Skip to content

Historia pewnego „nie”, które zmieniło świat

april 15, 2009

Historia pewnego „nie”, które zmieniło świat

29 maja Francja może postawić krzyżyk na integracji Europy. Maciej Zaremba szuka pocieszenia w dawno zapomnianej historii pewnej unii, która nigdy nie powstała.

Przed 25 laty, jeszcze zanim zacząłem dbać o swoją reputację, miałem zwyczaj przeszukiwania sztokholmskich smietnikow. W tamtych czasach można było w nich znaleźć meble z XVII wieku. Szwecja wierzyła  w postęp i wyrzucała starocie. Tak własnie posiadłem pewne dzieło w pięciu tomach, oprawne w skórę. Pozwolę sobie, z okazji niedzielnego referendum we Francji, przypomniec pewien epizod z historii Europy.

16 czerwca 1940 roku generał Charles de Gaulle znajduje się w „Hyde Park Hotel” w Londynie. Stoi przed lustrem i goli się przed ważnym spotkaniem. Dwa dni wcześniej Paryż poddał się Niemcom bez walki, a rząd francuski uciekł do Bordeaux. De Gaulle został wysłany przez tenże rząd z ostatnim apelem: czy Brytyjczycy mogliby pomoc w evakuacji francuskiej armii do Afryki?

Kiedy de Gaulle kończy toaletę, ktoś puka do drzwi. Do pokoju wkracza Jean Monnet. Jest zapoatrzeniowcem rządu francuskiego w Londynie i przynosi najświeższe wiadomości. Nocą rząd  w Bordeaux stracił resztkę chęci do walki. Teraz już nie prosi Brytyjczyków o pomoc, tylko o zgodę na zawieszenie broni. (Zgodnie z układem podpisanym wczesniej przez Francję i Wielką Brytanię żadny z krajów nie może zawrzec rozejmu z wrogiem bez zgody drugiego). – We Francji panuje chaos – mówi Monnet – i nikt już nie wierzy w możliwość oporu. Jeśli jednak Francja skapituluje, jeśli złamie solidarny układ ze swym sojusznikiem, czeka straszliwa przyszłość. W tym momencie tylko jakies dramatyczne pociągnięcie może uchronić Francje od katastrofy. Po czym Monnet wyłuszcza swój plan.

De Gaulle słucha. Nie mówi wiele. Potem odjeżdża do Carlton Club na lunch z Winstonem Churchillem. Przekazuje mu pomysl Monneta. Wydaje się szalony, ale teraz także De Gaulle uważa, że to ostatnia szansa.

Winston Churchill słucha z uwagą, a potem prosi generała, aby towarzyszył mu na Downing Street. Podczas obrad gabinetu de Gaulle oczekuje w saloniku.

We wspomnieniach (The Second World War) Churchill pisze: „Wyjaśniłem (rządowi), że początkowo sprzeciwiłem się temu pomysłowi, ale że w kryzysie, do którego doszło, nie możemy ryzykować oskarżenia o brak pomysłowości.”

Mniej więcej po dwóch godzinach Churchill wychodzi z kartka papieru i informuje de Gaulla ze rząd Jej Królewskiej Mości zaakceptował plan pana Monneta. Kwadrans później jest juz przekład dokumentu na francuzki i o godz. 16.30 de Gaulle łaczy sie z Bordeaux.

Oto, co premier rządu francuskiego Paul Reynaud usłyszał 16 czerwca 1940 roku:

„W tej decydującej chwili dla historii współczesnego świata rządy Wielkiej Brytanii i Republiki Francji ogłaszają deklarację nierozerwalnej unii i swej zdecydowanej woli wspólnej obrony sprawiedliwości i wolności przed systemem, który skazuje ludzkość na życie w roli niewolników albo maszyn.

Oba rządy oświadczają, że Francja i Wielka Brytania nie są już dwoma różnymi narodami, tylko tworzą wspólną, francusko-brytyjską unię.

Utworzenie unii obejmuje wspólne instytucje ds. obrony, polityki zagranicznej, finansowej i gospodarczej.
Każdy obywatel francuski otrzymuje natychmiast obywatelstwo w Wielkiej Brytanii, każdy brytyjczyk staje się obywatelem Francji.

Oba kraje sa równo odpowiedzialne za naprawę zniszczeń wojennych, bez względu na to gdzie mialy miejsce na ich terytorium, a środki przeznaczone na ten cel będą równe i wspólne.

W czasie wojny działał będzie tylko jeden rząd, a siły zbrojne Wielkiej Brytanii i Francji – lądowe, morskie i powietrzne – oddane zostaną pod jego rozkazy. Będzie on działał z każdego miejsca, które będzie się do tego nadawać. Oba parlamenty zostaną formalnie połączone. Państwa wchodzące w skład Imperium Brytyjskiego tworzą już nowe armie. Francja utrzyma swoje siły lądowe, morskie i powietrzne. Unia zwraca się do Stanów Zjednoczonych, aby wzmocniły środki ekonomiczne aliantów i udzieliły silnego wsparcia materialnego wspólnej sprawie.

Unia skieruje całą swoją energię przeciwko siłom nieprzyjaciela, bez względu na to, gdzie będą sie toczyc walki.

I w ten sposób zwyciężymy”.

W miarę, jak Paul Reynard zapisuje treść dokumentu, jego twarz rozjaśnia się coraz bardziej. Nie jest pewien, czy dobrze usłyszał, więc de Gaulle musi przedyktować dwa razy.

W tym samym czasie ożywiony Churchill przechadza się w Downing Street, i na zmianę to po angielsku, to po francusku tłumaczy że znowu wszystko stało sie możliwe. De Gaulle może nawet zostać głównodowodzącym połączonych sił zbrojnych, a Paul Reynard premierem Unii. Szanse Hitlera na wygranie wojny spadły do zera.

Po czym Churchilł spieszy na Waterloo Station na czele najwyżej postawionej delegacji, jaka kiedykolwiek odwiedziła Francje – są tam przywódcy Partii Pracy i Partii Liberalnej, trzej szefowie sztabów i grupa ministrów. Specjalny pociąg ma ich dowieść do Southhampton. Plan zakłada, że już nazajutrz, na terytorium Francji, dopracowane zostaną wszystkie szczegóły i nastapi proklamacja Unii. Dochodzi godzina 18.00. Od chwili, kiedy do drzwi w hotelu „Hyde Park” zastukał Jean Monnet, upłynęło dziewięć godzin.

Ten pociąg nie odjedzie jednak do Southampton. Winston Churchill siedzi juz w przedziale gdy na stację przybiega sekretarz z wiadomością, „że coś sie zahaczyło tam w Bordeaux”.

Dzisiaj już wiemy, jakie padły słowa. Ktoś powiedzial, że utworzenie Unii zaszkodzi suwerenności Francji. Marszałek Petain nie dawał trzech groszy za taki pomysl: związanie się z Wielką Brytanią równałoby się małżeństwu z trupem. Inni niepokoili się o los francuskich kolonii. Jeden z generałów był przekonany, że już za trzy tygodnie Hitler ukreci Anglii kark „jak kurczakowi”: Piąty z notabli nie chciał słyszeć o – jak się wyraził – brytyjskiej kurateli. „To już lepiej zostac nazistowską prowincją. Wiadomo przynajmniej czego się spodziewać”.

Paulowi Reynarodwi nie udaje się przekonać członków rządu. Oferta brytyjska nie jest nawet poddana pod głosowanie. Churchill nie dobiera słow: „Rzadko tak szczodra propozycja spotkała się z tak wrogim przyjęciem. Premier dwa razy odczytał treść dokumentu członkom swego rządu. W gorących słowach zachęcał do jego przyjęcia… Wzburzeni ministrowie – z których niektórzy nosili znane nazwiska, inni byli zerami, a wszyscy i tak targani wątpliwościami i zdenerwowani wobec nadchodzącej klęski – zadrżeli. … Większość z nich opanowana była podejrzeniami i zdumieniem”.

Tamtego wieczoru, już po powrocie Churchilla na Downing Street, Paul Reynard składa dymisję z funkcji premiera, a ster rządu przejmuje marszałek Petain. Tydzień później Francja składa broń. Reszta to historia.

Nieodparcie rodzi się pytanie: co by się stało, gdyby ministrowie zgromadzeni w Bordeaux, doszli do innego wniosku? Gdyby armia francuska, zamiast iść do niewoli, kontynuowała walkę po stronie aliantów. Adolf Hitler nie miałby dwóch spokojnych lat na zachodzie na konsolidacje swojego imperium. Może nie doszłoby do Zagłady, a Berlin, podobnie jak Budapeszt, zostałby wyzwolony przez francuskie a nie sowjeckie oddziały? Czy powstałby Mur berliński? Czy Japończycy zaatakowaliby Pearl Harbour? A jeśli nie, to może Amerykanie pozostaliby na swym kontynencie? Można tak dywagować w nieskończoność. Albo opłakiwac fakt, ze tak wiele może zależeć od anglofobii lub tylko pychy francuskiego generała…

Można jednak mysleć, że gdyby rząd francuski zaakceptował tę propozycję, a II wojna przybrałaby inny obrót, może nie stałaby się wogole wojną światową – to nie mielibysmy pojecia, przed jakimi nieszczęściami unia francusko-brytyjska uratowała świat. Brytyjska inicjatywa nie okazała by sie tak śmiała i dalekowzroczna.

Dopiero kiedy juz doszło do katastrofy, jesteśmy w stanie docenic to co mogło jej zapobiec. Jeśli do katastrofy nie dochodzi, nie myslimy nawet o tym coż to za kroki zapobiegły temu co nigdy sie nie wydazyło…

Brzmi to może jak gra słów, lecz zamysł jest powazny. Chodzi o pocieszenie. Historia, która rozegrała się 16 czerwca 1940 roku z udziałem Churchilla, to opowieść o tym, co Brytyjczycy nazywają „a window of opportunity”. Pewne kroki – które mogą być małe albo wielkie, jak w tym właśnie przypadku – są możliwe tylko przez bardzo krótki czas, kiedy otwiera się okienko w dziejach i niewyobrażalne staje się nagle możliwe. Być może jest to definicja męża stanu że potrafi on zauważyć ten moment i ma odwage postawić wszystko na jedną kartę. W maju 1940 roku byłoby bezsensem proponować Brytyjczykom unię z Francja, trzy tygodnie później nie było juz Francji.

Wygląda na to, ze za parę dni (w niedziele) zacznie sie przymykać nasze „window of opportunity”. Mam na myśli ideę Unii Europejskiej. Porównanie wydaje się może chybione, to  „okno mozliwosci” stało na oścież bardzo długo – od 1989 roku, wedle niektórych, aż od 1951 wedle innych. Wymagało innych umiejętności niż zuchwałość Churchilla: przede wszystkim cierpliwości i dyplomacji. Ale wymagało tez mężów stanu, takich jak Monnet, de Gaulle, Adenauer, Pompidou, Kohl, Gorbaczow, Giscard d’Estain czy Tony Blair…

A jednak było to właśnie okno w historii: otwarte na ograniczony czas. I wiemy, z czego było zrobione. Przede wszystkim z doświadczeń wielkiej wojny, której Churchillowi nie udało się zapobiec. Unia państw europejskich była zupełnie nierealna w 1920 roku, i moze sie stac rownie nierealna w 2020. Za kilka lat II wojna światowa będzie już tylko ksiazkowa historia.

Daniel Cohen-Bendit, weteran walk na barykadach w 1968 roku, obecnie współautor projektu konstytucji unijnej, zwykł mówić o  „Europejczykach z rozsądku”, którzy obliczyli, że Unia jest najlepszym sposobem na globalizacje. Tacy Europejczycy znajdą sie zawsze, przynajmniej tak długo jak istniał będzie rozsadek. Lecz „Europejczykow uczuciowych”– do których Cohen-Bendit zalicza samego siebie – jest coraz mniej. Ale to właśnie ich doświadczenia napędzały integrację Europy energią i nadzieją. Albo i desperacją. Jedno wiadomo na pewno: doświadczeń historycznych nie można nikomu przekazać.

Brzmi to smutno dla tych, którzy marzyli o Turcji i Afryce Północnej w tym samym parlamencie, co Finlandia. Gorzko też myśleć że to własnie Francja może zacząć przymykać otwarte okno historii. Jeśli Francuzi powiedzą w niedziele „Nie”, może to oznaczać początek końca idei europejskiej,  w tym przynajmniej wydaniu. I własnie dlatego, gwoli pocieszenia, warto sobie przypomnieć lekcje z 16 czerwca 1940 roku. Tę mianowicie, że gdyby ta Unia powstała, to nie potrafilibyśmy jej docenić wedle zasługi.

Lecz Unia Europejska powstała i dlatego rzadko zastanawiamy się nad nieszczęściami, ktorym zapobiegła. Nie staje nam fantazji, aby je sobie wyobrazić – tak jak ministrowie Reynauda w czerwcu 1940 roku nie potrafili dostrzec jaki czeka ich los.
Tylko jeden przykład. Rozpad imperium radzieckiego przez serię pokojowych rewolucji nie był przecież historyczną koniecznością. Równie dobrze mogłby się dokonać przez dwudziestoletnie wojny domowe w trójkącie Odessa-Sarajewo-Ryga, których skutkiem byłoby 20 milionów uchodźców w Monachium, Turku czy Bordeaux. Nie sposob przecenić znaczenia tęsknoty za Europą – jako przeciwwagi dla nacjonalizmu – w tej częsci świata.

Uświadomijmy sobie, ze Unia europejska jest nieprawdopodobnym sukcesem. Nie widać tego w pełni ze Sztokholmu czy Paryża, ale tym lepiej z Casablanki, Ankary czy Kijowa. Gdyby przed 20 laty ktokolwiek przepowiadał, że w 2005 roku Węgrzy decydować będą o polityce rolnej Francji – podczas gdy Rosja nie będzie nawet mogła dyktowac rolnictwu Ukrainy, uznano by go za wariata.

Uratowanie ukraińskiej demokracji zaliczane będzie do najważniejszych osiągnięć  w dziejach Unii. A jeśli w konsekwencji nastapi koniec imperializmu na kontynencie europejskim – to również w Szwecji za sto lat będziemy wspominać ta unię, na którą teraz wybrzydzamy, z szacunkiem i wdzięcznością. Bez względu na to, jak potoczą się losy europejskiej konstytucji. To, że w ogóle została napisana w naszych czasach – i okoliczności w jakich powstała – dowodzi, że niewyobrażalne staje się niekiedy możliwe.

Toteż zamierzam zanieść tę broszurkę, „Propozycję Traktatu Konstytucyjnego dla Europy“ do introligatora, by ja oprawił w skórę. Moze wydobędzie ją ze śmietnika za lat czterdzieści ktoś, kto własnie pisze wypracowanie o świetlanej przeszłosci Europy. Albo też będzie na sprzedaż w aktykwariacie, jako cenne pierwsze wydanie – z trzydziestu siedmiu.

MACIEJ ZAREMBA

Tłumaczył: Wojciech Łygaś
Charles de Gaulle: „Mémoires de guerre“. 1966
Winston Churchill: „The Second World War”. 1949
Knut Ståhlberg: “De Gaulle. Generalen som var Frankrike“. 2004.

Annonser
No comments yet

Kommentera

Vänligen logga in med någon av dessa metoder för att lägga till din kommentar:

WordPress.com Logo

Du kommenterar med ditt WordPress.com-konto. Logga ut / Ändra )

Twitter-bild

Du kommenterar med ditt Twitter-konto. Logga ut / Ändra )

Facebook-foto

Du kommenterar med ditt Facebook-konto. Logga ut / Ändra )

Google+ photo

Du kommenterar med ditt Google+-konto. Logga ut / Ändra )

Ansluter till %s

%d bloggare gillar detta: