego, a z drugiej strony nie chce przyznać, że proces, który znienawidzone Stany Zjednoczone czyni jedynym supermocarstwem, mógłby być korzystny dla swobód obywatelskich. O takich jak Altvater mówi się w Berlinie, że mają kompleks muru.

Zdaniem profesora Michaela Zürna z Bremy nagłówki ”Le Monde” trafiają w sedno. Jego domeną jest państwo postnarodowe i ”odnarodowienie” – pojęcie, którego chętnie używa, opisując świat po roku 1989. Dokonując bilansu zestawia z jednej strony niezaprzeczalne osiągnięcia w dziedzinie pokoju i praworządności (pięknym przykładem jest tu Kosowo), a po stronie minusów oczywiste kłopoty narodowych programów dobrobytu i tradycyjnych form demokracji.

Według Zürna, aby polityka dogoniła odnarodowioną ekonomię, konieczne jest myślenie w zupełnie nowych kategoriach. Nie wierzy w rząd światowy ani globalny system norm. Wierzy natomiast w sieć dwu- i wielostronnych porozumień międzynarodowych regulujących sprawy takie jak zobowiązania socjalne, opodatkowanie przedsiębiorstw i przepływ kapitału. Ale trzeba być elastycznym. ”Nie można domagać się tego samego poziomu dobrobytu w Portugalii co w Niemczech, zarżnęłoby to portugalską gospodarkę”. A amerykanizacja mediów? ”Nie stanowi zagrożenia dla niemieckiej kultury. Może dla francuskiejÉ”.
Cóż, być suwerenistą w Niemczech nie jest łatwo, co być może tłumaczy ograniczone sukcesy Attacu w największym kraju Unii. Założona w styczniu 2000 roku formacja po półtora roku istnienia liczyła 500 członków. – Od czasu wojny Niemcy nie były suwerenne i nauczyliśmy się z tym żyć – mówi Zürn. – Odzyskanie niektórych prerogatyw nastąpiło w ramach Unii. Jestem obywatelem pierwszego państwa postnarodowego. I napawa mnie to dumą.

Myślałem, że zilustruję ten tekst zdjęciem Bramy Brandenburskiej, wzniesionej w roku 1791 ku chwale państwa narodowego. Obok stał mur, którego zburzenie przyczyniło się do powstania niniejszego cyklu. Ale berliński Łuk Triumfalny jest niewidoczny, szczelnie otulony białym całunem z dobitnym przesłaniem: ”Die Welt wird kleiner – T-Online” (Świat będzie mniejszy – T-Online).

8. Nie budujemy piątej międzynarodówki

RZECZPOSPOLITA, 02.02.02 Nr 5

– Jestem ”suwerenistą” – deklaruje Chico Whitaker. – Musimy bronić państwa narodowego. Whitaker niewątpliwie zasługuje na szacunek jako lider ”Justica e Paz”, organizacji, która prawdopodobnie bardziej niż ktokolwiek przyczyniła się do szerzenia kultury demokratycznej wśród brazylijskich bezrolnych. – Jeśli cię to interesuje – mówi Whitaker – ja też oklaskiwałem Kubę. Nie byłem nigdy w tym kraju, ale podróżowałem po Związku Radzieckim, więc wiem, czym jest państwo policyjne. Ale my nie oceniamy Kuby racjonalnie. Jest dla nas symbolem nadziei, jedynym krajem Ameryki Łacińskiej, który nie ugiął się przed USA.

To Whitaker wespół z producentem zabawek Odedem Grajewem (założycielem CIVES – ruchu ”Brazylijscy przedsiębiorcy na rzecz obywatelstwa”) wpadł na pomysł skontrowania Światowego Forum Ekonomicznego w Davos zwołując antyglobalistów z całego świata na Światowe Forum Społeczne w Brazylii. Impreza odniosła olbrzymi sukces – w styczniu ubiegłego roku do Porto Alegre zjechało 20 tys. uczestników reprezentujących 900 organizacji ze 120 krajów. Wprawiła też w osłupienie Daniela Mermeta z francuskiego Attacu. Nie mógł on zrozumieć, czemu delegaci, stojący ponoć na straży demokracji, wygwizdali byłego ministra spraw zagranicznych Francji, Jeana-Pierre’a Chevenementa, by zaraz potem dziesięciominutową owacją na stojąco przywitać oficjalnego delegata Kuby.

Trzeba wielu rozmów, by zrozumieć, czemu ”suwerenista”, ”państwo narodowe”, ”Kuba”, a przede wszystkim ”globalizacja” mają tak różne znaczenia w São Paulo i w Hamburgu. Dla Whitakera ”państwo narodowe” nie powinno przede wszystkim konkurować z innymi o chwałę, przestrzeń życiową i potęgę. ”Naród” to dla niego tyle co ”społeczeństwo” – czyli moralność, która głosi, że osoby żyjące na tej samej ziemi, pod tą samą flagą, ponoszą za siebie nawzajem odpowiedzialność. I że nie jest normalne, by milionerzy nie płacili podatków, gdy dziesiątki milionów ludzi nie dojadają.

Nie mieszać się do nie swoich spraw!

– Brazylia – mówi Whitaker – nie stała się jeszcze społeczeństwem. Tutaj nawet klasa średnia żyje we własnym świecie. Kuba jest społeczeństwem, tam mają państwową służbę zdrowia.

Czy to rozumiem? Tak. Bo gdyby Whitaker był Francuzem lub Szwedem, pewnie zwalczałby ideologię państwa narodowego. Czemu jednak jego World Social Forum (Światowe Forum Społeczne) ogłasza płomienne marksistowskie apele, że ”globalizacja” ma wszędzie to samo znaczenie; apele piętnujące międzynarodowe interwencje humanitarne jako bezprawne ”mieszanie się do polityki wewnętrznej”? Jakby w odpowiedzi dostaję od Whitakera komunikat prasowy – lider chciałby, abym rozpowszechnił tę wypowiedź w Europie. Wynika z niej, że opublikowany na stronach internetowych Attacu ”Apel z Porto Alegre” – wedle którego globalizacja przyczynia się do zanieczyszczenia powietrza, wody i kultury, sprzyja rasizmowi i przemocy wobec kobiet – bynajmniej nie został przyjęty przez uczestników Światowego Forum Społecznego. ”Apel z Porto Alegre” najprawdopodobniej został sfabrykowany przez francuski Attac! Nawiasem mówiąc, nie był on w gronie organizatorów Forum. – Nie budujemy piątej międzynarodówki – twierdzi Whitaker. – Próbujemy stworzyć społeczeństwo obywatelskie.

Kapitaliści ze związków zawodowych

Nie tylko pojęcie ”narodu” zmienia znaczenie wraz z długością geograficzną. Również pojęcia: ”związek zawodowy” czy ”przywileje socjalne” – nie kojarzą się tak samo w różnych krajach. Zdaniem wielu aktywistów antyglobalizmu (i nie tylko) bogate kraje, chcąc eksploatować ubogie, odmawiają wpisywania do umów handlowych uprawnień socjalnych dla pracowników. Często bywa jednak inaczej. Według szwedzkiego ministra handlu Leifa Pagrotsky’ego w Seattle to Amerykanie chcieli rozmawiać o prawach pracowniczych, ale rządy ubogich krajów były temu niechętne. Nie odpowiadały im obłudne klauzule, włączone do umów handlowych na żądanie amerykańskich związków zawodowych i przedsiębiorstw w celu zahamowania importu tanich towarów do USA.

Chyba trzeba zrozumieć sceptycyzm Trzeciego Świata wobec retoryki bogatych związków zawodowych Zachodu. W Seattle amerykańscy związkowcy z AFL-CIO odpowiedzialnością za niesprawiedliwości na świecie obarczali kapitał finansowy. Ale własny fundusz emerytalny związku (1400 miliardów dolarów, czyli więcej niż PKB całej Afryki i Bliskiego Wschodu!) ma inwestować tak, by nie przyczyniać się do redukcji miejsc pracy w USA. Kto by pomyślał, że szwedzka centrala związkowa LO będzie się bardziej troszczyć o wolny czas afrykańskich nastolatków niż organizacja pomocy dzieciom Rädda Barnen (Ratujmy Dzieci)? Gdy RŠdda Barnen proponuje, by za dzieci uznawać pracowników młodszych niż 16 lat, LO mówi o 18. Z czystej miłości do dzieci oczywiście, któż śmiałby twierdzić coś innegoÉOkazuje się, że również wśród antyglobalistów szerzy się nieufność wobec zwykłego egoizmu ukrytego za socjalną retoryką. Marcus Krajewski z niemieckiego Attacu nie może zrozumieć, jak demonstrantom w Seattle mogło się wydawać, że w jednym szeregu z transportowcami (Teamsters) i Patem Buchananem bronią praw Afrykanów.

Dla Jurgena Hoffmanna, politologa z Hamburga, nie jest to aż tak niepojęte. – Można oczywiście kpić – twierdzi – że w otwartym świecie najtrudniej odnaleźć się tym, którzy przez sto lat śpiewali ”Międzynarodówkę”. Związki zawodowe są w istocie bardzo narodową instytucją. To jedna z wielu komplikacji coraz mniejszego świata. (”Proletariusze wszystkich krajów zostańcie u siebie” – słychać czasami głosy związkowców.) Grupy konsumenckie i organizacje ochrony środowiska szybko odnajdują się ponad oceanami, tymczasem metalowcy ze Scanii potrzebowali dziewięciu lat, by nawiązać pierwszy kontakt z kolegami ze Słupska.

Gdy 700 milionów może wybrać rządy

Nie ma co prawić morałów. Możemy natomiast zadać sobie pytanie, czy ”globalizacyjne lęki” wynikają z rzeczywistego zagrożenia dobrobytu i demokracji, czy z tego, że ruchy, które te wartości budowały, nie mogą odnaleźć się w świecie bez Związku Radzieckiego?

Po upadku muru berlińskiego 700 milionów ludzi od Berlina po Valparaiso i Dżakartę – wielu po raz pierwszy – mogło wybrać parlament, założyć związek zawodowy, czy po prostu szczerze powiedzieć, co myślą. To największa w historii ludzkości ofensywa demokracji, prawdziwie globalna, bo upadek komunizmu oznaczał także upadek tych dyktatur, które legitymowały się wyłącznie antykomunizmem.

Można sądzić, że hołdująca demokracji lewica Zachodu powinna z tego powodu wiwatować. Ale można też zrozumieć, czemu tego nie robi. O tym się na ogół nie pamięta, ale demokracja jest w Europie niemal równolatką Związku Radzieckiego. Nie da się powiedzieć, jak wyglądałby świat, gdyby Leninowi nie udał się przewrót, ale wiele wskazuje na to, że zasiłki socjalne byłyby bardziej niepewne, a europejski kapitalizm – dzikszy. Prawie wszystkie instytucje, partie, ruchy społeczne, które przyczyniły się do ukształtowania demokracji europejskiej, a przede wszystkim każdy kompromis między pracownikami a kapitalistami – narodziły się ze zrozumienia, że niesprawiedliwość to nie tylko problem społeczny, ale także potencjalne zagrożenie militarne.
Dziś groźba minęła, przybyło nam wolności, a tym samym – obywatelskiej odpowiedzialności.

MACIEJ ZAREMBA

Annonser
No comments yet

Kommentera

Vänligen logga in med någon av dessa metoder för att lägga till din kommentar:

WordPress.com Logo

Du kommenterar med ditt WordPress.com-konto. Logga ut / Ändra )

Twitter-bild

Du kommenterar med ditt Twitter-konto. Logga ut / Ändra )

Facebook-foto

Du kommenterar med ditt Facebook-konto. Logga ut / Ändra )

Google+ photo

Du kommenterar med ditt Google+-konto. Logga ut / Ändra )

Ansluter till %s

%d bloggare gillar detta: